|
NIEWOLNICA MIZERIA Odcinek I: Pęd ku namiętności, czyli V=A*T
Dedykacja: Z pozdrowieniami dla Kasi i jej różowych
karteczek :D
Słońce przesunęło z wolno swą nagrzaną, purpurową
twarzyczkę piekąc niemiłosiernie wenezuelską ziemię, tę
ziemię. Kruki poderwały się skrzecząco-wrzaskliwie znad złotych
łanów wenezuelskiej pszenicy, wyrosłej potem i trudem
wenezuelskiego farmera i skrzecząc raz jeden jeszcze w kierunku
zachodzącego za godzin parę, słońca purpurowego,
wenezuelskiego odleciały. Po drodze zahaczyły jeszcze o skromną,
wiejską chatkę niewolnicy Mizerii.
Mizeria siedziała na ganku swej skromnej wiejskiej chaty, i dumała
jak jej, mamma mia, ciężko:
- Dum dum dum dum...
Tak było jej ciężko. Oj, jak krucze pióro ciężko... Taaak
ciężko... Może jednak zdejmie to futro z karakuł?
Mizeria robiła na drutach sweterek w kolorze zgniłazieleń.
Oczko w prawo, trzy lewe, oczko prawo, trzy lewe. Lubiła robić
na drutach. Bo robiąc na drutach mogła dumać:
- Dum dum dum dum...
Dumała o kłopotach. A kłopot był w tym, że Isaura miała
wszystko prócz, psia mać, chłopa. A chłop był jej na gwałt
potrzebny. Bardziej w przenośni niż dosłownie. Chłop był
Mizerii potrzebny duchowo.
Mizeria, bowiem była kobietą, och!, ach!, uczuciową. Miłość
w niej buzowała, niczym płomień miotacza napalmu na pełnych
obrotach. Hormony grały jej ślicznie, estrogen wylewał się z
jej trzewi strumieniem wielkim niczym Amazonka z Ukajali,
progesteron zaś kontrował dzielnie Nilem z Kagerą tworząć
wspólne ujście do oceanu sztormującej kobiecości. Kobiecości
czekającej na równie wielki ocean testosteronu.
Kłopot w tym, że jeśli chodzi o męskie pierwiastki, w
okolicach Mizerii panowała niepodzielnie pustynia Gobi skąpana
w wielkim, purpurowym, wenezuelskim słońcu.
Mizeria jednak nadziei nie traciła. Wierzyła, że - didididi -
nadejdzie taki dzień, że spełni się - siurubu - wreszcie ten
sen... Sen, w którym w rolach głównych wystąpi ona, płatki róż
u jej stóp i szalejący w tychże rejonach testosteron.
Skondensowany w osobie ukochanego. Nieważne jakiego. Wystarczy
by ją kochał czule, był piękny, mądry (ale nie za bardzo - w
każdym razie nie mądrzejszy od niej), namiętny ale wierny,
opanowany z nutką szaleństwa, bez nałogów (ale żeby w domu
było cygara), bogaty, brodaty, no i męski. O tak! O och! Męski!
I żeby ją kochał! I sonaty jej pod oknem śpiewał! Jak kocur
w marcu!
Ale nie było ni marca, ni kotów. Nic tylko się jakim tanim Don
Perrignon uchlać.
- Oczko w lewo, oczko w prawo... - liczyła Mizeria zawzięcie. -
Dum dum dum dum...
* * *
Srebrna toyota, model full-service, mknęła prędko po
brukowanej, wenezuelskiej drodze, kierując się - niczym Wiedźmin
jaki - w stronę zachodzącego słońca, to jest w kierunku na
Calabozo. Toyota koni mechanicznych miała w nadmiarze, pędziła
więć z zawrotną prędkością, wzbijając za sobą tumany
kurzu, tumany piasku i - czego gwoli prawdy przemilczeć niestety
nie można - tumany pierza. Kierujący bowiem, choć do kierowców
rajdowych nie należał, to jednak w swym mniemaniu jak
najbardziej zasługiwał na to miano. I gotów był do swych
aspiracji przekonać każdą kwokę, każdą kaczkę i każdego
indora.
Za kierownicą srebrnoszarego wehikułu siedział bowiem nie kto
inny, jak Pablo Don Talon, baron na zamek Mondragon, człek z
wenezuelskiego high-life'u. Hrabia swego majątku dorobił się
na nie do końca legalnych machinacjach ropą naftową. Po prostu
sprzedawał ją nielegalnie Gujańczykom. Ot, taka mała,
niewinna machlojka owocująca wielkim, wspaniałym majątkiem.
Don Talon był kawalerem. Był nim już od lat 29, czyli od dnia
swych narodzin, toteż do takowego stanu zdołał już nawyknąć.
A przyzwyczajenie drugą naturą, jak to mówią.
Don Talon powiedzenie znał, rozumiał je i wierzył mu święcie.
Kobiet mu bowiem nie brakło w życiu: to znaczy brakło, ale nie
na tyle, by sobie panny czym innym nie zastąpić. Toteż Don
Talon grał z lokajem zawzięcie w bierki, joggingował, hodował
strusie, zakładał terraria, jeździł samochodem. Czasem się
upijał, ale tylko czasem. Ogólnie wszak był dość szczęśliwy.
Czasem tylko, gdy nie mógł się w objęciach Morfeusza pogrążyć,
zerkał z ukosa na drugą połowę swego łoża, pustą i
niezasiedloną. Patrzył zaś na swe życie szczęśliwe-nieszczęśliwe
z boku jakby, pod kątem, rzekłbyś i dumał nad swym losem ciężkim
- Dum dum dum dum...
* * *
- I oczko w lewo i oczko w prawo. I dum! - pośpiewała sobie dźwięcznie
Mizeria. Mizeria bowiem śpiewać lubiła, dźwięcznie zaś w
szczególność. Toteż podśpiewywała. Dźwięcznie. Wysoko.
Jak Michał Wiśniewski w duecie z butlą helu.
Ale, jak to się już rzekło, dum dum dum dum. Dumdumała
Mizeria nadal: o testosteronie, o Ukajali, o płatkach róż. I
było jej rzewnie, i majowo, choć był to wrzesień. Bo widziała
swój tryumf, swego ukochanego, co ją kiedyś może odnaleźć
zdoła. I cieszyła się jej zadumana twarzyczka, bo w horoskopie
pisali, że to może już dziś...
A znać było, że horoskop ułożony był podług myśli Mizerii:
przyroda bowiem potwierdzała jego nieomylne wskazania. Ptaszki
kwiliły, kumaki kumkały, rybki pływały, wietrzyk wiał,
dmuchawce latały, latawce dmuchały, roślinki - jak kiedyś
pisala Małgorzata Grochola - roślinkowały wzdłuż i wszerz.
Było sielsko, spokojnie, lirycznie.
Wtem po twarzy Mizerii przebiegł skurcz. Coś bowiem zakłócało
sielskość i liryczność utworu. Z oddali dochodził pisk opon,
ryk silnika, kwakanie ptactwa.
Drogą nadjeżdżała srebrna Toyota.
* * *
- Well, they say the road's a dangerous place. - wył Don Balon
niezmiennie dźwięcznie. - If you flip me off I'm the danger
you'll face...
Don Balon wył, a powietrze wirowało w takt tej krzykliwej
sonaty, nie wiadomo z upału, czy udręczenia. Na drugą
okoliczność wskazywałby fakt, że udręczone wydawały się
także okoliczne wróbelki, papużki i skowronki. O indykach nie
wspominając.
Don Balon pewnie wszedł w kolejny wiraż i przycisnął pedał
gazu, pędząc na spotkanie ze swym przeznaczeniem niczym Hołek
za nową paczką. I, co naturalne, im szybciej pędził, tym
szybciej zbliżał się do swego drogocennego Graala, do swej
Izoldy, do swej Julii. A serce mu dziwnie kwiliło, jak gdyby
dostał nagłego ataku arytmii lewokomorowej... Zwykłe V=a*t, a
tyle poetyzmu...
Ale dość już bajdurzeń fizycznych, tu o namiętności będzie!
O testoronie, o estrogenie..
O cholera!!!!
* * *
Don Balon z trudem wytoczył się z rozbitej Toyoty, z wysiłkiem
podpełzł no do płota. Powoli, dość niepewnie podniósł głowę
i ociągając się trochę spojrzał na swoją srebrną,
chromowaną toyotę, z klimatyzacją, ABSem i systemem zdalnego
sterowanie temperaturą zapalniczki do cygar.
- O ja chędożę... Trzecia w tym roku... - zajęczał (a może
zakróliczył?) głosem, w którym dałoby się zawrzeć cały
zgrzyt giętego przy kasacji metalu. - jaki idiota sadzi drzewo
na wewnętrzenj...
- Moja morelka!!! - dało się słyszeć zza płotu. Nie słyszeć
się nie dało.
Czytelniku, jeśli ktoś opieprzać Cie będzie chwili, gdy rozbiłeś
trzecią toyotę w tym roku, to wiedz, że to musi być Twoje
przeznaczenie...
* * *
Antrakt poetyczny
------------------
Za stodołą, hen, na płocie,
kogut gromko pieje,
kot zaś męczy mysz gdzieś w kącie
krzywda jej się dzieje.
Myszów u nas Ci dostatek,
więc strata nie boli,
spójrzmy lepiej na pagórek,
tam romans się kroi.
[oklaski i wzrusznie wskazane]
* * *
I znów jest, tak lirycznie, że się na wymioty zbiera.
Gorące, purpurowo-pomańczowe słońce nachyla swą okrągłą,
czerwono-żółtą facjatę nad falującymi kłosami
wenezuelskiego pszenżyta. Pszenżyto rośnie dzielnie, rośnie
na pagórku, nie zważając nawet na częste zrzuty kolumbijskich
żuków Colorado. Żukami przejmować się nie musi. Na pagórkach
nie ma żuków.
Jest Amazonka z Ukajali i Nil z Kagerą. Jest Mizeria. Jest Don
Talon.
Jest jeszcze jakiś zbłąkany pijaczek, ale śpi smacznie, więc
nikt na niego uwagi nie zwraca.
* * *
[Autor zastrzega, że stężenie grafomańskośki w poniższym
fragmencie osiąga wskaźnik niebezpieczny dla zdrowia. ]
- Oł, hany! - szepnął czule Don Talon, przesunąwszy swą
muskularną dłoń po pachnących sianem, pszenicą i sianem włosach
Mizerii. Druga jego ręka odnalazła rękę Niewolnicy Mizerii
niczym Cristo Columb drogę do Indii Wschodnich. Jej drżąca jak
szybko stygnąca galaretka dłoń złapała Don Talona, ich palce
splotły się subtelnie, zapachniało bzem i agrestem.
- Oł, hany! - odszepnęła ściśniętym gardłem Mizeria i głęboko
wejrzała w niebieskie oczy Don Talona, hrabiego na Mondragon. -
Ty masz piękne oczy!
- Co widzisz, gdy w nie patrzysz? - zapytał. Głos jego zaś był
czysty i głęboki, rzekłbyś niczym kałuża jakaś (pozdrówka
Caleb ;)
- Są puste - ciągną się w nieskończoność i... o mój Boże,
t a m j e s t p e ł n o g w i a z d !!! - krzyknęła, a
pierwotna, drapieżna namiętność zakrzyknęła gromko pieśń
swą prawdawną. - Oh, babe, you can turn me on... - szepnęła.
Talon uśmiechnął się lirycznie y poetycznie. - Jestem, który
jestem, hany... - powiedział.
Jego ręka odnalazła rosnącą niedaleko kupkę chwastów. Na oślep
wyrwał jedną łodyżkę i spojrzał na nią ukradkiem.
Niebieski. Dziewczyny lubią takie badyle.
- Uzbierałem go specjalnie dla Ciebie... - rzekł szczerze podając
fijołka Mizerii, patrząc i wejrzając [jak sie tworzy czas teraźniejszy
od wejrzeć?] głęboko w oczy jej, co potrafiły zaiskrzyć się
takim ogniem, takim surowym, energicznym wyrazem. - Und alles
das, weil ich liebe dich...
- Oh, give it to me babe! - jęknęła cicho... - Aha, aha! -
piszczała wdmuchując sobie do nozdrzy swych panieńskich zapoch
fijołka wraz z nadchodzącym powiewem jesieni.
Dan Talon spojrzał na nią pociągle, powlókł po niej wzrokiem
takim, jakim zwykł powlekać niewieście kształty niejeden
nadmiernie dojrzewający czternastolatek. "You are... so
beautiful" pomyślał.
- Hany... wyjedź ze mną - szepnął jej czule do uszka. - Wyjedź
ze mną do tych miejsc, gdzie ptaszki śpiewają tkliwiej, a roślinki
roślinkują bardziej wzdłuż i bardziej wszerz. Gdzie jutro nie
umiera nigdy, a ojczyzna rośnie w siłe i ludzie żyją
dostatniej. Gdzie reżyserzy piszą lepsze scenariusze, a seriale
nigdy się niekończą. Gdzie wiedźmini czytają bajki dzieciom,
zużyte płaszcze OP-1 grają bazyliszki, a szlachetni i cnotliwi
Eyckowie z Denesle dorabiają po posterunkach. Come along, come
along with me...
- Ja... - Mizeria spuściła głowę, powłóczyła wzrokiem po
nagozalążkowych i spojrzała na zachodzące w oddali, purpurowe
i wenezuelskie, ale ciągle słońce. - Ja nie mogę... - szepnęła
cicho, a w kącikach jej oczy zaiskrzyły się dwie źródlane
krople.
- Nie możesz?! - zakrzyknął potwornie Don Talon, czując
dreszcze i gorąco, lód i wulkan, jing i jang, białość i
czerność, kółko i krzyżyk, wszysko razem i jednocześnie. -
Dlaczego?
Dlaczego?
* * *
[w tej chwili następuje pełna napięcia przerwa na reklamy, w
której Widz (ewentualnie Czytelnik) może sobie zrobić kawy,
albo - alternatywnie - podumać o przyczynaj takowego niemożenia.
Dumanie to wersja zalecana:
- Dum
- dum
- dum
- dum
- ...
* * *
- Dlaczego? - zakrzyknął raz jeszcze Don Talon, grzmiąc niczym
głos wołającego na pustyni.
- Bo... bo.. - szeptała Mizerioa, a jej oczy uciekały przed
wzrokiem Don Talona, niczym Smerfy przed Gargamelem. - Bo...
- Boś pan rozpieprzył swoją toyotę na tej chędożonej
morelce!!! - zakrzyknął świeżo zbudzony pijaczek, wnosząc
wiele ożywienia do tej poetyczno-liryczno-idiotycznej dysputy. -
Jedynej chędożonej morelce w promieniu 20 kilometrów! - dokończył
powracając w objęcia Morfeusza.
W tej sytuacji stare jak świat pytanie: "idziemy do mnie,
czy do Ciebie?" stało się pytaniem retorycznym...
[rzut kamery na zachodzące słońce, napisy końcowe]
EEEEEEND!!!
Union Jack
UnionJack@wp.pl
W opowiadaniu wykorzystano - niekoniecznie fizycznie - fragmenty,
motywy i inicjatywy następujących - między innymi - dzieł i
dziełeczek, kolejność przypadkowa, wykorzystań w tekście
szukajcie sami, dla najlepszych przewidziano nagrody:
* "2001: Odyseja Kosmiczna", A.C.Clarke
* Biblia Tysiąclecia
* "Coś się kończy, coś odwrotnie proporcjonalnie",
A. Sapkowski
* "O falowaniu nagozalążkowych", zesp. pod przew.
prof. P. Paszczaka
* "O trzech takich, co znieść chcieli karę śmierci"
PewienGość
* "Rzeki świata", autor nieznany
* "Sami swoi", w reżyserii ich Reżysera
Styl grafomański zamierzony :),
ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi...
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|