Moja wersja Helmowego Jaru
Jar tonął w cieniu rzucanym przez jedną z górskich iglic. Zapadał coraz większy mrok i atramentowa ciemność zdawała się zalewać całą dolinę wraz ze znajdującym się w niej wielkim fortem. Ciemność ta jednak zdawała się niczym w porównaniu z nadciągającą z południa armią Isengardu i ciągnącymi za nią deszczowymi chmurami. Podobno forteca w Hełmowym Jarze nigdy nie padła jeszcze w czasie żadnego szturmu, dopóki broniła go choćby malutka załoga. Podobno.
Na całej długości zewnętrznego muru, przebijającego całą dolinę w poprzek, widać było sylwetki Rohimarryjczyków gorączkowo przygotowujących się na sztorm nieprzyjaciela. Dzieci i starcy, żołnierze i chłopi, czekali bez nadziei na swoich pozycjach i obserwowali wejście do Jaru, przy którym płynęła Chelmowa rzeka, wydobywająca się z samego szczytu doliny jako mały strumyk, ciągnąca przez mały wylot w zewnętrznym murze i zmieniając się już w małą rzekę docierająca do końca jaru. Pomimo gorącego powietrza wiszącego w miejscu i nie poruszającego się, jakby było zaczarowane, ta rzeka pozwalała im zachować poczucie że coś się jeszcze dzieje, woda płynie i nie wszystko jest jeszcze stracone. Marna to pociecha jeśli wziąć pod uwagę tysiące nadciągających Uruk - Hai i dzikich ludów. Owa wielka Armia zaczęła się już wspinać wzdłuż rzeki wydając przy tym okropne, wojenne okrzyki : "Melne Uruk - Hai! Melne Uruk - Hai!" Jesteśmy Uruk - Hai! Jesteśmy Uruk - Hai!
Na murach wewnętrznej twierdzy panował cały czas rozgardiasz, ludzie próbowali przygotować się na nadchodzącą walkę. Na wewnętrznych murach znajdowała się mniejsza załoga, nikt bowiem nie był wstanie sforsować pierwszych murów, wzniesionych podobno rękoma olbrzymów za czasów chwały Gondoru. Tak uważano. Na dziedzińcu pomiędzy murami panował wielki harmider, ludzie bowiem zbroili się jeszcze, wzmacniali bramę wjazdową, ostrzyli miecze. Dwóch żołnierzy na wieży fortowej, patrzący w stronę wroga, na bieżąco donosili wszystko co udało im się zaobserwować królowi Theodenowi. Orków było co najmniej dwanaście tysięcy. Dwanaście tysięcy przeciwko siedmiuset osobowej załodze fortecy, z której większość nie była żołnierzami a normalnym wiejskim ludem. Twierdza ta nigdy jeszcze nie widziała tak wielkiej armii, czyhającej przed jej murami.
Gimli pomagał przy umocnieniach głównej bramy, Aragorn chodził po całej twierdzy pocieszając napotkanych żołnierzy i starając się podnosić morale, Legolas stał na murze i wpatrywał się swoim elfim wzrokiem w nadchodzącą ciemność, a Eomer sprawdzał czy wszyscy nie walczący znajdują się w pieczarach.
Gdy krasnolud skończył umacniać bramę, doszedł do Legolasa i razem stali na pierwszym murze za flankami, zniecierpliwienie czekając na bitwę. Krasnolud głaskał ostrze swojego toporka, rozmyślając nad czymś intensywnie, elf z kolei szarpał leciutenko strunę swego łuku, widocznie go to uspokajało.
- Dobrze że przynajmniej ta walka, odbędzie się w górach, tu mi lżej umierać. - Rzekł Gimli.
- Nie umrzemy. - powiedział Legolas, a pewność w jego głosie dodała otuchy krasnoludowi.
- Prawda. Mój toporek niecierpliwi się już. - rzekł Gimli - niech no trafi na kilku orków a od razu będę czuł się jak nowonarodzony!
- A ja niech no tylko kilku moim łukiem - tu wykonał ruch ręką jakby naciągał cięciwe i celował w kogoś, po czym ją puścił - Nie damy się łatwo. - powiedział poważnie.
- Taaa. To ich koniec. - Powiedział Gimli, jednakże cień zwątpienia wdarł się do jego głosu. - Prawda?
- Tak.
Słońce znikło całkiem za górami i nastała ciemność. Chmury deszczowe nadciągające wraz z orkami, jak gdyby wlókł je z nimi jakiś potężny czar, zaczęły kropić, a po chwili mżawka ta przeobraziła się w wielką ulewę. Mrok był wyczuwalny jak gdyby oblepiał wszystko swoimi obślizgłymi mackami. Tylko lampy na murach rozświetlały ciemność.
I pochodnie. Tysiące pochodni trzymane przez orków i świecących przeraźliwym blaskiem. Było ich tysiące, dziesiątki tysięcy! Ich blask napełnił serca obrońców strachem jakiego nie zaznała jeszcze żadna istota ludzka. Pochodnie te zbliżały się z każdą sekundą do murów, idąc przy tym równym marszem, co wywoływało wyczuwalny wstrząs. Nie to było jednak najgorsze. Oprócz pochodni, każdy Uruk - Hai, wrzeszczał jak oszalały, jakby samym rykiem chciał zniszczyć mury Helmowej twierdzy. Grzmot był przy tym taki że wydawać by się mogło że mury rzeczywiście zaraz popękają i rozsypią się w drobny pył.
Z nieba spadały całe morza wody, jednakże armie po obu stronach muru nie zwracały na to uwagi. Bo po co? Po chwili orkowie ucichli i obie strony wpatrywały się w siebie nawzajem, atakujący z pewnością zwycięzcy, obrońcy z lękiem a niekiedy nawet z przerażeniem przegranych. Nie trwało to długo.
- Zaczęło się. - powiedział zrezygnowanym głosem Theoden w chwili kiedy orkowie rzucili się w stronę murów z przeraźliwym rykiem. - Co może oprzeć się takiej nienawiści?
Grad strzał poleciał w stronę napastników, którzy odpowiedzieli od razu mnóstwem bełtów wystrzelonych w stronę blanków. Orkowie próbowali podnosić i opierać wielkie drabiny o mury, po których w razie powodzenia natychmiast się wspinali. Gimli i inni wojownicy nie strzelający akurat z łuku mieli pełne ręce roboty z odpychaniem drabin i pozbywaniem się poczwar którym udało się w targnąć na mury, nawet ich wysiłki nie wystarczały jednak, i na miejsce każdej zepchniętej drabiny wyrastała następna jak grzyby po deszczu, a na miejsce każdego martwego napastnika, na mury wspinało się dwóch następnych. Legolas z niesamowitą szybkością oddawał strzał i natychmiast naciągał nową strzałę. Gimli natomiast machał swoim toporem w lewo i prawo próbując odpędzić się od nieprzyjaciół na murach. Aragorn walczył ramię w ramię z Eomerem na drugim końcu muru, przy bramie.
Bitwa trwała. Deszcz wzmógł się jeszcze bardziej, tak że pod nogami znajdowała się ohydna breja złożona z błota i krwi poległych. Większość krwi należała do orków których nie przerażała perspektywa śmierci i którzy bez strachu rzucali się na mury. Grzmotnął piorun, gdzieś w pobliżu jakaś drabina padła na ziemie przygniatając kilku orków. Wszędzie, aż po horyzont widać było orków, nie było choćby kawałka ziemi wolnej od tego plugastwa! Piorun grzmotnął znowu.
Niektórzy nieprzyjaciele przeciskali się przesmykiem pod murem, tamtędy którędy płynęła rzeka. Nieustraszony krasnolud, zauważywszy to rzucił się tam z okrzykiem brzmiącym niczym grzmot: Khazad Barzhad !!!" Wpadł on dosłownie w szał i rąbał swym obusiecznym toporem w każdego kogo tylko napotkał. Orkowie przelękli się zaprawdę tej istoty siejącej śmierć w przejściu, nawet krasnolud nie mógł dać jednak rady takiej przewadze liczebnej. Wrodzy wojownicy, rzuciwszy się w kierunku krasnoluda nakryli go swoimi ciałami. Pierwszych pięciu Gimli usiekał nim go dosięgły ich miecze, kolejni jednakże rzucili się na niego, i ich noże nie dały mu szansy na przeżycie.
Mężny krasnolud jednak, pomimo dwóch noży wbitych w pierś, gołymi rękoma zabił jeszcze dwóch napastników, charcząc przy tym słowa swego okrzyku: "Khazad Barzhad". Po chwili wbito mu jeszcze trzy noże, przez co Gimli osunął się na kolana i padł plecami w błotnistą breje.
Tak zginął Gimli, syn Gloina.
* * *
Legolas w tym czasie strzelał ze swojego łuku i ściągał coraz więcej orków. Gdy obejrzał się jednak za siebie zobaczył leżącego na ziemi krasnoluda, przygniecionego pod ciężarem kilku napastników. Elf skierował tam swój łuk i już miał oddać strzał w tamtym kierunku, kiedy poczuł pieczący ból w prawym ramieniu. Odwrócił się, i zobaczył rosłego orka biorącego akurat zamach na niego swoim mieczem. Uruk - Hai podnosił swój zagięty miecz za głowę i już, zadawał śmiertelny cios, gdy nagle Legolas pomimo okropnego bólu w rozciętym ramieniu wyciągnął swój sztylet z pochwy i wbił go w nieosłoniętą przez zbroję pachę i pchając dalej aż do krtani. Ryk, a raczej bulgot jaki wydobył z siebie upadający ork był tak przeraźliwy że Legolasowi zjeżyły się włosy na głowie. Miecz trzymany przez ręce martwego już wroga zleciał jednak zgodnie z zamierzeniami swojego właściciela i trafił Legolasa prosto w głowę. Ciało dzielnego elfa nie zdążyły jednakże upaść, kiedy bomba umieszczona pod murami została zapalona i część murów z Legolasem wyleciała w powietrze.
* * *
Aragorn wyjął swój miecz z martwego orka, czemu towarzyszył zgrzyt metalu o kości. Był cały spocony i obryzgany krwią. Nie widział już nic oprócz niej. Orkowie szturmem ruszyli ku bramie i próbowali ją wyważyć dwoma wielkimi pniami. Brama nie długo stawiała opór. Fala nieprzyjaciół przelała się przez bramę tak jak woda przelewa się przez wysadzoną w powietrze tamę.
W tej samej chwili do uszu wojownika, dotarł oszałamiający grzmot wysadzanych murów. Mechanicznie odwrócił głowę i zobaczył wielkie kamieni, pozostałości po murach, szybujące w powietrzu i trafiające w armię Isengardu, a także w ludzi stojących na pozostałościach muru zewnętrznego. Aragorn złapał za ramię walczącego obok Eomera i wrzasnął:
- Wycofujemy się!!! Brama i mur padły!!! - Próbował się przedrzeć przez hałas bitwy.
Eomer popatrzył na niego tylko zmęczonym, wzrokiem i kiwnął głowę. Po chwili obaj zaczęli czym prędzej roznosić wiadomość po resztkach załogi pierwszego muru. Nie trwało to długo i zaraz drużyna niedobitków zaczęła cofać się ku głównej twierdzy.
Cofali się walcząc równocześnie i starając przeżyć. Na ich twarzach malowało się przerażenie. Jeden z grupy przewrócił się w kałuży krwi zmieszanej z wodą. I wtedy dopadł ich grad strzał. Ci co mogli zakryli się tarczami, leżący nie mógł tego zrobić. Kilka strzał wbiło mu się w pierś i głowę zadając mu śmierć na miejscu. Reszta nie mogła nawet marzyć o tak litościwym losie, gdyż orkowie wykorzystali chwilę nieuwagi i rzucili się na żołnierzy. Z krwawej rzezi wyszedł tylko Aragorn, Eomer i trzech innych żołnierzy, cała pozostała przy życiu zewnętrzna załoga.
Biegli szybko do wejścia do warowni, już mieli dobiec, już prawie wchodzili do lekko uchylonej bramy, kiedy Eomera dosięgła strzała i przebiła mu potylice. Wojownik biegnął dalej osuwając się na kolana po czym wpadł w błoto zaraz przed bramą. Aragorn podniósł go i z pomocą innych wniósł do bramy którą od razu zamknięto. Po chwili orkowie zaczęli ją szturmować pomimo gradu strzał na nich puszczanego z wewnętrznego muru.
Dunlandczyk przypatrywał się swojemu przyjacielowi, całemu w błocie i krwi. Jego krótka bródka przybrała czerwonego odcienia a jego zbroja była cała brązowa od przylegającego się błota. W jego oczach tliły się jeszcze ostatki życia, próbujące się ratować, nie udawało się im to jednak i powoli odchodziły w ciemność. Eomer próbował coś jeszcze powiedzieć, krztusząc się krwią i śliną po czym wyzionął ducha. Aragorn nie zrozumiał go.
- Gdzie jest król!!! - wrzasnął Aragorn wstając o ciała przyjaciela - Zaprowadźcie mnie do niego!!
Po chwili Aragorn pędził po schodach w kierunku Theodena znajdującego się w wieży. Gdy był już na miejscu zobaczył króla stojącego przy oknie i spoglądającego na bitwę. Wyraz jego twarzy był bardziej niż oznaczający przerażający.
- Panie. - uklęknął Aragorn.
- To koniec...
- Nie, damy radę, tylko ..
- Tylko co! - przerwał mu Theoden - Tylko wystrzelamy ich z łuków? Zabraknie strzał! Tylko wytniemy ich mieczami? Są już tak tępe że bardziej przypominają pałki a nie miecze! Nie ma żadnej nadziei!
Jego mowę przerwał posłaniec który wpadł czym prędzej do sali i zziajany powiedział:
- Panie... Wewnętrzna brama...
- Co wewnętrzna brama?
- Brama... Ona... - mówił zziajany posłaniec.
- Co się stało mów że człowiecze!!
- Padła... Wrogowie wbiegają do wieży. Staramy się... Staramy się ich powstrzymać, ale nie potrwa to zbyt długo. Wycofujemy się do grot.
- Helmie! - wykrzyknął w szale król - Gdzie jesteś kiedy jesteś nam potrzebny.
- Musimy wytrzymać! - Mówił Aragorn - Gandałf może lada chwila przybyć, może z posiłkami.
- Gandalf!!! - mówił dalej wściekły Theoden - Gdyby miał przybyć przybył by już teraz!! Gandalf!! Ten stary tchórz!!! Uciekł!!! Nic nas już nie uratuję!!!
Aragorn stał w milczeniu i przysłuchiwał się temu napadowi szału w ciszy i spokoju, choć w jego serce zaczęło wkradać się zwątpienie. Czy to koniec?
- To jeszcze nie koniec! - wrzasnął podekscytowany Aragorn - Wyjdźmy im na spotkanie.
- Dla chwały i sławy? - powiedział spokojniejszy już Theoden z błyskiem w oku. - Skończymy tak że zostaniemy zapamiętani!
- Tak! Nie damy się łatwo!
Po chwili Król, jego gwardia przyboczna, niedobitkowie i Aragorn, uzbrojeni, z pełnymi kołczanami, na koniach trzymanych w sąsiedniej sali dla podobnej sytuacji, ruszyli pędem ku wyjściu z bramy, gdzie trwał zażarty bój z orkami. Róg Helma na wieży zabrzmiał jeszcze raz, ten jeden piękny raz. Odgłos rogu zdawał się odbijać od ścian jaru, wzmacniając się ciągle i podnosząc wszystkich którzy przeżyli na duszy. Dźwięk czysty niczym źródlana woda brzmiał, aż nagle, w najmniej oczekiwanym momencie zamilkł, zamilkł na wieki, tak jak człowiek dmuchający w ten róg zamilkł na wieki trafiony bełtem w klatkę piersiową. Deszcz przestał padać a pierwszy promień słońca pojawił się właśnie na niebie, przepędzając ciemność. Tak samo promyk dawnej chwały Rohanu wdarł się w szeregi orków. Promyk ten ciął, deptał i zabijał wrogów. Przedarł się on aż za zewnętrzne mury, gdzie było już widać koniec armii orków, koniec wyglądający jak wybawienie. Nikt jednak nie myślał o przeżyciu, tylko o pośmiertelnej chwale.
Pierwszy padł Gamling, przyboczny króla. Zginął gdyż strącono go z konia i zadeptano na miejscu. Dalej przyszła kolej na innych wojowników, gdy zostało już tylko pięciu wojaków, Theoden krzyknął a krzyk ten słychać było niczym grzmot piorunu w cichą noc.
- Za chwałę Rohimarryjczyków !
Theodena trafił wtedy właśnie bełt w pierś i pomimo zbroi przebił się sięgając aż serca. Ów ostatni okrzyk zakończył się bulgotaniem wypływającej z gardła krwi. Aragorn widział to i obserwował osuwające się z siodła zwłoki Theodena. W szale podjechał tam siekąc swym mieczem na lewo i prawo. Tyle śmierci, wszyscy jego przyjaciele... To nie może być prawda, zło zawsze przegrywa... To nie może być... Łzy zamazały mu widok, nic już nie widział, zamknął więc oczy i oddał się brutalnej śmierci.
Helmowy Jar padł.
* * *
- Za późno... - wychrypiał Gandałf biały. -Przybyliśmy za późno...
- Znaleźliśmy Theodena. - powiedział przez płacz Erkenbrand, dowódca piechoty która przybyła do Jaru jako posiłki, za późno jednak. - Zginął w walce. Niech chwała będzie mu dana na wieki.
- Nie mogę uwierzyć... - powiedział jeszcze ciszej czarodziej, a mała łezka osunęła mu się koło oka.
- Niestety.
- Czy znaleźliście kogoś żywego?
- Nikogo panie. Oprócz orków. - Powiedział z nienawiścią.
Przybyli nie dawno, około cztery godziny po świcie. Zastali twierdze całkowicie zniszczoną, nie ustał kamień na kamieniu, jak gdyby orkowie chcieli zniszczyć wszystko co jest choćby leciutką nicią związane z Rohanem. Nie wiedzieli jaką diabelną mocą zniszczyli oni tę wielką twierdze, której największe armie dobyć nie mogły, a co dopiero zniszczyć. Koło tych ruin spotkali sporą, dwu, może trzy tysięczną armię. Ich był tysiąc, ale byli wypoczęci, pełni sił i byli zdesperowani widokiem, który zastali. Orkowie zaś byli zmęczeni całodzienną bitwą, nawet ich wytrzymałość bowiem ma swój kres. Bitwa była szybka i wszyscy orkowie zostali wycięci. Po szybkim przeszukaniu znaleziono zmasakrowane szczątki wszystkich znajdujących się w twierdzy. Gdy weszli do pieczar, ich oczom ukazał się tak straszny widok, że teraz jeszcze nie mogli o tym nawet pomyśleć. Dzieci i kobiety, starcy i inwalidzi, wszyscy, co do jednego, leżeli martwi, rozpłatani na dwie części, pocięci na kawałki lub wyglądający jak gęsta, czerwona maź. Byli tam ich krewni, rodzina, przyjaciele, o ile udało się ich rozpoznać. O niektórych bowiem nie można było powiedzieć nawet czy byli kobietami czy mężczyznami. To co orkowie tu zrobili, nigdy nie zostanie zapomniane.
Helmowy Jar, został zdobyty, prawda że na krótki czas, ale te kilka godzin pozwoliło tym barbarzyńskim stworzeniom zniszczyć tą wielką twierdze. Teraz Rohan był bezbronny. Miał tylko mały zastęp piechoty, pól królestwa było spalone i mało kto przeżył. Linia królewska wygasła, znaleziono bowiem całą rodzinę martwą. Theoden, Eomer. Eowina. To była właśnie wojna. Prawdziwa, nie udawana, bez wielkich wygranych, tylko z wielkimi porażkami, zapadającymi w pamięć na setki pokoleń...
Ghart