MY

I

Spowijała go cisza. Nieprzenikniony brak jakiegokolwiek dźwięku ogarniał go i przenikał jego duszę. Jego wcześniej obezwładnione ciało leżało w bezruchu. Oprócz ciszy ogarniała go ciemność. W jego mieszkaniu nie paliło się światło od paru lat. W końcu przy zażywaniu Satysfakcji jakikolwiek bodziec może trwale wpływać na psychikę. Sąsiad dawno wykręcił numer na pogotowie i powiedział jak zwykle obojętnym tonem coś w stylu: "Oto następny", po czym wrócił do pracy. JDS23 leżał na podłodze, ale Jeff leciał nad stawem. Był jak ptak. Wciąż nieuchwytny i głodny. Poszybował bezwładnie w dół niczym rzucony w dół kamień. Trafił bezbłędnie. Wyciągnął jeszcze żywą rybę po czym wzleciał znowu do góry czując jak miotające się w pysku zwierzę powoli opada z sił. Po chwili już się nie miotało. Wtedy połknął ją całą niczym małą pastylkę. Delektował się chwilę jej smakiem, po czym kontynuował polowanie. Leciał wysoko jak na ptaka tych rozmiarów tak, żeby jego ofiary dostrzegały go w ostatniej chwili. Chwili śmierci. Był drapieżnikiem. Właśnie to dawało mu poczucie wyższości. W końcu nie był jakimś tam ścierwojadem, ani grzebiącą w rzece mewą, ani nawet ciągle żebrzącym wróblem. Nie musiał prosić, żeby dostawać. Sam brał to co do niego należało. Nagle coś dostrzegł. Gdzieś na ziemi, bardzo nisko podążał kształt. Czarny punkcik, najpewniej jakieś małe, najwyżej średnie, zwierzę. Zatoczył okrąg, po czym przystąpił do ataku. Leciał szybko. Bardzo szybko. Nie był to bezwładny tak jak wcześniej lot, ale wspomagany trzepotaniem skrzydeł oszalały pęd. Mały punkcik zaczął rosnąć. Poruszał się lekko, jakby przeczuwał niebezpieczeństwo, a może to po prostu wiatr powodował lekkie kołysanie. Nie była jednak pora na rozpatrywanie tego typu kwestii. Teraz musiał zabić. Poczuł gryzący w gardło dym. Wlatywał właśnie w czarną chmurę znajdującą się nad każdym miastem w okolicy. Kolejny eksperyment ludzi mający na celu utylizacje odpadków w powietrze. Rzecz jasna nieudany. Po chwili wyleciał z ciemnego obłoku i z charakterystycznym okrzykiem uderzył na ofiarę. Ileż zdziwienia można było wyczytać w jego oczach, kiedy ujrzał zwierzynę na którą polował. Wtedy jednak było za mało czasu. Biały orzeł runął w czarny samochód zaparkowany nad rzeką. Przebił głową dach skręcając sobie przy tym kark i wydając ogłuszający okrzyk bólu. Ostatni okrzyk.

Jeff usłyszał jak ktoś dobija się do drzwi. Kolejny raz ktoś wezwał pogotowie, pomyślał, kiedy otrząsnął się z zażywanej przed chwilą substancji. Musiał szybko coś napisać. Zignorował pukanie, które z każdą chwilą coraz bardziej przypominało przerażający łomot. Miał jeszcze piętnaście sekund. Potem kopią w drzwi i biorą go na posterunek, zaszczepiają jeszcze raz Wstawkę i obserwują jak się ubiera, czesze, a nawet jak sra. Czternaście. Chwycił kartkę i ołówek. Słowa zaczęły wydostawać się z jego umysłu jak oszalałe. Nie raz mówiono mu, że ma talent, ale wierzył w to dopiero, gdy uwalniał go, dając upust emocją na papierze. Trzynaście. Z każdą chwilą był bliżej celu. Dwanaście. Opisał już lot. Pięć. Teraz jeszcze tylko orzeł. Musiał opisać koniec. Dwa. Powstał wiersz:

Rozpościerając wielkie skrzydła,

Łowca nieba zaczyna polowanie.

Wypatrując ofiarę,

Przygotowuje się do śmierci.

Orzeł gotuje śmierć.

Kto dziś poniesie jej ciężar,

Na barkach swojej duszy?

Tym razem to on go poniósł.

Drzwi runęły na podłogę przywracając JDS23 do rzeczywistości. Do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn. Ubranych tak samo. Biały fartuch, nałożony niedbale na garnitur, odróżniał ich od tłumu. Biali kontrolowali wszystko. Poczynając na wyborach na fotel przywódcy, a kończąc na skład śniadania przeciętnego obywatela. Mieli też swoje pogotowie. W rzeczywistości nie różniło się ono od zwykłej policji. Gonili w końcu te same osoby. Jeden z obecnych w pokoju mężczyzn podszedł do JDS23 równym, zdecydowanym krokiem. Jeff doskonale zdawał sobie sprawę co mógł, a czego nie mógł powiedzieć. Miał zezwolenie na korzystanie uczuć pierwszego poziomu: miłości i przyjaźni. Na resztę nie pozwalała mu Wstawka. Urządzenie zamontowane w jego głowie. Miał je każdy, kto należał tak jak on do poziomu F i niżej. Mieli je też obywatele poziomu B,C,D i E. Praktycznie wszyscy. Różniły ich tylko ograniczenia nadawane przez Wstawkę. Szczupłe, długie palce mężczyzny nakazały jednym ruchem otworzyć usta. Na szczęście mikstura przestawała już działać. Nic nie wykryją, pomyślał Jeff. Przecież nie sondują mi umysłu do cholery.

-Dzień dobry JDS23. - powiedział mechanicznym głosem jeden z lekarzy

-Dzień dobry.- odpowiedział równie mechanicznym głosem Jeff.

-Czy braliśmy jakikolwiek narkotyk?- to pytanie było najgorsze. Musisz się przemóc, pomyślał Jeff. Robiłeś to setki razy bracie. Jesteś wytrenowany. Tak jednak nie było, a JDS23 doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Za każdym razem pokonywał Wstawkę z takim samym wysiłkiem, a maskował ból temu towarzyszący z równie ogromnym wkładem pracy umysłu co wcześniej. Zrobiło mu się zimno. Zaczął się przerażająco pocić. Musiał oszukać sam siebie, a to nie należało do najłatwiejszych rzeczy, jakie człowiek mógł zrobić. Wreszcie zebrał wszystkie dostępne możliwości imaginacji i wysyczał przez zaciśnięte z bólu zęby:

-Nie.- To wystarczyło. Teraz mógł się położyć. Dwaj mężczyźni opuszczali pomieszczenie mrucząc coś pod nosem. Jak zwykle na jego konto wpłynie rekompensata za drzwi. Teraz musiał jednak odpocząć. Miał przed sobą ciężką noc.

Budzik przeraźliwie głośno dał o sobie znać. Pora wstawać, pomyślał Jeff. Biali pewnie odjechali jakieś trzy godziny temu, a on miał spotkanie. Spojrzał powoli na drzwi. Wstawione, trafiło do niego jeszcze przez sen. Wstał z łóżka żwawym ruchem i zaczął się ubierać. Włożył przysługujący mu mundur wyjściowy. Wychodząc dopił stojącą od paru godzin zimną herbatę po czym zamknął świeżo wyprodukowane i wstawione drzwi. Poczuł na twarzy lekki powiew chłodu, kiedy wszedł na główny korytarz. Wszędzie krzątali się ludzie. Niektórzy wracali z pracy, inni dopiero do niej podążali. Wybrał najodpowiedniejszy moment, bo żadna neurokamera nie miała szans wyśledzić jego ruchu, jako odróżniającego się od innych. Nawet gdyby przekroczył wyznaczone linie, pewnie nikt by nie zauważył. Wszyscy tacy sami, pomyślał JDS23. Te same mundury. Te same rozmowy. Wszyscy podobni. Cholera. Tacy sami. Przesuwający się po beznadziejnych ruchomych chodnikach. Zasłuchani w odbierane w mózgu rozmowy. Zachowują indywidualność. Propagandowe brednie. Stanowią tylko kombinacje wyborów. Wybierają towary, które im odpowiadają i daje im poczucie indywidualności. Rzecz jasna tym, którym to poczucie jest potrzebne. Jeff poczuł przeszywający głowę ból. Wkraczał na teren niedozwolony jego umysłowi. Nie miał siły oszukiwać siebie samego, więc postanowił jasno obrać cel podróży. Zakład szewski na siedemset osiemdziesiątej trzeciej, pomyślał JDS23. Nogi same dołączyły do odpowiedniej kolumny. Takie były zalety Wstawki. Szybka, nieświadoma komunikacja. Starał się nie rozglądać. Patrzył przed siebie. Wpatrywał się w kark człowieka przed sobą. Wybity numer identyfikacyjny. Datę urodzin. Przypuszczalną datę śmierci. Imię i nazwisko, rzecz jasna nie pozostawało wyjątkiem, którego nie umieszczało się na karkach każdego obywatela. Taka była zasada. Każdy kto urodził się w Mieście musiał mieć taki identyfikator. Inaczej... Nie było innego wyjścia. Człowiek przed nim miał czarne, krótko ostrzyżone włosy, trochę za bardzo ulizane.

-JDS23. Gdzie jesteś?- Dobiegł go świdrujący, zniekształcony ludzki głos. Przecież wyłączył tą funkcje Wstawki dawno temu. Pewnie włączyli ją Biali.

-Jadę do szewca JDS22.- W tym momencie jego partnerka wydała komputerowo wygenerowany dźwięk, który miał świadczyć o komplikacji jej planów. Kiedyś osobniki takie jak ona nazywano żonami, przypomniał sobie wykład Jeff. Zaraz po jego wygłoszeniu internowano profesora, zrobiono mu pranie mózgu i wypuszczono jako "nowego człowieka". Typowe. Usłyszał sygnał kończący rozmowę. Wyłączył funkcję odbierania telefonów i pogrążył się w przeglądaniu planu jutrzejszego dnia. Przed jego oczami ukazała się zielona plansza z zanotowanymi datami i miejscami, w których musiał być. Ruch jego nóg oznajmił, że jest już blisko celu. Wyszedł z taśmy i pokierował się do sieci małych budyneczków. Spojrzał w górę. Zobaczył niekończącą się ciemność. Przerażającą i fascynującą za razem.

-Kiedyś było tam niebo...- Powiedział stojący obok niego mężczyzna w wytartym, brązowym płaszczu. Jeff spojrzał na niego obracając się lekko, tak żeby mógł się obronić w razie potrzeby.

-Ile to już godzin?- Powitali się tradycyjnie padając sobie w ramiona. To był Smith. Jedyny człowiek bez kodu identyfikacyjnego, którego Jeff miał przyjemność poznać.

-Nie wykonuj takich ruchów. Dla neurusów fakt, że ściskasz się z cieniem to powód, żeby wezwać Białasów. Chodź do środka. Mamy wiele do omówienia.- JDS23 odłączył nogi od Wstawki i podążył za znikającą w cieniu postacią. Kolejny raz nadstawiał karku. Kolejny raz ryzykował zachowanie normalności. Ale czego się nie robi dla sztuki...

II

Dochodziła właśnie dwunasta. Thomas Mesmes był spóźniony. Bardzo spóźniony. Jego długa czarna szata skrojona na kształt garnituru lekko powiewała kiedy szedł. Wreszcie stanął przed ostatnim korytarzem. Na jego końcu stała niska osóbka. Ubrana normalnie. To słowo najlepiej oddawałoby jej ubiór. Brak jakichkolwiek udoskonaleń i ozdób. Czysta oficjalność. Trzymając w rękach stertę papierów Mesmes minął paru urzędników stojących w okręgu i palących jeszcze dozwolone papierosy. Już niedługo, pomyślał Thomas. Jutro przegłosują ustawę i takich podziwianie takich widoków będzie rzadkością. Zabawne jak chłodne wydają się pomieszczenia, przemknęło mu przez myśl. Są bez życia, choć to ludzie sprawiają, że bije od nich zimno. A może po prostu trzeba podkręcić ogrzewanie? Mógł już dostrzec twarz czekającej na niego osoby. Niesamowicie długi nos sprawiał, że owa kobieta nawet gdyby kwalifikować jej wygląd do mężczyzn wyglądała szpetnie. Czego jednak można było spodziewać się po jej stanowisku? W końcu nie występowała przed tłumem, ale była samym szefem MY. Nie potrzebowała prezencji, bo właściwie nikt nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia. Poza paroma bardzo wysoko położonymi urzędnikami i bardzo głęboko pochowanymi buntownikami. Trzymała świat za jaja, a on nawet tego nie czuł. Z nią każdy musiał nauczyć się rozmawiać. Przetrwali tylko najpilniejsi uczniowie. Reszta teraz albo gryzie piach, albo niedługo to uczyni. Mógł prawie zobaczyć krople potu na jej czole. Stał przed najgroźniejszą osobą na świecie i myślał o tym jak szpetnie wygląda.

-Witam pani Samanto.- Mówiąc to Thomas pocałował jej dłoń. Zdławił obrzydzenie Wstawką i kontynuował rozmowę.- Czy mogę prosić o dostęp do danych dotyczących mojego wezwania do pani? - Ta oficjalność zaczynała mu grać na nerwach. Nie mógł po prostu powiedzieć: "Cześć. Czemu chcesz ze mną gadać?", bo najprawdopodobniej skończyłby jako kolejny pracownik w fabryce żarówek, pozbawiony emocji i przeszłości. Jako kapitan pierwszej drużyny MY miał pewne prawa, na przykład mógł internować kogokolwiek chciał, ale zabranie władzy tej kobiecie leżało daleko poza jego zasięgiem.

-Witam obywatelu T1. Nie rozumiem spóźnienia i opiszę je w swoim raporcie z dnia dzisiejszego.- Uśmiech na jej porozsadzanych przez mróz wargach przybrał obrzydliwy wyraz. Szczerzyła po prostu bestialsko zęby.- Zostałeś wezwany ze względu na okoliczność nadzwyczajną, której opis znajduje się w 324 paragrafie ustawy o Utajnieniu z 2034 roku. Okoliczność ta przewiduje złamanie ustawy.- Mówiąc to wręczyła mu teczkę i po prostu odeszła. Jej niezgrabne kroki słychać było z daleka. Zawsze tak było. Nie marnowała czasu. W końcu rządziła światem. Thomas odchodził powolnym krokiem. Czarna, gustowna szata dodawała mu majestatu. Przeglądał dyspozycje. Kolejny cel. Kolejny człowiek. Kolejny raz musiał kogoś zabić. Normalka, pomyślał podążając przyspieszonym krokiem w kierunku najbliższego wyjścia.

-Baczność!- Wrzasnął starszy sierżant Box stając zaraz obok swojego kapitana naprzeciw dwudziestoosobowej zbitej w prostokąt grupki ustawionej po dziesięć osób w każdym szeregu. Twarze żołnierzy przybrały obojętny wyraz. Taki zwykle przyjmowały. Tak jak ich ciemnozielone, dwuczęściowe mundury pozostawały dwuczęściowe i ciemnozielone tak twarze pozostawały kamienne nawet, gdy rozpierały ich emocje. Ciekawe przedsięwzięcie, pomyślał Thomas stając naprzeciw plutonu. Dać nam do dyspozycji uczucia. Żołnierz bez emocji nie może funkcjonować. Nie jest w stanie podejmować decyzji. Nie myśli jak wojownik. Choćby wpoić mu najcięższe prawa logiki zawsze pozostanie tylko maszynką do zabijania. Zabawne. Jeszcze dwadzieścia lat temu tacy żołnierze byli na wagę złota. Patrząc na tych chłopaków można śmiało stwierdzić, że czasy się zmieniły.

-Panowie.- Rozpoczął kapitan Mesmes odchrząkając.- Dzisiaj. Dokładnie o godzinie dwunastej cztery otrzymałem dyspozycję. Nie będziecie już dłużej stacjonować w obiekcie, w którym aktualnie się znajdujecie.- Mówił spokojnie i głośno.- Za dwadzieścia minut odbędzie się szczegółowa odprawa. Wyruszamy za dwie godziny.- Kończąc zasalutował. Żołnierze odpowiedzieli tym samym. W końcu jego czarny mundur, który mówił jednoznacznie o stopniu oficerskim dodawał mu majestatu. Choćby zajmował się tylko polityką zawsze pozostawał żołnierzem. Komandosi o tym pamiętali. On też...

Przemierzająca wyznaczoną trasę postać przystanęła na chwilę. Jeszcze trochę, pomyślał Mesmes starając się pozostać niezauważonym. Przyłożył do ramienia karabinek snajperski. Trzy strzały. Trzy ciche strzały załatwiają całą sprawę. Nie wiedział kim jest jego ofiara. Właściwie już go to nie obchodziło. Teraz musiał tylko wycelować i strzelić. Zrobią to trzej inni rozstawieni po obu stronach uliczki snajperzy. On jednak musiał oddać pierwszy strzał. Spokojnie spojrzał w lunetę karabinu. Po chwili znalazł cel. Czarny garnitur, krótko ostrzyżone włosy i ciemne okulary na nosie. Aż trudno pomyśleć, że taki czysty człowiek może zabijać ludzi, przemknęło mu przez myśl. Odwrócił się. Musiał celować w głowę. Inaczej narobi zbyt wiele hałasu. Przecież może zacząć krzyczeć. Pewnie i tak trzy oddziały chłopaków ze szturmu sprzątną jego ciało szybciej niż ktokolwiek usłyszy jego skomlenie, ale nie mógł ryzykować. Jego głowa urosła przed nim do nieludzkich rozmiarów. Oddychał tak jak on. Czuł rytm bicia jego serca. Rytm chodu. Poprawił beret i przetarł oczy. Powoli zaczął zaciskać palec na spuście rozluźniając przy tym mięśnie rąk i pleców. Kiedy naciśnie na spust czwarty oddział wbiegnie do jego meliny i wyczyści ją. Kula bezgłośnie wyleciała z długiej stalowej lufy karabinu po czym niewidocznie przebiła powietrze i trafiła w ciemnię idącego drogą człowieka. W tym samym momencie trzy inne kule przebiły jego serce, brzuch i mózg. Snajper zaciągnął się przez chwilę w dym spowodowany wystrzałem. Zawsze to robił. To był zapach śmierci. Bezwładne ciało spadło na ziemię. Na ulicę wbiegło dziesięciu odzianych w czarne mundury komandosów. Teraz tylko melina, pomyślał Thomas wkładając karabinek do otwartego futerału. Kątem oka dostrzegł wbiegających do budynku komandosów. Sprawa była załatwiona. Uniósł lekko głowę rozglądając się po ulicy. Mocny cios w tył głowy sprawił, że świat zawirował. Dostał czymś ciężkim. Lekko unosząc swoje ciało obrócił się w stronę napastnika. Stała przed nim kobieta ubrana w brudne, szare ubrania trzymająca przestarzały karabin. Kolejny cios sprawił, że stracił przytomność.

Spadał całą wieczność. Czuł jak w jego głowie narasta ciśnienie. Niewiarygodne co może zrobić kobieta z karabinem. Kobieta, czy mężczyzna? Obraz coraz bardziej zamazywał się. Wspomnienia nie miały sensu. Zaprzeczały sobie. Lodowaty dotyk gąbki przywrócił go do rzeczywistości. Jeden wyraźny bodziec wyrwał go z innego świata. Usłyszał głosy. Dochodziły z daleka. Ledwo mógł rozumieć pojedyncze słowa, a co dopiero zdania i ich sens. Otworzył lekko oczy. Ujrzał tylko rozmazany obraz kobiety. Po chwili świat powrócił i mógł odróżnić ją w zupełności od otoczenia. Czuł jak krew pulsuje mu w mózgu. Czuł każdy stukot serca, który teraz zdawał się być nieziemskim łomotem.

-Porządnie dostałeś.- Powiedziała niezbyt zadbana kobieta o złotych włosach obmywając jego twarz starannie. To niemożliwe, stwierdził w myślach Thomas. Ona robiła to czule. Poczuł lekki zapach jej perfum. Nie była do końca zaniedbana. Dopiero teraz mógł to dostrzec. Złote kosmyki jej włosów przysłaniały istne dzieło sztuki. Musiał coś powiedzieć. Musiał, bo musieliby zbierać jego wnętrzności po całej sali:

-Czy dokonałabyś ze mną aktu reprodukcji obywatelko kobieto?- Wymamrotał najładniej jak potrafił. Zrobił przy tym nieznaczny uśmiech. Ręka kobiety powędrowała prosto ku jego twarzy. Uderzając definitywnie przywróciła go do rzeczywistości.

-Zaraz ktoś do ciebie przyjdzie.- Dopiero teraz zdążył się zorientować, że jest przywiązany do krzesła. To nie wyglądało na randkę. Chyba, że z pałką. Nie mógł dostrzec ścian pomieszczenia. Poza lampą nad jego głową i małego oświetlonego kręgu nie mógł nic zobaczyć. Usłyszał kroki. Roznosiły się echem, co znaczyło, że pomieszczenie jest ogromne. Rozchodziły się zewsząd. Nagle z cienia wyłoniły się trzy postacie. Jedna stała za nim. Pozostałe dwie, które mógł dostrzec ubrane były w nieudolnie uszyte płaszcze. Były bardzo brudne i nadzwyczaj nie oddawały standardu. Osoby, które były w nie odziane nie zażywały higieny przez dłuższy okres czasu. Ich długie włosy przypominały bardziej sierść nawet nie domowego zwierzaka. Poczuł na twarzy brudne ręce trzeciej osoby. Niesamowicie śmierdziały i były właściwie czarne od brudu. Chwyciły go za gardło. Poczuł jak dotykały małej ranki na niej.

-Przyjęły się szefie.- Zza jego pleców dobiegł wszystkich gruby męski głos.- Można podać kolejną dawkę.

-Co wy mi robicie?- Zdołał wykrztusić przez mocno ściśnięte usta Mesmes. Jedna z postaci wyciągnęła strzykawkę napełnioną czarną substancją.

-Oddajemy panu człowieczeństwo panie Mesmes.- Poczuł jak ostry kawałek metalu powoli zanurza się w jego skórze. Przebija tkankę pod nią po czym wypuszcza płyn do jego organizmu. Czuł jak powoli opada z sił. Poddawał się działaniu narkotyku. Świat przestał istnieć. Jego też już nie było. Ostatkiem rozsądku wybrał numer do siedziby. W jego uszach zaczęło gwizdać. Nie ma już Wstawki? To niemożliwe. Zapadła ciemność. Poczuł jak obraca się wokół i wiruje z zawrotną prędkością. Rozszerzył najmocniej jak potrafił oczy. Jego mózg za pomocą jednej komendy uwolnił niewyobrażalny krzyk z jego ust. Wreszcie stanął w miejscu. Znajdował się w ciemnym pomieszczeniu. Na rękach miał pozostałości więzów. I krew... Po jego dłoniach spływała krew. Jego oczy płonęły. Ciągle spoglądały na coś dziko. Tak jak przestraszone zwierze w pomieszczeniu pełnym ludzi. Dostrzegł za sobą trzy ciała. Były rzucone na siebie. Podszedł bliżej. Poruszał się nadzwyczaj szybko. Jak atakujący wąż podbiegł do jednego z ciał. Tego na górze. Uniósł je nieco. Głowa została bestialsko obrócona na drugą stronę, a wnętrzności rozwleczone po całym pomieszczeniu. Ktoś działał z tak ogromną siłą, że zdołał pokonać trzech wysportowanych mężczyzn. Ktoś zrobił z tego miejsca krwawą ucztę. Thomas spojrzał na ociekające krwią dłonie. Wtedy trafiła do niego jedna przerażająca myśl. To nie była jego krew.

III

-Ten wiersz jest nielogiczny, a do tego źle napisany.- Powiedziała po chwili skupienia siedząca na kanapie osoba. Jej głos przebił się przez wszystkie inne i uciszył salę. JDS23 stanął nieruchomo. Nadal nie mógł zrozumieć tej reakcji. Przecież nie dopatrzył się w nim żadnych błędów logicznych, a co dopiero możliwości lepszego napisania. Spojrzał na trzymającą kartkę z tekstem kobietę.

-Dlaczego tak uważasz?- Zapytał z lekką chrypką Jeff.

-"Orzeł gotuje śmierć"? Każde dziecko wie, że orzeł nie może gotować, bo jest ptakiem, a śmierć to twór mitologiczny i nie może być ugotowana. Nie wiadomo też ile waży.- Mówiła jednym tchem. Po prostu wyliczała jego błędy.- Kolejny błąd. Dusza jest także tworem mitologicznym, więc nie może nosić, nie jest także wyposażona w ograny jakimi są barki. Poza tym napisałabym to lepiej.- JDS23 włączył maksymalne tłumienie uczuć. Tego było za wiele. Przez równo dwie godziny jego wiersz spotykał się z niemałą aprobatą, a ogólny wizerunek ma popsuć jakaś wywłoka, która o poezji wie tyle co o widoku nieba?! Jego umysł powoli zaczął się uspokajać. Wstawka ma też swoje dobre strony, pomyślał Jeff, kiedy przestał się na chwilę pocić.

-Muszę przyznać, że pani opinia jest oryginalna, jednak nie mogę się z nią zgodzić.- Mówił spokojnie. Nadzwyczaj spokojnie. Poddał się działaniu urządzenia bez reszty.- Wszystkie wymienione przez panią przykłady to "metaforus". Owy archaizm oznacza nie dosłowne rozumienie słowa, ale używanie, i tutaj kolejny archaizm, "wyobraźnis". Owe słowo oznacza niedostępną przez obywatela naszego poziomu umiejętność rozumienia "metaforus". Stwierdzenie, że napisałaby to pani lepiej jest wyjątkowo nierozważne, bo...- Zatrzymał się w połowie zdania. Coś zaczęło się psuć. Jego Wstawka potrzebowała przeglądu. Cholerne gówno, przemknęło mu przez myśl. Psuje się jak mi jest potrzebne. Kontynuował:

-Bo... Mogłaby pani nie dożyć możliwości napisania takiego utworu. Coś mogłoby pani się stać. Na przykład mogłaby pani być zgwałcona przez bandę terrorystów, wrzucona do lochów MY, albo po prostu zlikwidowana...- Zrobił przy tym niesamowicie bestialski uśmiech.- Rozumie pani?- Zrozumiał, że wszyscy się na niego patrzą. Przez chwilę musiał przypomnieć sobie gdzie jest. To zdarzało się zbyt często. Zawsze kiedy miał gdzieś publicznie wystąpić trafiało go to obrzydliwe uczucie. Nawet nie wiem, czy naprawdę tu jestem, pomyślał.

-Z resztą myślę, że po prostu brak pani możliwości.- Dokończył wreszcie.- Tak zwanego: T-A-L-E-N-T-U. Żegnam.- Przebił się przez grupkę skupionych i ustawionych w kręgu osób. Niektóre z nich sączyły wino łamiąc przynajmniej siedem paragrafów. Niektóre zażywały Szczęście, inni Satysfakcję. Kiedy wszyscy zaprzestali tych czynności zrozumiał, że popsuł im wieczór. Najwyraźniej na to zasługiwali. Wyszedł. Na twarzach gości zostawił tylko niedowierzanie.

Główna ulica jak zwykle wrzała. Na małym placyku skupił się tłum. Rządowi artyści urządzili wystawę. Ochłapy tego, co można zobaczyć u tak zwanych buntowników. Cała banda nic nie wartych kasorobów oglądała dzieła o równie zerowej wartości. Jeżeli plany budynków i narysowane dokładnie tak jak widzi to człowiek pomieszczenia można nazwać dziełami sztuki. Już słyszał koneserów sztuki rządowej najpierw odchrząkających flegmę zastałą w gardle, a potem gadających coś w ściśle naukowym języku. Tak, aby nikt nie mógł zrozumieć co naprawdę gadają. Potem tłumy i oczywiście wielcy artyści. Używają więcej techniki niż architekci. Oczywiście twierdzą, że to co robią rodzi się za impulsem. Potrzebą chwili. Zachcianką. Coś jednak kazało mu iść na ten plac i obejrzeć te bzdury. Było za silne na zwykłą ciekawość, ale za słabe na pospolitą głupotę. Po prostu uwielbiał oglądać ten teatrzyk. Po chwili przebijał już się przez mocno ściśniętą grupkę ludzi czekających na swoją kolej. Wreszcie dostał się do pierwszego obrazu. Zwykły. To najlepiej oddawało treść malunku. Autor ujął to co widział. Dokładnie to co widział. Cholerny prostokątny stół, co do centymetra odmierzony i przemalowany widniał na kawałku drogiego płótna. To wszystko przyprawiło go o mdłości. Nie powinien tu w ogóle przychodzić. Zaczął wychodzić przyspieszonym krokiem. Ostatnie spojrzenie na obraz przy wyjściu. Jego treść sprawiła, że zatrzymał się w miejscu i otworzył niemo usta. Przez chwilę myślał, że to jakiś żart, że może zaraz się obudzi i wróci do normalnego świata. Przy wyjściu stał prawdziwy obraz. Nie kolejny plan pokoju, czy rysunek mebli, ale szkic człowieka. Człowieka z wielką głową i małym ciałem. Słabego, ale silnego. Silnego, ale słabego. Spojrzał na inne obrazy. Te portrety były wszędzie. Przedstawiały podobizny polityków w krzywych zwierciadłach. To cholerny przewrót, dotarło do niego po chwili. A ja znajduję się w jego samym środku. Poza tym, że użytkownik mojego poziomu nie ma prawa znajdować się na wystawach sztuki ta wystawa jest nielegalna. Poczuł jak pocą mu się ręce i miękną nogi. Zrobiło mu się niedobrze. Niesamowicie głośny huk sprawił, że odruchowo upadł na ziemie. Dzwoniło mu w uszach, a w jego oczy dostawał się dym. To nie był zwykły dym. Na placu rozpylano policyjny gaz. Dźwignął się na kolana z ogromnym wysiłkiem. Czuł jak substancja zaczyna działać. W bezgłośnym świecie nie było już dla niego miejsca. Obraz zaczął robić się niewyraźny. Jego powieki opadły na oczy. Poczuł tylko jak bezgłośnie upada łupiąc głową o chodnik i zapada w sen. Bardzo długi sen.

-No bratku... Wstawaj.- Po chwili zrozumiał, że ktoś do niego mówi. W jego uszach nadal dzwoniło. Czuł jak unosi się i zaraz potem upada. Poczuł jak powracająca świadomość pozwala mu poruszyć ręką i poczuć ból. Kłucie w prawej ręce otworzyło mu oczy. Cała masa cieni i obrazów nakładała się na siebie. Tak jakby robił zeza i patrzył w te szalone lustra, które niegdyś wystawiali w wesołych miasteczkach. Kiedyś przecież istniały. Przynajmniej tego uczyli go na lekcjach historii. Obraz zaczął przypominać rzeczywistość, aż wreszcie mógł zobaczyć pochylającą się nad nim postać.- No bratku. Hop.- Powtórzyła postać znajomym tonem. Jeff dźwignął się do pozycji siedzącej wydając przy tym cichy jęk. Ujrzał jak lekarz zbliża twarz do jego twarzy. Zmarszczki świadczyły albo o doświadczeniu, albo o zapracowaniu. Której opcji byś nie wybrał, przemknęło mu przez myśl. Jestem u rzeźnika.

-Jak się dziś czujemy?- Jego głos przypominał charczenie silnika. Cienka blizna przecinająca gardło wystawała spod białego fartucha. Mówił powoli i spokojnie. Robił mu przy tym jakiś zastrzyk.

-Dobrze.- Starał się mówić obojętnym tonem. Tak nienaturalnym, jak zwykł rozmawiać z policją. Spojrzał przy tym prosto w oczy doktora. Były chłodne i praktycznie martwe. Odbierały rzeczywistość w barwach czarno-białych. Tak jak nakazuje system. Zrobiło mu się niedobrze. Nie dlatego, że wpadł. Nie dlatego, że jego przyszłość była przynajmniej niepewna, ale dlatego, że patrzył na wykonującą rozkazy i cieszącą się każdą chwilą ich wykonywania ludzką podróbkę.

-Świetnie.- Syknął przez zęby lekarz. Jego obojętne oczy rozbłysły. Najwyraźniej nie był w zwykłej Sali Nadszczepień, w których bywał prawie co miesiąc. Nie trafił do zwykłego rzeźnika, który mógł poszczycić się poziomem dostępu D. Człowiek trzymający strzykawkę uśmiechnął się szeroko i... Sadystycznie. Igła przebiła szpitalną piżamę, spoconą skórę pacjenta, po czym dostała się do jego wnętrzności. Jeff poczuł jak ogromne narzędzie grzęźnie w jego brzuchu uwalniając z ust niewyobrażalny krzyk. Zrobiło mu się niedobrze. Ostatnie co zapamiętał to reakcja lekarza na zalewające jego fartuch wymiociny. Wreszcie do niego dotarło. Przeszczepiali mu świadomość. Wreszcie się doigrał, przemknęło mu przez myśl. To ostatnie co zdążył pomyśleć, zanim narkotyk zaczął działać.

To zdarza się za często, pomyślał kiedy poczuł jak świadomość wraca do jego umysłu. Tym razem powróciła szybciej. W pomieszczeniu było ciemno. Może właśnie dlatego mógł otworzyć oczy.

-Kici... Kici...- Fala szeptów przelała się przez pomieszczenie, aż trafiła do jego świadomości. Jednego był pewien. Nie był tu sam. Kropelki potu wystąpiły mu na czoło. Zatrzymał oddech i czekał. Chwila przeszła w godzinę. Cholerne Twierdzenie Względności Einsteina sprawdzało się w praktyce. Znowu te bzdury z historii przyszły mi do głowy, pomyślał zanim zdecydował się zmienić położenie. Przecież ta teoria została zakazana jeszcze pod koniec pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Wciąż jednak żyła. Gdzieś. Nie jednak o tym miał teraz myśleć.

-Kici... Kici...- Źródło dźwięku zmieniło położenie. Tego był pewien. Nadal mógł rozumować jak człowiek, a nie jak cholerna maszynka, więc zabieg nie udał się całkowicie. Ktoś jednak był tutaj z nim, a to oznaczało, że oni też o tym wiedzieli. Mógł prawie usłyszeć jego oddech. Był nieludzko zmęczony, ale nie mógł pozwolić sobie na odpoczynek. Stoczył się z podwyższenia, na którym leżał i upadł miękko na podłogę. Przeszedł powoli pod najbliższą ścianę.

-Kici... Kici...- Powtórzył ktoś w mroku. Jeff poczuł jak zbliża się jakaś postać. Bez chwili namysłu kopnął w otaczającą go nicość. Nicość odpowiedziała mu głośnym:

-Co jest kurwa?- Chwilę potem ktoś z wielkim wysiłkiem zapalił światło. Pomieszczenie wyglądało jak wielki cuchnący magazyn. Najwyraźniej składowano tu szpitalne śmieci i ciała przed spaleniem, a człowiek który przyjął pobudzającego kopniaka w brzuch był najprawdopodobniej tym, co dokładał do pieca. Coś tu jednak nie grało. Ten człowiek wyraził swoje emocje, a na oko nie miał nawet dostępu do grupy uczuć F, więc jedyne co mógł powiedzieć to: "co się dzieje".- Zapewne zastanawiasz się gdzie jesteś człowieku. Ja ci wszystko ładnie wytłumaczę. Bardzo chętnie z resztą. Otóż to jest największa siedziba legalnego ruchu oporu, a ty właśnie wpadłeś w jego ręce człowieczku. Rozumiesz człowieczku? Sfałszowaliśmy twoją śmierć, bo jesteś nam potrzebny...- Mówił długo. Chrzanił coś o ruchu oporu. Wielkiej misji wyzwolenia świata, no i oczywiście ogromnej w tym roli JDS23, którą będzie musiał odegrać. To wszystko przestało mu się podobać dawno temu, ale najwyraźniej nie miał wyjścia. Dopiero po chwili Jeff zrozumiał, że rozmawia z grubym, niskim, a co najwyraźniejsze szpetnym człowiekiem. Owy wypluwał słowa bardzo niestarannie, jakby nie zależało mu na ich zrozumieniu. JDS23 poczuł jak żołądek odmawia mu posłuszeństwa. Z tego co na razie zrozumiał był potrzebny ruchowi oporu do pisania wierszy pokrzepiających. Najprawdopodobniej ktoś przyuważył jego kawałki i spodobały mu się.- Jeszcze jedno człowieczku... Radzę obejrzeć wiadomości.- Mężczyzna włączył mały telewizorek stojący na stole obok kontenera śmieci. Nie wiedząc czemu Jeff miał wrażenie jakby śmieciarz chciał, żeby oglądał wiadomości. Leciał właśnie magazyn informacyjny. Jak zwykle młoda i zwykle piękna spikerka pojawiła się na ekranie i rozpoczęła wiadomości bardzo pogodnym i równie fałszywym "dzień dobry państwu". Potem nastąpił komunikat:

-Dziś, w pobliżu centralnego Wielkiego Miasta znaleziono trzy ciała zamordowanych mężczyzn. Policja uważa, iż śmiercią winny jest ruch oporu. Zamordowane jednostki to: ZES32, ZMS72 i JDS23.- W tej chwili na ekran weszły trzy zdjęcia zmasakrowanych mężczyzn. Nie mógł uwierzyć w to co właśnie działo się na jego oczach. To po prostu nie mieściło mu się w głowie. Poczuł, że zaraz będzie rzygać. Ostatkiem sił opanował narastające mdłości. Musiał trzeźwo myśleć. Zobaczył niemrawy uśmiech na twarzy niskiego śmieciarza. Teraz już nie miał wyboru. Klamka zapadła. Był martwy.

Cdn...

TrOOl