=-=-=
ALL STARS GAME NBA
=-=-=
Wielkie koszykarskie święto. Rytuał
godny poświęcenia największych wyrzeczeń czy celów. Mecz
jedności, geniuszu, charyzmy i nieobliczalności. Odwieczna
walka jak Dobro ze Złem. A wszystko to przyprawione najlepszymi
koszykarzami występującymi za oceanem! Taki dzień zdarza się
tylko raz, gdzie iście światowa czołówka basketu stawia się
w jednym miejscu i rozgrywają pokazówkę pełną wirtuozerii,
maestrii koszykarskiego kunsztu, doskonałości tudzież
finezyjności. FEnomenalne zagrania przeplataja się z
niebanalnymi akcjami, dla publiczności (licznie zresztą, jak
zawsze, zgromadzonej), fantastycznymi wsadami czy efektownymi
objawami swojej radości. Amerykański miszmasz wita! ZACHÓD - WSCHÓD 155:145 PO DWÓCH
DOGRYWKACH (18:23, 55:52, 86:93 - 120:120, 138:138) Sly
Pojedynek Wschód-Zachód od dobrych już
kilku lat sprawia, iż znaczna część ludzi na świecie
wygodnie rozlegowuje się przed swoimi telewizorami, by
podziwiać zagrania asów typu Iversona czy Jordana. Naturalna
kolej rzeczy. Któż nie chce? Od kilku lat możemy porównać
umiejętności poszczególnych zawodników na placu wojowników,
niszczycieli, lecz prezentujących pełne zawodowstwo artystyczne
koszykówki. Dzięki tym zawodnikom w pełni odczuwamy
kwintesencję pojęcia "basket", nie przyprawiony
żadną tandetą, amatorszczyzną, ogólnej beznadziei. Jeśli
czegoś takiego szukasz - nie ten kanał przyjacielu. Ten mecz
miał być wielki, wspaniały, legendarny i na wieki
zapamiętany...
Jak zawsze wszystko zaczęło się od
głosowania amerykańskich buńczucznych nastolatków, którzy
kilkoma kliknięciami myszy powodowali i uiszczali marzenia
niektórych o pojawieniu się na liście zaszczyconych mianem
"szczęściarza", a którzy to będą mogli wybiec w
pewien nocny wieczór na rozświetlony parkiet przy aplauzie
kilkudziesięciotysięcznej publiczności. Niejednokrotnie wyniki
nas rozśmieszały, bulwersowały czy dziwiły, niemniej to, co
zaobserwowano w tym roku - przysparza mnie o niesmak. Dlaczego,
pytam dlaczego!, Chińczyk Yao zdobył pierwsze miejsce w tym
typowaniu i został jego laureatem mając gwarancję, iż
wybiegnie w pierwszej piątce?! Nie wiem jak, nie wiem po co, nie
wiem... Moim skromnym zdaniem chłopak (ba, ładny mi chłopak -
głowa gdzieś w chmurach, jakieś 2,34m :)) nie nadaje się do
gry w najlepszej lidze świata, a na deskach amerykańskiego
gwiazdorstwa trzyma go chyba tylko wzrost. Tu jest właśnie
ukryty taki straszny i okrutny fakt: miej dwa i pół metra (jak
ty to zrobisz - to nei w moim zasięgu) i możesz bezproblemowo
lecieć do USA, aby spoglądać na innych patrząc w dół
(wychylając się przy ty mocno, obciążając swój kręgosłup)
i wszyscy są szczęśliwi. Co z tego, że grać nie umiesz, że
nie wiesz, na czym to polega? Co z tego... Ale nic. Nie mogło
zabraknąć kilku fantastycznych zawodników, bez których ten
mecz nie miałby blasku, historii i pewnej ekstrawagancji.
"Potomek" Jordana - z Philadelfii 76, Iverson; lider
Minnesotty - Garnett czy największy z wielkich, chodząca (no,
biegająca) legenda... Dwa krótkie słowa, a tyle znaczą, a
wypowiedzieć je można po przełknięciu śliny, a
człowiek-sukces (sportowy, finansowy) i każdy wie, o kogo
chodzi... MICHAEL JORDAN!!! Zapowiadano odejście, acz pokusa
losu zadziałała uwalniając swą moc i MJ-a ostatecznie
zobaczyliśmy. (w konwulsje wprawia mnie jednak fakt, iż Jankesi
woleli głosować na jakiegoś pasierbka rodem od Żółtków
niż na swoją nieprzemijającą gwiazdę, który wedle typowań
patrząc, nie mieściłby się w pierwszej piątce. Tylko
przychodzi na myśl jedno: wstyd Jankesie!)
Sam mecz dostarczył nie lada emocji i
wrażeń. Nawet człowiek nie interesujący się koszykówką mógł z czystej ciekawości zobaczyc, jak to się je. A powiem wam tylko jedno: wyjątkowo lekkostrawne!!! Takich spotkań nie było! Aż dwie dogrywki musiały
wyłonić późniejszego zwycięzca tej bardzo prestizowej w USA,
potyczce. Popatrzcie zresztą sobie na wynik... Od dawien dawna
wiadomo, iż ALL STAR GAME obfituje w wielkie zdobycze punktowe
prezentując widowiskową i efektowną (efektywności
niewykluczając) koszykówkę, dzięki czemu kibice na hali
ciągle podskakują z krzeseł, a z mordy, że tak brzydko
powiem, wylatuje popcorn, sami zaś mówią zachłyśnięci
tylko: "Oooo... fuckin shit, mutherfucker!! Give me MORE, GO
MJ, GO!!" Po czym następuje kilkunastosekundowe gapienie
się w parkiet a następnie gwałtowne opadnięcie na krzesło po
to tylko, żeby za chwilę wstać. :) Prawdziwy pasjonat i fan
basketu dostrzegł tutaj absolutnie wszystko, co potrzebne mu do
szczęścia, od twarzy MJ-a zaczynając na rewelacyjnie
zrealizowanej emisji. Tu nie ma czasu na obronę i nikt sobie
głowy tym nie mąci. Tu liczy się atak, cel to kosz, kosz to
punkty, punkty to sława. Byleby tylko okupić kosz przeciwnika,
urządzić mu małe piekło i sprawić ból podczas wsadu,
podziurawić siatkę i krzyknąć w jego kierunku: "Dziurę
w majtach masz, chłopie! :)" Dobitnie o (nie)istnieniu
formacji defensywnej świadczą wyniki sprzed kilku lat. Ależ
jaki tam prezentują poziom, zgoła profesjonalny, nie to co w
Europie, ażeby nie wspominając o lidze polskiej. To tak, jakby
porównać kucharza z szefem kuchni, i nawet wtedy wyjdzie, i tak
można zobrazować poziom różniący nas od zachodniej elity.
Zachód wygrał po dwóch dogrywkach ze
Wschodem 155:145. Najlepszym zawodnikiem (MVP) spotkania został
uznany Kevin Garnett z Minnesota Timberwolves, który zdobył
najwięcej punktów dla Zachodu - 37, w tym dziewięć w drugiej
dogrywce. Bohaterem meczu był jednak 39-letni Michael Jordan. W
swym ostatnim występie w All Star Game pobił jeszcze jeden
rekord NBA, zdobył 20 pkt i stał się najskuteczniejszym
strzelcem w historii tych prestiżowych spotkań. W sumie w
trzynastu Meczach Gwiazd uzyskał 262 pkt i wyprzedził o 11 pkt
legendarnego Kareema Abdul- Jabbara.
Jordan rozpoczął mecz w wyjściowej
piątce Wschodu, mimo iż w głosowaniu internetowym kibice po
raz pierwszy nie wybrali go do pierwszego składu. Miejsce w
piątce zaoferował mu nieoczekiwanie Vince Carter z Toronto
Raptors. Początek spotkania nie był pomyślny dla koszykarza
wszech czasów. Jordan nie trafił do kosza w pierwszych siedmiu
próbach, ale z minuty na minutę rozkręcał się, często
dostawał piłkę od partnerów i szybko zbliżał się do
rekordu Abdul-Jabbara. Rekord pobił może niezbyt efektownie,
wykonując dwa celne rzuty wolne pod koniec trzeciej kwarty, ale
jego wyczyn widzowie nagrodzili gorącą owacją.
W przerwie meczu Mariah Carey
zadedykowała swoją piosenkę "Hero" właśnie
Jordanowi, a wywołanie na scenę koszykarza wywołało ogromną
wrzawę i publiczność przez dwie minuty nie pozwoliła
Jordanowi dojść do słowa.Później powiedział: "Chcę
podziękować mojej rodzinie za wspieranie mnie przez tyle lat,
gdy realizowałem moje marzenia gry w koszykówkę. Odchodzę w
spokoju, gdyż zostawiam koszykówkę w dobrych rękach. Jest
wciąż tyle gwiazd w lidze, a następne gwiazdy wschodzą"
- powiedział Jordan.
Sześciokrotny mistrz NBA (w latach 90. z
Chicago Bulls) pożegnał się z All Star Game przed jedną z
największych publiczności w historii sportu. W hali
"Jastrzębi" w Atlancie zasiadło na trybunach 20.325
osób, ale spotkanie było pokazywane przez telewizje do 212
krajów i relacjonowane w 41 językach, z potencjalną widownią
przekraczającą trzy miliardy. Pożegnanie Jordana zepchnęło w
cień inne wydarzenia w Philips Arena. A spotkanie Wschodu z
Zachodem w Atlancie było jednym z najbardziej zaciętych w
historii. Po raz pierwszy o zwycięstwie decydowały dwie
dogrywki.
W Meczu Gwiazd debiutował grający
zaledwie od kilku miesięcy w NBA Chińczyk Yao Ming, wybrany do
pierwszego składu Zachodu. Debiut Chińczyka, który zdobył
już w Stanach Zjednoczonych wielką popularność, nie był
udany. Yao Ming uzyskał zaledwie dwa punkty.
Zachód: Kevin Garnett 37, Kobe Bryant 22, Steve Francis 20, Tim
Duncan 19, Shaquille O'Neal 19, Dirk Nowitzki 9, Shawn Marion 8,
Gary Payton 8, Peja Stojakovic 5, Stephon Marbury 4, Steve Nash
2, Yao Ming 2
Wschód: Allen Iverson 35, Tracy McGrady 29, Michael Jordan 20,
Jason Kidd 11, Jermaine O'Neal 10, Jamal Mashburn 10, Vince
Carter 9, Paul Pierce 8, Antoine Walker 6, Brad Miller 5, Ben
Wallace 2, Zydrunas Ilgauskas 0