ADAM MAŁYSZ MISTRZEM ŚWIATA... 

Na początku chciałbym tylko powiedzieć, że jest właśnie okolica godziny dwudziestej trzeciej i raptem kilka godzin już siedzę, aby uporządkować i należycie wykonać ten numer. Inteligentny człowiek może więc dojść do swoistej konkluzji, że autor wyczerpany wysiłkiem jak i intelektualnym, tak fizycznym, może pisać absurdalnie, zupełnie niekonformistycznie, inaczej niż Waść sobie tego zażyczy. Dlaczegóż tak? I tu następuje kolejna dyrektywa, a mianowicie ów tekst pisany jest dzień przed deadlinem. Dlaczegóż tak? Bo natura rządzi się swoimi prawami. Więcej szczegółów nie dociekajmy...
Usiadł na belce, poprawił gogle, klepnął się dwa razy po ramieniu i czym prędzej ruszył tchniony dynamicznym machnięciem chorągiewki przez trenera Tajnera. Łagodnie i swobodnie niczym ptak szybuje, zdaje się bez końca, bez umiaru i zahamowań, i leci, i się być może przewróci, ale nie interesuje go pozycja druga. Liczy się złoto. Nikt nigdy później pamiętać nie będzie, kto został wicemistrzem. Liczy się triumfator. A ten wynoszony ku niebiosom przez wszystkich, jest czcony niczym bóśtwo po koniec swych dni. I kilka dekad. Aż po wieki, brnąc ku Millenium. Tymczasem wylądował, perfekcyjnie, z gracją, uniósł dwukrotnie rękę na znak zadowolenia, na twarzy widniał uśmiech, kamera zaś pokazywała w powtórce tenże rewelacyjny skok. Nazywam się... - już miał powiedzieć, kiedy na belce stanął Schmmit, złoty medalista patrząc kilka dni wstecz, lider po pierwszej serii. Hess energicznie, z typowym dla siebie zawzięciem szastnął dumą niemieckiego przemysłu (chorągiewką za 2E, co i tak sumą jest niewyobrażalną! Nas na takie drogie rzeczy nie stać!) i wirtuoz podniebnego toru ruszył. Może i ruszył, ale za lekko. Ruszać to on się nie umie. I zamiast wyruszyć w drogę po złoto, dostał tylko srebro za swoją niechęć. Za karę. A mówiłem mu, żeby ruszał się szybciej! Tymczasem z świata Schmmita, gdzie od tej chwili kłębiły się wszędzie natrętne myśli kołatające z pytaniem "Dlaczego nie wygrałem?!", patrzące na niego niczym Sauronowe Oko, przenieśliśmy się w drugi, świat radosny, kwitnący, zwycięstwa. Kamera szybkim najazdem z góry uiszcza w środku swego Oka (krewny Saurona) postać tak niewielką, a zarazem spotęgowaną wśród innych, dzierżącą majestat równy ideom królów Gondoru, profesorom Hogwartu czy motorniczym z Nowego Jorku. Adam Małysz... z krainy mroźnej i srogiej, Finlandii, as nasz wraca z medalami. Medalami, które tylko stały się kolejnym pretekstem do Małyszomanii. Pretekstem o tyle niewinnym i, patrząc z dzisiejszej perspektywy, maleńkim jak maciupeńka bakteria, słabym do bólu jak boty w Quake'u, na tyle niedojrzały, co tolerancja polskich nastolatków. Inicjacja drugiej fali popularności wąsatego dekarza znad Wisły, który dawszy nam nadzieję, wiarę w sukces, nie poprzestaje. Finlandia i Lahti, rok 2001, mała skocznia, skok 98m... wszystko to przechodzi do historii. Historii o tyle onegdaj (lepszym słowem jest może ówcześnie) dla nas wspaniałej, co już niepowtarzalnej. Niepowtarzalnej, powiadasz? Powiadaj dalej, ale myląc się. I to diabli!
Minęły spektakularne sukcesy Adama na mistrzostwach świata w Lahti, gdzie nasz as zmiatał innych rywali w pył wprawiając ich w duże kompleksy, zaznaczając przy okazji, że trzeba jeszcze bardziej i intensywnej wzmóc trening, by choć zbliżyć się do poziomu przezeń prezentowanego. Nic bardziej prawdopodobnego! Dwa przywiezione medale, odtąd chluba powojennej Polski w narciarstwie klasycznym, stał się na zawsze symbolem zjednoczenia kraju podczas wielkich uroczystości. O tyle pięknych, co wspaniałych. Na dodatek miotających wiąrę, nadzieję, dumę. Zabawy na Olimpie i ekscesy potężnego mości pana Zeusa a imprezy w polskich domach po gwałtownych i ba - nawet nieoczekiwanych - sukcesach Polaka, były równie proporcjonalne, co wzrost mrówki do żyrafy. To, co się działo, i co dziać się będzie, zostanie zapamiętane bodajże na wieki całe, i dłużej, aż świata kres nastanie. Filigranowa postać znad Wisły swoim nikłym wzrostem zwyciężała największych, największym dawała zrozumieć, że tak naprawdę skakanie to nie jest nędzny konkurs dla początkujących (vide aluzja do... choćby "Szansy na sukces"), gdzie każdy może się zareklamować, a poważnym zajęciem dla prawdziwych zawodowców, nie bojących się stanąć w szranki z wiatrem, korupcją sędziów, koszachtami innych ekip organizacyjnych, czy wreszcie skoczni, tudzież wszędobylskich kibiców. I tylko dwóch wielkich było, albowiem z dwóch wielkich jeden został, by dzierżyć i rządzić, i era nowa nastała, tak jak dzień powstał, a z niego i noc. Z tejże zaś... jej pogromca? Tak! ... Adam Małysz się nazywam - wykrztusił. Adam Małysz... a jakże nie, jeśli tak?! Świat się zmienił. Czuję to w wodzie, na ziemi, i w powietrzu...
Zmienił się, gdyż nic nie może trwać wiecznie. Ba, królowanie na tronie przez kilka lat jest nie lada wyczynem, a godnym poświęcenia w największych księgach, miejsca wolnego na mnóstwo stron. Tak jak Małysz trwał w hierarchii jako maszyna do zarabiania cashu numer 1, tak jego wyniki sportowe wyraźnie na tenże się przekładały. Rok 2001/początek 2002 to popis w wykonaniu naszego matadora, istna defilada z udziałem tylko jednego aktora, co jest paradoksem jedynym w swoim rodzaju (absurdem również, bo przecież defilada składa się z osób raptem...), festiwalem i caprztykiem króla polskich gór. Mnóstwo zwycięstw w Pucharach Świata, niezliczone triumfy, rekordy skoczni, bariery wytrzymałości tychże, tudzież niewinna rekomendajca, że obiekty są źle skonstruowane, czytaj: Małysz się może zabić. Organizatorzy, idąc po rozum do głowy, dokonali gruntownych przebudowań niektórych, przez co możliwość poturbowania się (w wypadku Adama: ryzyka śmierci) była ciut mniejsza, lecz ta mniejszość i tak wielką była. Naprawdę, nie kłamię. Ona tylko udawała, że jest mała, a tak naprawdę duża była. I większa nawet. A ta większa to jeszcze większa. I tak nasz Adam się mógł zabić, ale...
... dobrze, że spuścił z tonu, co dobitnie udowadnia koniec roku 2002/początek 2003. Biedna chłopina, dobrze zauważywszy, że skacząc dalej tak daleko, może się niechcący zabić, rzucił rękawicę na szalę... walcząc tylko jedną, co zaowocowało znaczącym spadkiem formy. Ależ nie wiecie wszystkiego... O nie! Związek Narciarstwa również widząc te vatum ciążące na Małyszu (które powoduje, iż za daleko skacze) również szybko interweniowało i Adam podupadł polskim kibicom. Miesiące niemożności wygrania konkursu na tyle już irytowały rodzimych "fanów" i "speców" (vide może być to swego aluzja do komputerowych Mastahów), że ci niesieni falą gniewu i czernią swych serc, postanowiła dać upust swej niezłomnej złości, wszystko wyładowując oczywiście na każdej strukturze społecznej i wszelkich grupach, począwszy od dzieci, na emerytach kończąc. Internet również padł ofiarą zmasowanego ataku, w sejmie niestworzone rzeczy się działy, telewizja zaś - co odkrywczym wnioskiem nie jest - perswadowała niesamowicie manipulując tak, iż ucierpiał na tym nie tylko as rodzimych skoków, lecz cała brać polskiej sceny narciarskiej. Naturalnie, wiernych kibiców zawsze było pod dostatkiem, jednak ich liczba oddawała proporcję równą oddziałom walczącym pod Helmowym Jarem i ich przeciwników, czyli nieporadnych Uruk-Hai. CZego nieporadnych? Bo trzeba być największą pokraką, żeby wypuścić dwóch małych hobbitów, kiedy w swoich szeregach wojska było jak piasku na Saharze. Ci, inicjując całe zamieszanie, wdarli się gwałtem do serc co to poniektórych mimoz i safanduł, żeśmy mieli przeca ogólnonarodowa dyskusja na temat: dlaczego Adam Małysz skacze tak słabo? Słabo, znaczy się, do granic pierwszej piątki. Co za pokraka, niedojda i nieudacznik!!! Myśmy liczyli na sukcesy, tymczasem awangarda stała się jednostką pomniejszą i blask do tego straciła! No, naprawdę! A to już kompletna kompromitacja w oczach "fanów". Szum nieodzownie towarzyszył każdemu w pracy, i nawet sprzątaczki, nie dość, że miały szefa na głowie ciągle narzekającego na formę Adama, to same jeszcze zmuszone były do szukania błędów w jego interakcji z otoczeniem. Otoczeniem natarczywym i samowolnym. Istny Mortal Kombat przeniesiony na pułap naszego świata. Takich oto ciekawych czasów doczekaliśmy...
I nastał dzień wielki, a dzień ten rządził dniami wszystkimi, albowiem nastąpić miała weryfikacja umiejętności... i osobliwych gatunków ludzkich, precyzyjniej, ich mózgów. Kąpiąc się w szmatławych argumentach i niewyparzonych opiniach, Adam pojechał do włoskiego Predazzo na Mistrzostwa Świata. Że co?! Że ten patałach tam pojechał?! Tylko nie to! Mastahy, czyliż narciascy znawcy (tak dla nich samych brzmi dostojniej i zgoła poważniej), nie wietrzyli zbytnich nadziei, i jeszcze, kiedy się konkurs nie zaczął, już pieprzyli farmazony niesamowite, za przeproszeniem, takie, że osioł w sytuacji okołopodobnej poczułby się niesamowicie dowartościowany swoim potencjałem inteligencji! Ale nic, ja jako profan tychże "kibiców" (w ich mniemaniu niemal obnosili się jak Bogowie i za takowych się uważali), spokojnie czekałem, z nutką zaciekawienia na twarzy, z pytaniem mnie dręczącym "Co też pokaże Adam po odmówienia wyjazdu na konkursy w Willingen", oraz rozmyślając, co mówić będę, jeśli polski as zajmie miejsce na podium, najlepiej na jego szczycie. Któż nie chciałby wygrać? Nie wierzysz w to?! Że niby co?! Że tandety nie oglądasz, i podziwiać nie zamierasz, Waść?! Ano tak, rozumiem. Tworem ambiwalencji być, ambiwalencją promować się wśród innych. Mastah więc klnąl tylko, nie zważając na dzieci, żonę, która oglądać chciała brazylijskie tasiemce, i inne twory natury, niesamowicie go denerwujące. Dziwnym zrządzeniem losu jednak, czekał on niecierpliwie na konkursy, naturalnie stosując zasłonę dymną, że "on tylko po to, aby zobaczyć klęskę Małysza", "że nic innego w tv nie ma", "że to i tamto (tutaj powód, najczęściej ociekający debilizmem)". Zaczęło się więc. Polska cała jednocząc się, włączyła na lokalną dwójkę, by emocjonować się tym, niewątpliwie, wielkim świętem narciarskim...
Kilka pierwszych skoków. Typowa nuda, kompletnie mizerne skoki, fatalne i krótkie, w dodatku nieeleganckie. Naprawdę zaczęło się, co absolutnie wytycznym odkrywczym nie jest, pod koniec stawki, kiedy na belkę usiadali kolejno zawodnicy z pierwszej piętnastki. I tak od początku cyklu przygotowań do mistrzost świata na skoczni K-120 w Val di Fiemme można było zaobserwować wyraźną nadwyżkę formy niektórych zawodników, a także zdecydowy kryzys drugich, w tym samego Hannawalda, który kilka tygodni wcześniej przeskakiwał skocznie i ustanawiał niebotyczne rekordy. Zresztą, to nie pierwszy kandydat do zaabsorbowania kolejnego reżimu treningowego mającego za zadanie jak najprędzej odbudować formę, ale i sporą grupkę do tegoż można wyznaczyć bez żandej nonszalancji czy zahamowań. Jak to bywa w sporcie rzeczywistym, muszą być wielcy i potężni, wielcy wyekspediowani co dopiero od najniżnych (jak nieradzący sobie do czasu mistrzostw Fin Hautameki czy Japończyk Kasai) i potencjalna grupa słabeuszy, nie wnosząca nic do konkursu, a będąca jedynie tłem dla bardziej utalentowanych i utytułowanych rywali. Bachleda, Tajner i Pochwała wypadli bardzo blado, wcale nie lepiej Mateja. Nagminnie psute skoki, zero postępów, a wręcz widoczne cofanie się sportowe, zgoła inne niż spodziewane posunięcia. Już, szczerze mówiąc, dość mam zagrywek naszych trenerów, którzy wrażliwym i naiwnym ludziom robią w głowie koktajl polegający na wypowiedzieniach typu "młodzież skacze obiecująco, mamy naprawdę dobrych skoczków młodego pokolenia, są oni świetne przygotowani i na pewno odegrają niemałą rolę w ostatecznych finalizacjach i klasyfikacjach" (tu, jeśli jeszcze się nie zorientowaliście, była zapewne mowa o pierwszej 50...) Pozostało nam czerpanie radości, ale też i nieprzewidywalności Małysza, geniuszu Hannawalda (w znaczeniu, myśmy myśleli, że takowy nam pokaże), nawrotu formy Hollwartha i Ahonena, tudzież kilku innych zagadkowych dotąd pytań. Co zostało spełnione? Nic... prawie. Tyle tylko, że ręce chwały zostały uniesione, na złość MAstahom i innym takim, przez nikogo innego, jak osobę najmniej spodziewaną, a mianowicie... ADAMA MAŁYSZA!
Zawody udowodniły kilka idei i dotychczasowych stwierdzeń. Plus suchych faktów, ewentualnie pasma sukcesów, ażeby nie powiedzieć, konsternacji wywołanej falą zwycięstwa. Zbity z tropu Hannawald stanowił tło dla samego siebie, tworząc tylko otoczkę wokół wspaniałego Hannawalda sprzed kilkunastu dni wcześniej. Nie wiem jak, nie wiem dlaczego, i na komu złość, do jasnej cholery, ale cała ta zabawa wcale mi się podobać-nie podobała! Bo co to, psze państwa, za radość, jeśli dwóch czy trzech ludzi rywalizuje o pułap wygranej? No, proszę mi odpowiedzieć!? Co z tego, że Niemca porównać można było (jego formę) do osaczonego króla Theodena, jeśli ten ni stąd, ni zowąd, traci najważniejsze swe cechy stając się zupełnie nieprzydatny, a z wielkiej damy przeistaczając się w zwykłego pionka na szachownicy, na której i tak dla niego miejsca już nie było. Szkoda słów - naprawdę. Żal mi go, żal mi samego siebie, żal mi wreszcie Was, z błahego na pozór powodu. Wiadomo - Hannawald. Jedno słowo i tyle wartości. Zawody bez niego to nie to samo. Nie te emocje, nie te zaciskanie pięsci, trzymanie kciuków, szemranie pod nosem niekulturalnych słów, czy brak dostatecznych atrakcji typu rzucanie telewizorem o ścianę, gdy Hanni przeskoczył Małysza. Tak tak, tego mi brakuje! Rywalizacji, dostarczenia kibicom naprawdę emocji sięgających granic wszelakich (powiedzmy szczerze, że i tak Hautameki w formie z MŚ nawet nie umywał się do Niemca), narzekań polskich kibiców, czy samej pięknej otoczki, jaką kreowało się wokół obydwu panów. To nie to samo. To już nie program telewizyjny, a audycja radiowa. Jak jeszcze doliczymy do tego słabego Ahonena i Hollwartha, audycja ta upada do poziomu tak niskiego, że możemy nazwać ją już programem lokalnym, a ten, jak wiadomo, grzeszy urozmaiceniem... (zrozumiałe, jak mniemam? Znowu aluzja w komitywie z groteską i ironią).
Małysz tego dnia był nie do zatrzymania. Piękne dwa skoki, rekord skoczni, wynoszący 136m i medal w kształcie płatka śniegu. Czego chcieć więcej? Rywale nieznacznie za nimi, ale czyż liczy się coś w chwili, kiedy u progu wita triumf? Absolutnie nic. Tak, jak słaby był Małysz, tak z tej z pozoru intrygującej i żenującej, patrząc z drugiej strony obiektywu, słabości, wynikło wiele dobrego. Dopóki z dnia noc powstała, dopóty Małyszowa słabość w trykot potęgi zmieniać się będzie. I tego trzymać się trzeba, jak mawia jeden krótki wierszyk, a zarazem jego ostatni wers. (pamiętacie, który to wiersz?) Dominacja Fina Hautamekiego wśród swoich kompanów była nie tyle niepodważalna, co nawet nie można jej było odpowiednio zmierzyć, gdyż reszta rodaków chłopaka z wojska, jak o nim tam mawiano, prezentowała się komicznie, i najzwyczajniej w świecie, wypadła blado, odnosząc się oczywiście do formy wicemistrza świata. Austriacy słabi, Słoweńcy również, reszta kompletnie chyba pomyliła profesje. Norwegowie już ciut lepiej, pokazali nam w miarę dobre skakanie, efekt ciężkiem i mozolnej, a jednak efektywnej i efektownej zarazem pracy, trenera Koyunkowskiego, który objąwszy urząd w tejże federacji, zrobił z tamtych zawodników prawdziwych skoczków, nie zaś sztucznych manekinów i typowym laików, jak to bywało aż po dzień objęcia jego rządów. A poza tym, co zasługuje na uwagę? Warto poświęcić miejsca Japończykom, którzy - o dziwo! - wyraźnie załapali bakcyla do tego sportu i stali się wielkimi laureatami zakończonych mistrzostw. Kasai, nie wiadomo jak, błysnął formą, oddając dalekie i piękne stylowo skoki, Miyahira również nie pozostawał dłużny, Funaki swoje odskakał, choć wiadomo, że nie ma już tego patentu na rywali, co kilka lat wcześniej. Reszta to cienizna w dosłownym znaczeniu. Cieniza przyprawiona beznadzieją, antyskakaniem, absurdem itp. NAM JEDNAK POZOSTAJE SIĘ CIESZYĆ, ŻE ADAM WRESZCIE JEST ZŁOTY, TAK JAK ZŁOTE JEST JEGO SERCE!!! ODPOWIEDNI MEDAL DLA ODPOWIEDNIEGO CZŁOWIEKA!
Drogi Czytelniku. Zagubiłeś się w tym tekście, nie wiesz, o co w nim chodzi, jakie ma przesłanie, i o czym w ogóle ten badziewny SLY gada? Masz rację, powinienem udać się gdzieś do kliniki. Ale, tak jak stwierdziłem i udokumentowałem na początku artykułu, jest właśnie godzina zerowa, ja już ledwo ruszam palcami, a jeszcze kilka artów do napisania. Łamiąc pewne doktryny i tajemnice powiem tylko na zakończenie, że na początku mowa była (takie intuicyjne przypomnienie wydarzeń, coś na wzór kalejdoskopu czasowego) przypomniałem Wam na swój sposób o walce Adama z MArtinem na MŚ w Lahti dwa lata temu. Później o cyklu przygotowań i zagadnieniom krążącym niczym elektron ku temu. Na koniec, w telegraficznym skrócie, przebieg konkursu. Nie pisałem, tak jak kiedyś, co i jak, ile metrów kto skoczył, gdyż zapewne oglądaliście tenże konkurs i powiadamiać Was nie trzeba. Dlatego też tekst ten przybrał taką, a nie inną, ciekawą według mnie, formę wypowiedzi, co rzutuje bezpośrednio na jego odbiór przez Was, a który to będzie, jak mniemam i chciałbym, wyjątkowo pozytywny... Z tą myślą, żegnam. Pora pisać kolejny art. Może do drugiej się wyrobię?
SLY