|
Nowa Ziemia
"Zapiski znalezione w opuszczonym mieście dzikusów."
A.D. 1569
Zbudziłam się w środku nocy, cała zlana potem. Ostatnio nie
sypiałam dobrze. Od kilkunastu dni nękały mnie bezpodmiotowe
koszmary, których nigdy nazajutrz po przebudzeniu nie mogłam
sobie przypomnieć. Sny te napawały mnie lękiem. Byłam kapłanką,
więc powinnam umieć odczytywać ich ukryte znaczenie. Jak na
przekór, nie pamiętałam ich. Czułam tylko, że wraz z ich spełnieniem
nadejdzie ciężki czas dla plemienia Azteków. Ta noc była
inna, pamiętałam... jak przez mgłę, przed moimi oczyma
przesuwały się żywe obrazy wojennej zawieruchy. Wyglądało to
jak gniew bogów, nasi wojownicy padali pod uderzeniami
niewidzialnych włóczni. Wykonawcami boskich wyroków były
dziwne istoty, choć tak podobne do nas, byli od nas inni. Ich skóra
twarzy była dużo jaśniejsza od naszej. Najbardziej przeraziła
mnie ich reszta ciała, skóra była lśniąca i twarda, zdawała
się być jakimś metalem nie znanym nam do tej pory. Dosiadali
dzikich wysokich czworonogich bestii, które swoimi twardymi
kopytami tratowały naszych obrońców. Ze snu nie wyrwało mnie
okrucieństwo sennych wizji, lecz coś materialnego. Powstałam i
odwróciłam się w stronę Wielkiej Wody. Niebo było czyste
spoglądały z niego na mnie całe setki błyszczących oczu
wojowników z Krainy Łowów. Daleko poza naszą ziemią zobaczyłam
błyskawicę i potem rozległ się pomruk niezadowolenia bogów.
Było to niezwykłe, ponieważ bóstwa nigdy nie pozwalały
patrzeć wojownikom z Krainy Łowów na błyskawice, zaciągali
całe niebo wtedy nieprzenikalną zasłoną tych pierzastych i kłębiastych
obłoków o intensywnym kolorze. Wyglądało to tak jakby bogowie
chcieli zwrócić uwagę wszystkich na coś lub na kogoś.
Z każdą chwilą gdy kładłam się na posłanie w mym domu pośrodku
Złotego Miasta, czułam, że spełnienie jest coraz bliżej. Nie
tylko ja czułam to podniecenie, inne z moich sióstr też to
wiedziały. W końcu, którejś nocy udałam się do Najwyższego
Kapłana i opowiedziałam mu wszystko.
Z opowiadań Rhei wysnułem jeden wniosek, który i ona
potwierdziła. Szykowały się zmiany. Dostrzegałem jak na jej
pięknym, młodym ciele rysują się troski spowodowane zbyt
wielkim ciężarem, jakim jest dar widzenia. Jej oczy były podkrążone
i mętne. Nie emanowała od niej już ta sama co kiedyś dobra
energia.
- Musimy jak najszybciej złożyć Ofiarę Krwi i Ciała na przebłaganie
Quetzkhoatla.
- Niech się stanie, tylko kogo poświęcimy? - powiedziała ze
smutkiem
- Jednego z przestępców, wiesz, że Wąż lubuje się w ich
posoce. Może po rytuale wszystko się wyjaśni.
Bycie złożonym na ołtarzu jest prawdziwym zaszczytem, jednak
nikt nie miały na tyle odwagi, by poświęcić swoje życie.
Przez wiele cyklów księżyca nie musieliśmy odprawiać tego
koniecznego do przebłagania bogów rytuału. Zazwyczaj wystarczał
jakiś ptak czy owoce. Wiedziałem, że te jej sny nie mają nic
wspólnego z gniewem Quetzkhoatla zwróconym przeciw naszemu
plemieniu. Pamiętałem bardzo stary przekaz, który głosił o
ludziach, którzy przybyli w podłużnych łodziach uzbrojonych w
smocze łby naprzodzie. Ich włosy był rude, nosili ciężkie
okrągłe tarcze i śmiercionośne, wykute z nieznanego kruszcu,
miecze. Byli okrutni i posługiwali się niezrozumiałym nam językiem.
Dzięki pomocy Skrzydlatych Posłańców udało się nam ich
wszystkich zabić. Po zwycięstwie spaliliśmy cały ich dobytek
wraz z ciałami poległych. Od tego czasu Skrzydlaci Posłańcy
już nigdy się nie pojawili. Niegdyś pomogli nam wznieść
nasze wspaniałe Miasto i jego Świątynie. Określali się
mianem pomocników bogów. Przybywali do nas wprost z pomiędzy
oczu wojowników z Krainy Łowów. Sami nie potrafili latać jak
nasze upierzone ptaki, jednak mieli ze sobą łodzie o kształcie
dysku, zdolne do wznoszenia się przestworza. Porozumiewali się
z nami telepatycznie, bez użycia słów. Niestety nikt z naszych
już nie posiada tej zdolności. Byli wysocy, a ich skóra miała
kolor popiołu. Oczy mieli nienaturalnie wielkie i pozbawione białek.
Nikt się ich nie bał, pomimo ich zdolności, dobrze wiedzieliśmy,
że nie zrobią nam krzywdy. Ostatnie słowa jakie do nas
skierowali, zostały wyryte u podstaw bram wjazdowej do Miasta Świątyń,
znaczenie przesłania zatarło się w naszych umysłach po upływie
kilkuset cyklów.
Wśród śpiewów i grania na piszczałkach, wzniosłem ciało, będącego
ofiarą dla Quetzkhoatla ponad głowę i wypowiedziałem głośno
modlitwę. Podniosłem z zimnej płyty ołtarza miedziany nóż i
wolnym ruchem w poprzek szyi rozciąłem arterię przenoszącą
krew. Pozwoliłem by posoka skapywała na świętą płytę ołtarza.
Gdy w człowieku zgasło życie, rzuciłem go w ogień. Bogowie
zostali przebłagani.
Pertzo - zwiadowca doniósł o ogromnym obiekcie zbliżającym się
w naszą stronę z prędkością lecącego ptaka. Po bliższym
przyjrzeniu się temu zjawisku, okazało się, że jest to łódź
z istotami człekokształtnymi na pokładzie. Wielu z naszych
twierdziło, że to Posłańcy. Czując respekt do dawnych czasów,
postanowiłem wysłać tam łódź z grupą powitalną. Gdy
monstrualnych rozmiarów statek się zatrzymał nasi odepchnęli
swoje tratwy w kierunku obcych. W połowie drogi wszystkich wraz
łodzią, pośród ogromnego huku jakiemu towarzyszył wyziew
dymu z obcego olbrzyma, pochłonęła woda. Ich ciała całe
zmasakrowane unosiły się teraz na falach. Nie miałem już żadnych
wątpliwości, szykowała się największa bitwa w historii i nie
była to zwykła międzyplemienna sprzeczka. Tu chodziło o nasze
być albo nie być. Ja - Ngard, dowódca wojowników węża
przyrzekłem nas obronić!!!
Początkowo gdy Miasto obeszła wieść o Przybyszach, wszyscy
wylegli na skraj lasu i obserwowali, radośnie machając rękami
na powitanie. O prawdziwym obliczu najeźdźców dowiedzieliśmy
się zbyt późno, kilku naszych zginęło porażonych ich
niewidzialną strzałą. Zapanował popłoch, ludzie uciekli do
swoich domostw. Wzięli to za gniew boga.
Wysłuchałem relacji Ngarda i przykazałem na razie mu się
wstrzymać z podejmowaniem walki. Poradziłem też wszystkim wrócić
do swych zajęć. Może pominąłem coś w moich myślach i to właśnie
byli Posłańcy mający na celu ukaranie nas za nieposłuszeństwo?
W razie okazania się moich przypuszczeń prawdziwymi, to ja zapłaciłbym
największą cenę. To ja odpowiadałem ze sprawy związane z
religią. Tak jak Ngard własną głową odpowiadał za
niepowodzenia w sprawach wojennych. Młodym był jeszcze
wojownikiem, lecz nad wyraz dzielnym. Może trochę zbyt
porywczym. Musiał usłuchać mnie i przynajmniej tymczasowo ustąpić.
Kazał zamaskować się swoim wszystkim ludziom na pograniczu dżungli.
Syn wodza wraz z starszyzną oczekiwali na dalszy rozwój wydarzeń
na piaszczystej plaży.
Czekałem ze strachem w sercu. Widziałem łodzie wypełnione
dziwnymi istotami, zmierzające w naszym kierunku. Po wylądowaniu
skierowali się do nas. Mówili w dziwnym języku. Dziwnie również
wyglądali. Złożyliśmy im pokłon. Ich twarze były okrutne.
Tak, oni musieli być uosobieniem gniewu Quetzkhoatla. Zaczęli
kopać i zabijać naszą starszyznę. Starcy z pokora przyjmowali
karę. Ja w końcu nie wytrzymałem i przebiłem jednego z nich
moją włócznią. Zabiłem, istota krwawiła, to nie byli Posłańcy.
Ngard do ataku!!! Krzyknąłem wtedy. Rozpoczęło się piekło.
Istoty raziły wojowników niewidzialnymi strzałami. Schodząc z
tego świata zabierali kilkunastu z naszych wraz ze sobą. Dwóm
udało się zbiec na ogromny okręt. Wykrzykiwali w swoim
przykrym dla uszu języku jedno słowo: CORTEZ!!! Najeźdźcy
jeszcze tego dnia odpłynęli. Zapanowała radość ze zwycięskiej
bitwy, tej też nocy na niebie zapłonęły nowe oczy poległych.
Gdy inni świętowali odparcie ataku obcych ja udałam się ku
bramie Miasta Świątyń. Jakiś nakaz płynący z nieba kazał
mi przesunąć ręką po napisie, którego znaczenia już nikt
nie pamiętał. Powoli ciemność w mym umyśle zaczęła się
rozjaśniać a w mroku zaczęły pojawiać się ogniste litery.
Sens słów dotarł do mnie po chwili. Pobiegłam co prędzej do
Szetha - Najwyższego Kapłana.
"Gdy usłyszycie o Cortezie, my Skrzydlaci Posłańcy przybędziemy
po was i zabierzemy do Nowej Ziemi. Patrzcie w niebo" Tak.
Tak, teraz wszystko się wyjaśniło. To tłumaczy znikniecie sąsiadującego
z nami plemienia. Zwiadowcy wracali stamtąd bez wieści. Całe
miasto wyludnione, wszystko pozostawione tak jakby nagle wszyscy
zapadli się pod ziemię, a raczej wznieśli się ku oczom
wojowników. To dziś. Dziś nadeszła ta chwila. Skoro oni
odeszli to i my musimy to zrobić... Jutro po nas przylecą,
wypatrujmy ich na niebie!!!
Royal Gryffin vel Grey Wolf
phantazm@interia.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|