=-=-= ALL STARS GAME NBA =-=-=

Wielkie koszykarskie święto. Rytuał godny poświęcenia największych wyrzeczeń czy celów. Mecz jedności, geniuszu, charyzmy i nieobliczalności. Odwieczna walka jak Dobro ze Złem. A wszystko to przyprawione najlepszymi koszykarzami występującymi za oceanem! Taki dzień zdarza się tylko raz, gdzie iście światowa czołówka basketu stawia się w jednym miejscu i rozgrywają pokazówkę pełną wirtuozerii, maestrii koszykarskiego kunsztu, doskonałości tudzież finezyjności. FEnomenalne zagrania przeplataja się z niebanalnymi akcjami, dla publiczności (licznie zresztą, jak zawsze, zgromadzonej), fantastycznymi wsadami czy efektownymi objawami swojej radości. Amerykański miszmasz wita!

Pojedynek Wschód-Zachód od dobrych już kilku lat sprawia, iż znaczna część ludzi na świecie wygodnie rozlegowuje się przed swoimi telewizorami, by podziwiać zagrania asów typu Iversona czy Jordana. Naturalna kolej rzeczy. Któż nie chce? Od kilku lat możemy porównać umiejętności poszczególnych zawodników na placu wojowników, niszczycieli, lecz prezentujących pełne zawodowstwo artystyczne koszykówki. Dzięki tym zawodnikom w pełni odczuwamy kwintesencję pojęcia "basket", nie przyprawiony żadną tandetą, amatorszczyzną, ogólnej beznadziei. Jeśli czegoś takiego szukasz - nie ten kanał przyjacielu. Ten mecz miał być wielki, wspaniały, legendarny i na wieki zapamiętany...

Jak zawsze wszystko zaczęło się od głosowania amerykańskich buńczucznych nastolatków, którzy kilkoma kliknięciami myszy powodowali i uiszczali marzenia niektórych o pojawieniu się na liście zaszczyconych mianem "szczęściarza", a którzy to będą mogli wybiec w pewien nocny wieczór na rozświetlony parkiet przy aplauzie kilkudziesięciotysięcznej publiczności. Niejednokrotnie wyniki nas rozśmieszały, bulwersowały czy dziwiły, niemniej to, co zaobserwowano w tym roku - przysparza mnie o niesmak. Dlaczego, pytam dlaczego!, Chińczyk Yao zdobył pierwsze miejsce w tym typowaniu i został jego laureatem mając gwarancję, iż wybiegnie w pierwszej piątce?! Nie wiem jak, nie wiem po co, nie wiem... Moim skromnym zdaniem chłopak (ba, ładny mi chłopak - głowa gdzieś w chmurach, jakieś 2,34m :)) nie nadaje się do gry w najlepszej lidze świata, a na deskach amerykańskiego gwiazdorstwa trzyma go chyba tylko wzrost. Tu jest właśnie ukryty taki straszny i okrutny fakt: miej dwa i pół metra (jak ty to zrobisz - to nei w moim zasięgu) i możesz bezproblemowo lecieć do USA, aby spoglądać na innych patrząc w dół (wychylając się przy ty mocno, obciążając swój kręgosłup) i wszyscy są szczęśliwi. Co z tego, że grać nie umiesz, że nie wiesz, na czym to polega? Co z tego... Ale nic. Nie mogło zabraknąć kilku fantastycznych zawodników, bez których ten mecz nie miałby blasku, historii i pewnej ekstrawagancji. "Potomek" Jordana - z Philadelfii 76, Iverson; lider Minnesotty - Garnett czy największy z wielkich, chodząca (no, biegająca) legenda... Dwa krótkie słowa, a tyle znaczą, a wypowiedzieć je można po przełknięciu śliny, a człowiek-sukces (sportowy, finansowy) i każdy wie, o kogo chodzi... MICHAEL JORDAN!!! Zapowiadano odejście, acz pokusa losu zadziałała uwalniając swą moc i MJ-a ostatecznie zobaczyliśmy. (w konwulsje wprawia mnie jednak fakt, iż Jankesi woleli głosować na jakiegoś pasierbka rodem od Żółtków niż na swoją nieprzemijającą gwiazdę, który wedle typowań patrząc, nie mieściłby się w pierwszej piątce. Tylko przychodzi na myśl jedno: wstyd Jankesie!)

Sam mecz dostarczył nie lada emocji i wrażeń. Nawet człowiek nie interesujący się koszykówką mógł z czystej ciekawości zobaczyc, jak to się je. A powiem wam tylko jedno: wyjątkowo lekkostrawne!!! Takich spotkań nie było! Aż dwie dogrywki musiały wyłonić późniejszego zwycięzca tej bardzo prestizowej w USA, potyczce. Popatrzcie zresztą sobie na wynik... Od dawien dawna wiadomo, iż ALL STAR GAME obfituje w wielkie zdobycze punktowe prezentując widowiskową i efektowną (efektywności niewykluczając) koszykówkę, dzięki czemu kibice na hali ciągle podskakują z krzeseł, a z mordy, że tak brzydko powiem, wylatuje popcorn, sami zaś mówią zachłyśnięci tylko: "Oooo... fuckin shit, mutherfucker!! Give me MORE, GO MJ, GO!!" Po czym następuje kilkunastosekundowe gapienie się w parkiet a następnie gwałtowne opadnięcie na krzesło po to tylko, żeby za chwilę wstać. :) Prawdziwy pasjonat i fan basketu dostrzegł tutaj absolutnie wszystko, co potrzebne mu do szczęścia, od twarzy MJ-a zaczynając na rewelacyjnie zrealizowanej emisji. Tu nie ma czasu na obronę i nikt sobie głowy tym nie mąci. Tu liczy się atak, cel to kosz, kosz to punkty, punkty to sława. Byleby tylko okupić kosz przeciwnika, urządzić mu małe piekło i sprawić ból podczas wsadu, podziurawić siatkę i krzyknąć w jego kierunku: "Dziurę w majtach masz, chłopie! :)" Dobitnie o (nie)istnieniu formacji defensywnej świadczą wyniki sprzed kilku lat. Ależ jaki tam prezentują poziom, zgoła profesjonalny, nie to co w Europie, ażeby nie wspominając o lidze polskiej. To tak, jakby porównać kucharza z szefem kuchni, i nawet wtedy wyjdzie, i tak można zobrazować poziom różniący nas od zachodniej elity.

Zachód wygrał po dwóch dogrywkach ze Wschodem 155:145. Najlepszym zawodnikiem (MVP) spotkania został uznany Kevin Garnett z Minnesota Timberwolves, który zdobył najwięcej punktów dla Zachodu - 37, w tym dziewięć w drugiej dogrywce. Bohaterem meczu był jednak 39-letni Michael Jordan. W swym ostatnim występie w All Star Game pobił jeszcze jeden rekord NBA, zdobył 20 pkt i stał się najskuteczniejszym strzelcem w historii tych prestiżowych spotkań. W sumie w trzynastu Meczach Gwiazd uzyskał 262 pkt i wyprzedził o 11 pkt legendarnego Kareema Abdul- Jabbara.

Jordan rozpoczął mecz w wyjściowej piątce Wschodu, mimo iż w głosowaniu internetowym kibice po raz pierwszy nie wybrali go do pierwszego składu. Miejsce w piątce zaoferował mu nieoczekiwanie Vince Carter z Toronto Raptors. Początek spotkania nie był pomyślny dla koszykarza wszech czasów. Jordan nie trafił do kosza w pierwszych siedmiu próbach, ale z minuty na minutę rozkręcał się, często dostawał piłkę od partnerów i szybko zbliżał się do rekordu Abdul-Jabbara. Rekord pobił może niezbyt efektownie, wykonując dwa celne rzuty wolne pod koniec trzeciej kwarty, ale jego wyczyn widzowie nagrodzili gorącą owacją.

W przerwie meczu Mariah Carey zadedykowała swoją piosenkę "Hero" właśnie Jordanowi, a wywołanie na scenę koszykarza wywołało ogromną wrzawę i publiczność przez dwie minuty nie pozwoliła Jordanowi dojść do słowa.Później powiedział: "Chcę podziękować mojej rodzinie za wspieranie mnie przez tyle lat, gdy realizowałem moje marzenia gry w koszykówkę. Odchodzę w spokoju, gdyż zostawiam koszykówkę w dobrych rękach. Jest wciąż tyle gwiazd w lidze, a następne gwiazdy wschodzą" - powiedział Jordan.

Sześciokrotny mistrz NBA (w latach 90. z Chicago Bulls) pożegnał się z All Star Game przed jedną z największych publiczności w historii sportu. W hali "Jastrzębi" w Atlancie zasiadło na trybunach 20.325 osób, ale spotkanie było pokazywane przez telewizje do 212 krajów i relacjonowane w 41 językach, z potencjalną widownią przekraczającą trzy miliardy. Pożegnanie Jordana zepchnęło w cień inne wydarzenia w Philips Arena. A spotkanie Wschodu z Zachodem w Atlancie było jednym z najbardziej zaciętych w historii. Po raz pierwszy o zwycięstwie decydowały dwie dogrywki.

W Meczu Gwiazd debiutował grający zaledwie od kilku miesięcy w NBA Chińczyk Yao Ming, wybrany do pierwszego składu Zachodu. Debiut Chińczyka, który zdobył już w Stanach Zjednoczonych wielką popularność, nie był udany. Yao Ming uzyskał zaledwie dwa punkty.

ZACHÓD - WSCHÓD 155:145 PO DWÓCH DOGRYWKACH (18:23, 55:52, 86:93 - 120:120, 138:138)

Zachód: Kevin Garnett 37, Kobe Bryant 22, Steve Francis 20, Tim Duncan 19, Shaquille O'Neal 19, Dirk Nowitzki 9, Shawn Marion 8, Gary Payton 8, Peja Stojakovic 5, Stephon Marbury 4, Steve Nash 2, Yao Ming 2

Wschód: Allen Iverson 35, Tracy McGrady 29, Michael Jordan 20, Jason Kidd 11, Jermaine O'Neal 10, Jamal Mashburn 10, Vince Carter 9, Paul Pierce 8, Antoine Walker 6, Brad Miller 5, Ben Wallace 2, Zydrunas Ilgauskas 0

Sly