|
Idylla/Utopia
Podczas drogi na dworzec jego myśli zboczyły na zagadnienia,
nad którymi często rozmyślał. Dotyczyły one sposobu życia
ludzi dzisiejszych oraz jego wyglądu niegdyś, kiedy on jeszcze
się nie urodził. Jako jeden z niewielu interesował się takimi
sprawami, ale pozwalało mu to lepiej doceniać uroki jego świata.
Wiedział, z jak wieloma problemami borykał się w przeszłości
człowiek, jak trudno było żyć wcześniej. Mimo to homo
sapiens przetrwał do dziś i tylko dlatego teraźniejszy świat
jest tak wspaniały. Nie ma już jednej z największych udręk
przeszłości, którą była kiedyś szkoła. Teraz jedynymi
obowiązkowo wymaganymi od człowieka umiejętnościami są
czytanie i pisanie. Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć czegoś
więcej, poszerzyć swoje zainteresowania, to może dokonać tego
jedynie sam. Z tym nie ma jednak żadnych problemów, bo każdy w
dowolnej chwili może usiąść przed terminalem, nieważne czy
domowym, czy miejskim, by zaczerpnąć wiedzy z Biblioteki -
najwspanialszego źródła wiedzy w historii ludzkości. Dzięki
niej każdy może studiować w pełnym spokoju interesujące go
zagadnienia i nie musi zajmować się tymi, na które nie ma
najmniejszej ochoty. Zdobywa wiedzę dla samego siebie i tylko on
się ocenia. Nie zaobserwowano jednak zjawiska ciemnoty w społeczeństwie.
Po prostu na każdego przychodzi jego pora. Jedni czują wcześniej
potrzebę poszerzania horyzontów od innych, inni z kolei później,
każdy jednak ją odczuwa i dąży do zaspokojenia swych
aktualnych zapotrzebowań. Nie ma wyjątków. Poza tym nikt nie
musi się nigdzie spieszyć.
Praca to kolejna rzecz, której ludzkość się pozbyła. Dokładniej
mówiąc, nie pracuje teraz nikt poza kilkoma tysiącami zapaleńców,
u których spadkiem po przodkach jest syndrom pracoholizmu, ale
stanowią oni bardzo nikły odsetek na tle czterech miliardów
ludzi żyjących na Ziemi. Wszystkie dotychczasowe obowiązki człowieka
przejęły roboty. To one wykonują wszelkie możliwe prace - od
śmieciarzy po księgowych. Człowiek zaś jest wolny, w pełnym
tego słowa znaczeniu, ponieważ ludzkość poradziła sobie też
z najbardziej zniewalającym ją czynnikiem, czyli pieniędzmi.
Ich już nie ma. Coś, co kiedyś miało tak wielką wartość i
rządziło praktycznie całym postępowaniem człowieka, zostało
wymazane z przyszłości ludzkości.
Niegdyś idea świata bez pieniądza była nie do pomyślenia,
jednakże wraz ze wzrostem technicznym i poprawieniem warunków
życia wszystkich osób zmieniła się mentalność ludzi na całym
globie. Teraz wszystko było za darmo. Każdy dostawał to, czego
zapragnął, nie wystąpiły jednak zjawiska przesadnej prywaty
czy też łapczywości, bo nie było po temu powodów. Każdy miał
swoje mieszkanie albo dom oraz podobny stan majątkowy, który w
przeszłości uznawany byłby za szczyt luksusu. W czasach
dzisiejszych jest to standard, który mają lub mogą mieć bez
żadnego wysiłku wszyscy, którzy chcą go posiadać. Nie ma
zatem klas majątkowych ani wynikłych z nich podziałów społeczeństwa.
Poza tym pojęcie "stanu majątkowego" czy też "klas
majątkowych" jest abstrakcją, bo przecież pieniądze nie
istnieją, a zarazem żadna rzecz nie ma swojej pieniężnej
wartości, więc nie da się gromadzić majątku. Gdyby nie
zmiana mentalności oraz stopniowe wyeliminowanie z umysłów
elementu przestępczego czynnika popychającego ich do łamania
prawa, taka sytuacja nie miałaby szans kiedykolwiek zaistnieć.
Tak się jednak nie stało.
Jego rozmyślania zostały przerwane, kiedy zobaczył kiosk -
kolejny relikt przeszłości. Równie dobrze mógłby to być
zwykły automat z gazetami, jednak społeczeństwo potrzebowało
czegoś takiego. Co z tego, że w środku siedział zwykły
android wyglądający jak człowiek? Milej było kupować towar
od istoty, chociażby sztucznej, niż od maszyny, która wyglądała
jak jakiś bliżej niezidentyfikowany pojemnik.
Właśnie dla takich wartości podchodził teraz do niezbyt
wielkich rozmiarów budki i schylał swoją twarz do małego
okienka, za którym siedziała całkiem ładna kobieta w średnim
wieku, nie robiąca właściwie nic innego, poza powyższą
czynnością.
Rozmowę zaczął od nieśmiałego "dzień dobry",
ponieważ ta nigdy nie przychodziła mu z łatwością, i dopiero
wtedy poprosił o "Gazetę", jedyny wydawany do tej
pory dziennik - również w celu umilenia życia. Sprzedawczyni -
tylko umownie, bo przecież nie ma już pieniędzy - podała mu ją
z szerokim uśmiechem na ustach. Można by było pomyśleć, że
to prawdziwy człowiek.
Podziękował i pożegnał się, po czym ruszył ponownie w
kierunku dworca, czyli wprost przed siebie, otoczony
stylizowanymi na przełom XIX i XX wieku budynkami. Wyglądały
naprawdę pięknie, a obrazu dopełniała wykładana kostką
ulica. Co prawda z jego prawej strony, blisko pięć metrów nad
"kamienicami", przebiegał błyszczący metalicznie tor
powietrzny, ale nie psuł on nastroju, w jakim utrzymane było
otoczenie.
Ponownie zaczął rozmyślać na temat życia dziś i kiedyś.
Teraz nie musiał się martwić o to, czy uda mu się wyżyć do
końca miesiąca, ani o zadaną pracę domową, tak jak zapewne
robili to ludzie w przeszłości. Nie był też skazany na
siedzenie w jednym miejscu. W każdej chwili, z powodu
najmniejszej pobudki czy też niewyjaśnionego impulsu, mógł
gdzieś wyjechać. Tak jak teraz udawał się do Szkocji.
W tym przypadku powodem jego podróży była ujrzana w
dwudziestowiecznym filmie pod tytułem "Highlander"
scena, przedstawiająca wspaniały krajobraz szkockich gór z
malowniczo położonym poniżej jeziorem.
Postanowił, że uda się w tamto miejsce.
Wpierw kazał komputerowi zlokalizować położenie widocznego na
ekranie krajobrazu, po czym opuścił mieszkanie, mając w głowie
obraz cyferek, dzięki którym mógł się bez problemu dostać
tam, gdzie właśnie zmierzał. Mógłby oczywiście polecieć własnym
pojazdem, ale nie posiadał takiego, gdyż go nie potrzebował.
Wolał przejść się na dworzec i stamtąd wyruszyć publicznym
środkiem transportu, którym był malutki, biały stateczek z
trzema poziomymi pasami koloru różnych odcieni niebieskiego,
przebiegającymi wzdłuż kadłuba oraz ramieniem chwytnym,
znajdującym się pod spodem, za pomocą którego poruszał się
po torze powietrznym.
Gdy już dotarł na dworzec - wysoki, oszklony budynek - wsiadł
do windy i wyjechał na najwyższe piętro. Lubił rozpoczynać
podróż właśnie stąd, ponieważ nie było tu dachu i nad jego
głową rozciągało się już tylko niebo. Wsiadł do pierwszego
z brzegu pojazdu i przeszedł do kabiny pilota, gdzie znajdowało
się siedzenie. Wpisał do komputera współrzędne punktu, w który
chciał się wybrać i usadowił wygodnie w fotelu, włączając
wpierw muzykę relaksacyjną, będącą standardowym punktem
oprogramowania systemu. Następnie poczuł jak pojazd przyłącza
się do szyny i zaczyna nabierać prędkości.
Wyjął "Gazetę" i zaczął czytać. Jak zwykle nie
wydarzyło się nic na tyle ciekawego, żeby zainteresował się
tym na dłużej niż na okres, w którym czytał o danej sprawie.
Jest to jedyna dziedzina, której może dzisiejszy świat
pozazdrościć przeszłości. Wtedy działo się o wiele więcej
ciekawych wydarzeń i dlatego też jego głównym
zainteresowaniem jest ogólnie pojęta historia. Nie chciałby
jednak żyć w czasach, którymi zajmowało się jego hobby, więc
nie narzekał, tylko kupował codziennie gazetę i czytał o tym,
co się działo na świecie. Fakt, że nie było to nic interesującego,
przestał mu jakiś czas temu przeszkadzać.
Po przeczytaniu "Gazety" odłożył ją na półkę i
zapadł w stan pół-drzemki. Muzyka docierała jedynie do jego
podświadomości, podczas gdy świadomość była w fazie snu,
odczuwał jednak zmiany zachodzące w otoczeniu.
Po pewnym czasie zdał sobie sprawę z tego, że stateczek odłączył
ramię chwytne od toru powietrznego i włączył własny napęd,
zmieniając dotychczasowy kierunek ruchu. Wyjrzał przez okienko.
Przelatywał właśnie nad kanałem La Manche. Był zadowolony z
tego, że jest już tak blisko celu swojej podróży.
Po krótkiej chwili wpatrywania się w przesuwającą się poniżej
z zastraszającą prędkością wodę, poprosił komputer o zmianę
muzyki na sonatę F-dur Brahmsa. Zamknął oczy i zaczął chłonąć
otaczające go zewsząd dźwięki. To była wspaniała muzyka i
wspaniałe uczucie. Nie dało się go powtórzyć - za każdym
razem było trochę inne i za to je kochał.
W niespełna kwadrans później komputer pokładowy zasygnalizował
mu, że zbliżają do miejsca przeznaczenia i należy włączyć
ręczne sterowanie. Wyłączył muzykę i zaczął manipulować
sterami w celu zejścia niżej, co przyszło mu bez najmniejszych
problemów. Zmniejszył prędkość stateczku i włączył
silniki hamujące, ciągle zniżając pułap lotu. Za okienkiem
widział położoną poniżej, pośród kilku wzniesień, dolinę
z przepięknym jeziorem pośrodku. Prawdziwą oazę spokoju.
Wylądował na powierzchni wody, tuż przy brzegu, żeby mostek,
po którym wchodziło się na pokład, sięgnął brzegu. Nie
chciał się pomoczyć, bo tego nie lubił, a poza tym nie wziął
ze sobą zapasowego ubrania. Takie są uroki spontanicznych,
podejmowanych w jednej chwili decyzji. Czasami lepiej jest porządnie
przygotować się do podróży, ale mimo to cieszył się, że
znajduje się w tym miejscu i jest całkowicie niezabezpieczony w
razie nagłej zmiany pogody, nie wliczając tego, że może się
schować wewnątrz swojego środku transportu.
Po chwili wyszedł z pojazdu i zaczął podziwiać pierwotne piękno
i głębię znajdującego się przed nim jeziora. Nie przeszkadzał
mu w tym nawet malutki stateczek, który - choć wyraźnie odcinał
się od otaczającej go natury - w jakiś niezwykły sposób
pozostawał dla niego niezauważalny.
Następnie rozpoczął wspinaczkę na położone nieopodal wzgórze.
Nie była ona ani długa, ani męcząca, ponieważ pagórek
wznosił się bardzo łagodnie. Poza tym nie spieszyło mu się -
nie miał ku temu powodów. Zamiast tego wciąż podziwiał
niezwykłą urodę otoczenia, w którym się znajdował. Wraz z
jego wzrastającym punktem położenia uwydatniała się ona
jeszcze bardziej, a apogeum osiągnęła, kiedy znalazł się na
szczycie. Eksplodowała feerią barw, dźwięków i zapachów. Coś
takiego przeżywał po raz pierwszy w życiu i nie można było
powiedzieć, żeby tego żałował.
Gdy już się otrząsnął z tego uczucia, stanął dokładnie pośrodku
szczytu, zamknął oczy, wyciągnął ręce na boki i zaczął się
łagodnie kołysać, kręcić, niemalże tańczyć w rytm muzyki
przygrywanej mu przez samą naturę. Potem położył się na miękkiej
trawie, wciąż trzymając zamknięte oczy i rozłożył ręce w
geście pełnego zjednoczenia z otoczeniem.
Dzisiaj już nie wróci do domu. Zbiera się na deszcz, więc
lepiej zatrzyma się w jakimś dobrym hotelu, najlepiej takim jak
u Dicka w jego "Możemy cię zbudować": stylizowanym w
drewnie, z miłą, przyjazną atmosferą i wyborową obsługą,
gotową spełnić wszelkie zachcianki swojego gościa.
Jednakże teraz nie czas na myślenie o tym, co zrobi później.
Wzmagający się wiatr tak kojąco owiewa jego twarz, słyszy
usypiający szum trawy, a w oddali odgłosy grzmotu, zwiastun
nadchodzącej burzy. Cóż za wspaniałe miejsca na zaśnięcie.
W tym momencie przebudził się. To był tylko sen.
Bartosz 'MetFan' Krypciak
Sosnowiec,
styczeń 2003
metfan@poczta.onet.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|