Strach

Trzej przyjaciele spali spokojnie rozkoszując się budującym odpoczynkiem pomiędzy długimi godzinami wyczerpującej wędrówki. Starali się nie myśleć o celu wyprawy, który choć odległy wydawał się być już niewiarygodnie blisko. Bali się. Incarus nie da sobie tak po prostu wydrzeć medalionu siłą. W równej walce go nie pokonają... Chociaż wcale nie muszą tego robić. Płacą im za zdobycie medalionu, nie za zlikwidowanie maga. Łatwo powiedzieć! Incarus praktycznie nie rozstaje się ze swoim amuletem. Boże jak chcieliby teraz zaniechać wykonania zadania.
Nie mogą jednak tego zrobić. Wiedzą, że w razie ucieczki Galdor, który zlecił im zadanie znalazłby ich na końcu świata. Zresztą nie musiałby wcale ich szukać. Nie byli głupcami i wiedzieli, że te kruki wznoszące się nad ich obozowiskiem, nie są tu przypadkowo. Nie leciały by za nimi od początku. Chociaż z drugiej strony są dwie ewentualności. Albo są to szpiedzy Galdora, który ukatrupi ich w przypadku nie wykonania zadania, albo Incarusa, który dla odmiany zabije ich przy próbie jego wykonania. 
To była jedna z tych nielicznych sytuacji, w których naprawdę nie wiedzieli co mają zrobić. Które wyjście wybrać. Czy może wypatrywać jeszcze innego rozwiązania problemu. Tyle, że tym razem wydaje się, że go nie ma... Nie, nie wydaje się. Naprawdę go nie ma! 
Starali się jednak nie panikować... 
Spali... 




Nazajutrz obudziło ich blade światło poranka, nieśmiało zaglądające przez nieliczne miejsca pozostawione przez rozrastające się korony drzew. Wstali niechętnie, ale szybko. Z doświadczenia wiedzieli, że mimo wszystko nie należy zwlekać i dawać po sobie poznać niezdecydowania, czy, nie daj Boże strachu.
A doświadczenie mieli wielkie. Niewielu poszukiwaczy przygód w tych stronach mogło pochwalić się podobnymi osiągnięciami. To w dużej mierze dzięki nim królestwo Arummi jeszcze istnieje. Ilość smoków, czy innych paskudztw zabitych przez nich, także jest imponująca. 
Jednak ich obecne zadanie zdaje się ich przerastać. Powoli przyzwyczaili się już do myśli o śmierci... Teraz próbują myśleć o czymś przyjemnym. 
Nie wychodzi im... 
Kiedyś mieli czwartego towarzysza. Boją się, że skończą tak jak on. Chociaż nie. Zapewne skończą gorzej. Jego przecież rozszarpał zwykły troll. Gdyby nie spał, zapewne zdołałby się obronić. Powtarzali mu przecież aby nauczył się czuwać podczas snu. Nie chciał ich słuchać...
Szkoda.
On jednak pewnie się cieszy. Nie musi przeżywać wraz z nimi dramatu dziejącego się teraz. Patrzy na to z góry i zapewne wie, że niedługo znów spotka się z przyjaciółmi twarzą w twarz. Dołączą do niego. 
Oby nie cierpieli za bardzo. 




Dni wędrówki minęły im na rozmyślaniach. Prawie nie odzywali się do siebie. Każdy wiedział, że jakakolwiek rozmowa zajdzie natychmiast na temat ich zadania. Po co więc dołować się jeszcze bardziej?
Woleli milczeć.




Po wielu dniach przygnębiającego marszu, ujrzeli wreszcie znienawidzoną wieżę. Znienawidzoną, choć jeszcze nigdy w życiu jej nie widzieli. Nie mówiąc nawet o przebywaniu w jej wnętrzu. Nienawidzili jej, bo w niej mieszkał Incarus... Bo tam był kres ich wędrówki.
Kres ich wędrówki, a zarazem ich życia... Doskonale o tym wiedzieli. I bali się. Bardzo się bali. Jak nigdy dotąd.
Strach wypełniał ich od końcówek palców, aż do czubka głowy. Adrenalina wściekle krążyła im w żyłach. W głowie mieli prawdziwe bagno. Już teraz myśleli o wszystkim co przydarzyło im się w życiu. Także o zdarzeniach miłych, których była przytłaczająca większość. Tak. Wcześniej byli szczęśliwymi ludźmi. Aż do dnia przyjęcia zadania i podpisania na siebie wyroku śmierci... 
Strach...





- Maciek, odrobiłeś już lekcje, zająłbyś się czymś pożytecznym. Siedzisz przy tym komputerze już od dłuższego czasu. Kiedy będziesz się uczył? 
- Tak mamo, już kończę.
Zapisał i zamknął dokument i przekazał komputer wygłodniałej siostrze czatującej nad nim jak sęp nad padliną. Że też ludzie nie doceniają literatury. Co miał robić, zabrał się za obliczanie ułamków. Bał się jutrzejszego sprawdzianu. Choć musi przyznać, że jego strach miał nieco inny wymiar, niż strach bohaterów jego opowiadania.
Nieco inny... 

Taywan