Role Playing vs gry karciane (i nie tylko) Mimo iż polskie środowisko RPG nie jest jeszcz nawet w połowie tak rozwinięte, jak na zachodzie Europy, a tym bardziej w USA, już pojawiająsię w nim rysy i pęknięcia, które w owych krajach spowodowane zostały ekspansywnym rozszerzaniem rynku, a nawet samej definicji Role Playing jako takiego. Chodzi mianowicie o konflikt "karciarzy" z "prawdziwymi graczami", który przejawia się między innymi w coraz częstszych apelach o niedopuszczanie tych pierwszych do udziału w konwentach przypisywanych przez tradycję wyłącznie fabularnemu RPG. Problem jest dość złożony. Z jednej strony RPG jako takie to nazwa gier fabularnych, nie obejmujca ani karcianek, ani system kostkowych, gier bitewnych i innych ciekawostek, które możnaby umiejscowić "na pograniczu" RPG. Nazwa ta jednak powstała w momencie, kiedy owe ciekawostki jeszcze nie istniały, toteż nic dziwnego, że do gatunku ich nie zakwalifikowano. Czy jednak, skoro już są, w dalszym ciągu nie można ich przypisać do RPG? Spójrzmy na to z tej strony: gracze rozgrywając sesję systemu fabulaarnego toczą ją w wyimaginowanym świecie fantasy lub s-f (wyjątki dziejące się w zupełnie realnej współczesności, jeśli nawet istnieją - ja o takich nie słyszałem - to potwierdzają regułę) na podst,. określoonych przez podręcznik zasad naśladujących realia tego świata. Chyba każdy zgodzi się ze mną, że można przyjąć takątezę. W takim razie spójrzmy na systemy bietwne i gry karciane. Co tam mamy? - dokładnie to samo. Świat zawsze jakiś jest. Nie wnikam w to, że w grach karcianych często bywa on nakreślony byle jak, praktycznie byleby tylko był. Niemniej jednak jest, a już w systemach bitewnych dorównuje tym tworzonym dla potrzeb gier fabularnych. Są też reguły, które odzwieciedlają określone czynności. Oczywiście wachlarz tych czynności jest znacznie mniejszy niż w systemach fabularnych, ale one muszą odwzorowywać całe życie i to przeżywane przez różne charaktery, a karcianki i systemy bitewne to tylko walka, toteż reguł tu znacznie mniej. Podobieństw dałoby radę wymienić znacznie więcej, ale chodziło mi tylko o to, żeby wykazać ich istnienie. Teraz natomiast postawmy inne pytanie: kto najczęściej styka sięz grami karcianymi czy systemami bitewnymi? Odpowiedź jest jedna: fani klasycznego RPG. Część bowiem wspomnianych gier ma swoje odpowiedniki w systemach faularnych, a poza tym już na poziomie wydawcy i dystrybutora odbywa si ęniezależne od nas przyporządkowanie tych produktów do jednego worka noszącego napis "RPG, Fantasy & S-F". Co za tym idzie, rynek odbiorców musi choćby częściowo być identyczny w każdym z tych przypadków. Mając jako tako nakreślony obraz sytuacji, możemy zastanowić się, co jest przyczyną konfliktu. Otóż jeśli konwent przygotowywany jest z myślą o graczach w fabularne RPG, to fakt, iż w przerwach między sesjami grają oni w karcianki byłby dopuszczalny, natomiast obecność nieinteresujących się fabularnymi RPG karciarzy jest już pewnym nadużyciem. Rozwiązania są dwa i oba są kompromisowe. Pierwsze z nich wypracowano w USA. W tej chwili całe środowisko podzielone jest tam na wyraźnie wyodrębnione grupy i dotyczy to zarówno RPG i okolic, jak i literatury branżowej, czyli fantasy i s-f. nie ma praktycznie w USA konwentów, na których pojawiałyby się oba gatunki literatury, a zloty graczy również sąograniczone tematycznie, często nawet do jednej gry. (Tak jest przeważnie. Być może odbywają się też imprezy łączone, ale ja o żadnej nie słyszałem.) Drugim sposobem jest zrezygnowanie z tradycji i organizowanie konwentów "koedukacyjnych". Moim zdaniem jest to rozwiązanie dużo lepsze, gdyż pozwala obu stronom na poznanie zalet "przeciwnika". Gdzie lepiej niż na konwencie karciarze mogą przekonać się do systemów fabularnych, obserwując sesje, na które nigdy by nie tafili? I odwrotnie: osobiście zaobserwowałem fakt, że część ortodoksyjnych wrogów karcianek nigdy nie widziała rozgrywki z prawdziwego zdarzenia. A jest ot jedyny sposób na przekonanie sceptyka - sprawdziłem go zresztą na sobie. Za grami karcianymi nie przepadałem (choć nie byłem też zaprzysięgłym ich wrogiem), do czasu gdy zobaczyłem efektownie rozegraną partię Magic: the Gathering i dopadło również mnie. Nie widzę nic złego w szerszych horyzontach. Nie musimy od razu kupowaćstartera i kompletować decka kosztem wyrzeczeń finansowych, ale spróbujmy chociaż zapoznać sięz zasadami i spróbować np. gry deckiem kolegi. W powyższych rozważaniach świadomie pominąłem kolekcjonerski charakter gier karcianych i bitewnych. To, że koszty takiej zabawy bywają wysokie, nie może być argumentem, gdyż nikt nikogo do niczego nie zmusza. Zresztą każde hoby kosztuje. Moim celem było tylko zaznaczenie, że znacznie ciekawsza ze względu na poszerzanie doświadczeń byłoby zaniechanie konfliktu między graczami a "karciarzami", niż jego eskalacja. Zresztą ten sam cel przyświeca opisom gier karcianych, które zaczęły pojawiać się w Królestwie Chaosu i prawdopodobnie nie znikną z jego łamów. Co oczywiście nie znaczy, że zastąpią recenzje systemów fabularnych. Mam nadzieję, że raczej będą się nawzajem dopełniać. Lord Y