|
Strach
Miał wielkie oczy. Ma. Żeby lepiej widzieć. Żeby postrzegać,
łowić wzrokiem, polować, ciąć ciemności nocy ostrzami
reflektorów oczu. Kruczoczarne, długie włosy rozwiewał
lodowaty wiatr. W poszarpane loki były wplątane zeschłe liście
drzew. Peleryna z wytartego szarego płótna furkotała w czasie
szaleńczego lotu. Niebo rozjaśniały łuny wybuchów. Pozostałych
części ciała nie posiadał, bądź nigdy nikt ich nie zauważał,
nie dożywał bowiem. Zaszczyt stania się jego ofiarą, nie był
wcale takim powodem do dumy. To on myślał, że jego ofiarom
wydaje się, że są wyróżnione przez los. Tak los, on czasem
pozwalał mu wybrać, któregoś lub którąś.
Ona. Latała z nim w parze. Z zionącej pustki pośród jej
oczodołów wypływała drobną strużką zielona breja. Strój
nosiła podobny jak on. Włosy nie rosły na jej ogołoconej
czaszce. Jej widok był ostatnim obrazem, który zapamiętywał
śmiertelnik z tego świata. Chlubiła się własną rolą w tym
ogromnym mechanizmie, którego kołem zamachowym, paliwem jak i
surowcem wytwarzanym była istota, samozwańczy władca tej
planety. Mówili, o sobie sapiens. Tymczasem czy byli tak
rozumni, jak im się to wydawało w tych ich małych pofałdowanych
zwojach? W istocie rzeczy sami stworzyli tą machinę, stali się
dziećmi, ofiarami i ojcami własnych dzieci, które okazały się
niewdzięcznymi bękartami. Nieudany eksperyment? Nie. Coś, co
nie powinno ujrzeć światła dziennego.
Strach i Śmierć. Nieodłączni towarzysze wojennych zmagań ojców
machiny wojennej. On był najgorszym doradcą, ale o tym każdy
zdawał się nie wiedzieć. Po zerknięciu, nawet najbardziej
pobieżnym, w jego źrenice wykonywało się jego bezgłośne
nakazy. To nie on był sprawcą czy winowajcą. To człowiek go
powołał do życia i kazał wykonywać tą jakże wdzięczną
pracę. Wraz z nim zrodziła się Ona. Kostucha.
Wojna rozgorzała na dobre. Najeźdźcy wtargnęli w głąb kraju
i już oblegli stolicę. Na poszarpanej bombami ziemi rozsiane były
niewielkie oddzialiki partyzantów mających jeszcze Nadzieję. W
konfrontacjach z przeciwnikami, gdy On ich spostrzegał tracili
jedyny skarb jaki posiadali. Opuszczały ich siły i byli wtedy
jak młode ptaki, pozostawione w gnieździe bez opieki. Do ich
siedliska skradał się wąż. Najgorszy doradca podszeptywał im
szalone pomysły. Omotawszy sobie ich wokół swych czarnych myśli,
zostawiał na pastwę przeciwników. Zakończywszy swoją rolę
schodził potulnie za kulisy. Nadchodziła aria, którą odśpiewywała
Śmierć swoim chrapliwym głosem, zgarniając swe żniwo. Bogate
plony miała podczas konfliktów zbrojnych i zaraz.
- Nie martw się. Wkrótce nadejdzie nasze Polskie Wojsko i nas
oswobodzi. - pocieszał siostrę Rudy.
- Nie martwię się. Ja tylko tak jakoś. Mam przeczucie, że na
niebie oprócz tych niemieckich samolotów jest jeszcze ktoś i
wiesz co, wydaje mi się, że to coś na nas spogląda chciwie. -
odpowiedziała Jadzia.
To usłyszawszy zniżył lot i machnął ręką przyzywając śmierć
ku sobie. Wywęszył łatwy łup. Czekała go jeszcze tylko jedna
ciężka batalia o tego chłopaka. Wystarczyło tylko Ją pokonać.
Nadzieja jeszcze się tliła w tym młodym sercu, bijącym pod
zabrudzoną i sfatygowaną koszulą w kratę. Rudy po stracie
rodziców, musiał wykonać ostatnią wolę ojca i opiekować się
starszą siostrą. W istocie rzeczy tylko ten nakaz mu dał siłę
do dalszego bronienia się przed nacierającymi zewsząd czarnymi
obłokami zwątpienia. On Jadzi, a ona jemu była promykiem słońca
w tym ciężkim czasie. Mały węgielek żarzył się nieśmiało,
gdy Strach wylądował na tyłach małej chatki, w której
schroniło się rodzeństwo. Iskierka podsycana siostrzaną miłością
mogłaby się przerodzić w jasny płomień, lecz lada chwila
czekała ją wielka próba. Oto musiała stawić czoła chłodnej
fali wody zalewającej wszystkie suche miejsca. Był coraz bliżej.
Sunął w powietrzu z furkotem. Śmierć czekała z cierpliwością
przy studni.
- Na czwartej mamy jakieś zabudowania. Wyślijcie tam jakąś
grupę, żeby przetrząsnęła ten teren. Schnella!!! - rozkazał
dowódca.
- Ja vohl!!! Peter, Krostof , Otto und Sven. Ruszać. Biegiem!!!!
Uważać na partizanten!
Faszyści ruszyli w stronę małej drewnianej chałupy z
miotaczem ognia i dwoma ciężkimi karabinami maszynowymi. Już
niewiele dzieliło ich od osiągnięcia celu. Jeden z nich upadł
pod celnym strzałem.
- Scheise!!! Zapłacisz za to cholerny Polaczku! - zaklął Otto
nad trupem towarzysza. Teraz nie szedł już na zwykły zwiad,
lecz na swoją prywatną wojnę. On, nowy pan na tych ziemiach
nie pozwoli sobie na takie zuchwalstwo ze strony tej gorszej,
plugawej rasy. Jako czystej krwi aryjczyk postawił sobie cel,
aby wyniszczyć wszelkie objawy wrogości wobec jego nacji. Zdusić
w zarodku każdy nawet zamysł stawiania oporu zadawanemu siła
gwałtowi. Toż, to przecież nie pomyślenia, by istota gorszego
gatunku pozbawiała życia organizm dokonały. W oczach miał błysk
złości i zacięcia. Z wielką uwagą słuchał wszelkich przemówień
przywódcy Trzeciej Rzeszy. To Słowianie powinni nam służyć,
to oni zajmują nasz Lebenplatz. Tak, mieli w posiadaniu tak
wielką przestrzeń życiową, która nam się należy. Już ja
ich nauczę posłuszeństwa.
- O Boże... - wyksztusił z siebie Rudy, gdy spojrzał na pusty
magazynek.
Ostatnią kulę jaka mu pozostała wpakował w łep tego
cholernego niemieckiego żołnierza. Przez wiele dni trwania
wojny, tak różniącej się od czasu pokoju, wyzbył się tych ułomności
jakimi są wyrzuty sumienia. Wraz z pogrzebaniem własnych młodzieńczych
marzeń, pozbył się wyrzutów sumienia. Nie. Nie płakał nad
ich grobem. Nie płakał w ogóle. Tak jak bronił się
rozpaczliwe przed zwątpieniem, tak też stawiał opór cisnącym
się do oczu łzom. On, Staszek był podporą siostry, tylko ona
mu pozostała. Tylko ona trzymała go na tym świecie.
- Jadziu posłuchaj: wyjdź od drugiej strony i biegnij ile sił
w nogach w stronę lasu. Ja tu pozostanę i coś wymyślę. Jeśli
ruszymy oboje nie mamy szans zbiec.
Siostra z nieskrywaną niechęcią wykonała rozkaz brata. Wzięła
ze sobą jedynie mały tłumok z czystą parą bielizny na zmianę,
niewielką porcją chleba i Biblią. Dokładnie się rozejrzawszy
wystrzeliła jak z procy i już sadziła długimi krokami ku
zbawiennemu gąszczowi poplątanych konarów drzew.
Teraz. Nadeszło pięć sekund należących do Najgorszego
Doradcy. Stanął naprzeciw Rudego i ukazał swe ślepia. Walka
nie trwała długo. Nadzieja została zgaszona jedną tylko kroplą
wody. Teraz z serca unosiła się strużka dymu z zszarzałego węgielka,
który jeszcze sekundę temu się tlił. Strach nie pozostawił
swej ofiary samej. Zostawił go na pastwę Śmierci, która już
wolnym krokiem przechodziła w towarzystwie dwóch esesmanów
przez bramę podwórza. Staszek tym czasem siedział ze spuszczoną
głową i płakał. Przy jego stopach leżał stary wysłużony,
niezaładowany karabin myśliwski. Już widział nadchodzącą
Kostuchę. Już pogodził się całkowicie ze swoim losem. Pogrążył
się w żałobie po Nadziei.
- Patrzcie! Jakaś dziewucha ucieka na tyłach. Chłopaki ja się
nią zajmę. Nie martwcie się, przyniosę ją najpierw do tego
domku. - powiedział Krostof z szyderczym uśmiechem malującym
się na nieogolonej gębie.
- Achtung! Te dziewki są przebiegłe... - zarechotał Sven.
Pozostali dwaj Niemcy weszli do chałupy. Wpierw pozbawionego złudzeń
chłopka wzięli za pijanego, lecz potem, po oględzinach okazało
się, że się mylili. Był to Polak w wieku około dwudziestu
trzech lat. Ciemnowłosy, krótko przystrzyżony z włosami
postawionymi "na jeża".
- No to mu pokażemy. Czołgaj się gnoju! No już, jak robak, żryj
ziemię!!! - krzyczał po niemiecku Otto.
Rudy wykonywał machinalnie rozkazy. Gdyby miał jeszcze jeden,
jedyny nabój, to by sobie strzelił w głowę, ale nie miał go.
Pusty w środku ulegał razom żołnierzy i zwijał się w
konwulsjach na podłodze. Lada chwila dzieliła go od błogiej
nieświadomości wywoływanej śmiertelnym pocałunkiem tej
zakapturzonej kobiety.
- Zostaw! Puszczaj! Ratunku!!
Ten głos był Staszkowi znany aż nazbyt dobrze. Słowo "ratunku"
stało się iskrą, która wywołuje wybuch nagromadzonego gazu,
kamykiem powodującym zejście lawiny. W jednym długim na ułamek
sekundy momencie Nadzieja znów zapłonęła i jasnym swym płomieniem
spopieliła Najgorszego Doradcę. "Tak. Muszę wykonać
testament ojca!" Nieść pomoc.
Karabin, gdzie jest karabin. Skrwawione dłonie schwyciły lufę
broni i uderzyły kolbą w pysk prześladowcę. Stara broń się
połamała pod impetem uderzenia. Napastnik upadł bez tchu ze
zgruchotanym nosem i łukiem brwiowym. Drugi nie zdążył odpalić
miotacza ognia i podzielił los swego kompana. Leżał teraz z
rozciętym gardłem w kałuży własnej krwi. Również trzeci długo
nie pożył. Oszołomiony od uderzenia deską, które zadała mu
Jadzia zataczał się nad półnagą dziewczyną. Jego pląsy
zakończył Staszek. Wyciągniętym z kabury nieżywego Niemca
pistoletem wycelował w plecy esesmana i wystrzelił.
Rodzeństwo uciekło nie oglądając się za siebie do lasu.
Nadzieja odżyła, tylko na jak długo?
Grey Wolf vel Royal Gryffin
phantazm@interia.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|