Kruche Szkło
Pierwszej nocy wyrastają na nim ropnie, a pierwszego dnia je spostrzega i rodzi się strach.
Budzi się każdego wschodu Trzech Słońc. Wznosi ku nim swe ręce i pyta: czy już?
Przyrzekły mu w zamian za zdanie się na ich wolę spełnić co zechce.
Chciałby stać się innym i żyć inaczej.
Wszędzie na ciele ma oczy, a wokół każdego czerwone plamy. Z każdego roni łzy. Trze je i wpadają do nich zlepione rzęsy.
Mruga aż wypłyną. Wciąż ocieka słonymi kroplami i ludzie się go boją.
Próbował je sobie wyłupić, ale na miejsce jednego rankiem zastał dziesięć. Centralne bez źrenicy,
kazało mu widzieć nieznośną nicość.
Niestety z dnia na dzień widzi jednym więcej i staje się to nieznośne. Czuje jak 8 widoków rozdziera mu mózg.
Słońca schowały się za chmurami. Chmury są z nimi w zmowie.
On wie, że Słońca go oszukały i nigdy nie będzie szczęśliwy.
W nocy śni, że może spać. A może tylko dwoma. Niby nie śpi się oczyma, a jednak.
Przy 27 zapomniał, co jest powodem rozpaczy.
Może nigdy nie pamiętał? To niesprawiedliwe, że inni są inni. Innym jest łatwiej.
Będzie padał deszcz. Oczyścił go, długo leżał w błocie. Małe, kręcące się robaki
chciały schować się pod powiekami. Zauważył, że przy zetknięciu ze łzami nieruchomiały.
Czuł się źle. Próbował iść, ale tracił równowagę.
Nawet zwykłe stanie prosto powodowało okropny ból, bo były też i na piętach.
Wychodziły z ropni. Nie mógł nie patrzeć. Nie mógł nie płakać.
Z czasem robiło się coraz gorzej. Czuł, że wypełniają mu gardło.
Ledwo oddychał, każdym widział jego wnętrze pokryte tłustymi ślepiami jak nabłonkiem.
Minęła nieskończoność.
Wyczołgał się z namiotu na Saharę, spróbowawszy wstać upadł dotkliwie.
Zostawiał po sobie ślad jak śluzowy potwór.
Upadł, wycharczał: Oszukałyście mnie Słońca. Bardzo piekło.
Następnego dnia miał obudzić się ślepy, dostrojony tak, by odbierać radość.
Jak naprawione radio. Jeżeliby przeżył, to by żył.
Piekło, piekło. Nagle lunęło na niego.
Ujrzał swoje serce, podłe, ze szkła. Biło i pękało. Biło i pękało.
Nie mógł się obrócić przez garb z narośli oczu. Zakrztusił się ich wydzieliną, charknął.
Bardzo piekło, paliło, ale bał się czego innego.
Prawdy o sobie. Przeraził się jej, choć nie pojął.
-WSZYSTKO JEST NICZYM-
Obtaczany w piasku zdusił swój narząd.
-NIE MA WSZYSTKIEGO-
Szamotało się.
-MNIE NIE BĘDZIE-
Coraz słabiej.
Stłuczone ostatecznie wybuchło gruchocząc mu pierś. Krew zalała Morze Oczu. Z wnętrza wyłoniły się odłamki.
One jeszcze długo płakały, ale w końcu skwar Trzech Słońc wysuszył je, wysuszył...
Do dziś w tamtym miejscu jest zaschnięta skorupa z obrzydliwej skóry, gruczołów i kości.
Obok leży peruka siwych włosów.
Dookoła granicę wyznaczają kawałki Kruchego Szkła.
Nie tyka tego ani czas, ani Słońca, ani nawet muchy.
Gromph