Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Online

POWRÓT DO
AM




 
  <<< poprzednie :::: następne >>>
 

:::: Grey Wolf vel Royal Gryffin ::::

Strach


Miał wielkie oczy. Ma. Żeby lepiej widzieć. Żeby postrzegać, łowić wzrokiem, polować, ciąć ciemności nocy ostrzami reflektorów oczu. Kruczoczarne, długie włosy rozwiewał lodowaty wiatr. W poszarpane loki były wplątane zeschłe liście drzew. Peleryna z wytartego szarego płótna furkotała w czasie szaleńczego lotu. Niebo rozjaśniały łuny wybuchów. Pozostałych części ciała nie posiadał, bądź nigdy nikt ich nie zauważał, nie dożywał bowiem. Zaszczyt stania się jego ofiarą, nie był wcale takim powodem do dumy. To on myślał, że jego ofiarom wydaje się, że są wyróżnione przez los. Tak los, on czasem pozwalał mu wybrać, któregoś lub którąś.

Ona. Latała z nim w parze. Z zionącej pustki pośród jej oczodołów wypływała drobną strużką zielona breja. Strój nosiła podobny jak on. Włosy nie rosły na jej ogołoconej czaszce. Jej widok był ostatnim obrazem, który zapamiętywał śmiertelnik z tego świata. Chlubiła się własną rolą w tym ogromnym mechanizmie, którego kołem zamachowym, paliwem jak i surowcem wytwarzanym była istota, samozwańczy władca tej planety. Mówili, o sobie sapiens. Tymczasem czy byli tak rozumni, jak im się to wydawało w tych ich małych pofałdowanych zwojach? W istocie rzeczy sami stworzyli tą machinę, stali się dziećmi, ofiarami i ojcami własnych dzieci, które okazały się niewdzięcznymi bękartami. Nieudany eksperyment? Nie. Coś, co nie powinno ujrzeć światła dziennego.

Strach i Śmierć. Nieodłączni towarzysze wojennych zmagań ojców machiny wojennej. On był najgorszym doradcą, ale o tym każdy zdawał się nie wiedzieć. Po zerknięciu, nawet najbardziej pobieżnym, w jego źrenice wykonywało się jego bezgłośne nakazy. To nie on był sprawcą czy winowajcą. To człowiek go powołał do życia i kazał wykonywać tą jakże wdzięczną pracę. Wraz z nim zrodziła się Ona. Kostucha.

Wojna rozgorzała na dobre. Najeźdźcy wtargnęli w głąb kraju i już oblegli stolicę. Na poszarpanej bombami ziemi rozsiane były niewielkie oddzialiki partyzantów mających jeszcze Nadzieję. W konfrontacjach z przeciwnikami, gdy On ich spostrzegał tracili jedyny skarb jaki posiadali. Opuszczały ich siły i byli wtedy jak młode ptaki, pozostawione w gnieździe bez opieki. Do ich siedliska skradał się wąż. Najgorszy doradca podszeptywał im szalone pomysły. Omotawszy sobie ich wokół swych czarnych myśli, zostawiał na pastwę przeciwników. Zakończywszy swoją rolę schodził potulnie za kulisy. Nadchodziła aria, którą odśpiewywała Śmierć swoim chrapliwym głosem, zgarniając swe żniwo. Bogate plony miała podczas konfliktów zbrojnych i zaraz.


- Nie martw się. Wkrótce nadejdzie nasze Polskie Wojsko i nas oswobodzi. - pocieszał siostrę Rudy.
- Nie martwię się. Ja tylko tak jakoś. Mam przeczucie, że na niebie oprócz tych niemieckich samolotów jest jeszcze ktoś i wiesz co, wydaje mi się, że to coś na nas spogląda chciwie. - odpowiedziała Jadzia.
To usłyszawszy zniżył lot i machnął ręką przyzywając śmierć ku sobie. Wywęszył łatwy łup. Czekała go jeszcze tylko jedna ciężka batalia o tego chłopaka. Wystarczyło tylko Ją pokonać. Nadzieja jeszcze się tliła w tym młodym sercu, bijącym pod zabrudzoną i sfatygowaną koszulą w kratę. Rudy po stracie rodziców, musiał wykonać ostatnią wolę ojca i opiekować się starszą siostrą. W istocie rzeczy tylko ten nakaz mu dał siłę do dalszego bronienia się przed nacierającymi zewsząd czarnymi obłokami zwątpienia. On Jadzi, a ona jemu była promykiem słońca w tym ciężkim czasie. Mały węgielek żarzył się nieśmiało, gdy Strach wylądował na tyłach małej chatki, w której schroniło się rodzeństwo. Iskierka podsycana siostrzaną miłością mogłaby się przerodzić w jasny płomień, lecz lada chwila czekała ją wielka próba. Oto musiała stawić czoła chłodnej fali wody zalewającej wszystkie suche miejsca. Był coraz bliżej. Sunął w powietrzu z furkotem. Śmierć czekała z cierpliwością przy studni.
- Na czwartej mamy jakieś zabudowania. Wyślijcie tam jakąś grupę, żeby przetrząsnęła ten teren. Schnella!!! - rozkazał dowódca.
- Ja vohl!!! Peter, Krostof , Otto und Sven. Ruszać. Biegiem!!!! Uważać na partizanten!
Faszyści ruszyli w stronę małej drewnianej chałupy z miotaczem ognia i dwoma ciężkimi karabinami maszynowymi. Już niewiele dzieliło ich od osiągnięcia celu. Jeden z nich upadł pod celnym strzałem.
- Scheise!!! Zapłacisz za to cholerny Polaczku! - zaklął Otto nad trupem towarzysza. Teraz nie szedł już na zwykły zwiad, lecz na swoją prywatną wojnę. On, nowy pan na tych ziemiach nie pozwoli sobie na takie zuchwalstwo ze strony tej gorszej, plugawej rasy. Jako czystej krwi aryjczyk postawił sobie cel, aby wyniszczyć wszelkie objawy wrogości wobec jego nacji. Zdusić w zarodku każdy nawet zamysł stawiania oporu zadawanemu siła gwałtowi. Toż, to przecież nie pomyślenia, by istota gorszego gatunku pozbawiała życia organizm dokonały. W oczach miał błysk złości i zacięcia. Z wielką uwagą słuchał wszelkich przemówień przywódcy Trzeciej Rzeszy. To Słowianie powinni nam służyć, to oni zajmują nasz Lebenplatz. Tak, mieli w posiadaniu tak wielką przestrzeń życiową, która nam się należy. Już ja ich nauczę posłuszeństwa.
- O Boże... - wyksztusił z siebie Rudy, gdy spojrzał na pusty magazynek.
Ostatnią kulę jaka mu pozostała wpakował w łep tego cholernego niemieckiego żołnierza. Przez wiele dni trwania wojny, tak różniącej się od czasu pokoju, wyzbył się tych ułomności jakimi są wyrzuty sumienia. Wraz z pogrzebaniem własnych młodzieńczych marzeń, pozbył się wyrzutów sumienia. Nie. Nie płakał nad ich grobem. Nie płakał w ogóle. Tak jak bronił się rozpaczliwe przed zwątpieniem, tak też stawiał opór cisnącym się do oczu łzom. On, Staszek był podporą siostry, tylko ona mu pozostała. Tylko ona trzymała go na tym świecie.
- Jadziu posłuchaj: wyjdź od drugiej strony i biegnij ile sił w nogach w stronę lasu. Ja tu pozostanę i coś wymyślę. Jeśli ruszymy oboje nie mamy szans zbiec.

Siostra z nieskrywaną niechęcią wykonała rozkaz brata. Wzięła ze sobą jedynie mały tłumok z czystą parą bielizny na zmianę, niewielką porcją chleba i Biblią. Dokładnie się rozejrzawszy wystrzeliła jak z procy i już sadziła długimi krokami ku zbawiennemu gąszczowi poplątanych konarów drzew.

Teraz. Nadeszło pięć sekund należących do Najgorszego Doradcy. Stanął naprzeciw Rudego i ukazał swe ślepia. Walka nie trwała długo. Nadzieja została zgaszona jedną tylko kroplą wody. Teraz z serca unosiła się strużka dymu z zszarzałego węgielka, który jeszcze sekundę temu się tlił. Strach nie pozostawił swej ofiary samej. Zostawił go na pastwę Śmierci, która już wolnym krokiem przechodziła w towarzystwie dwóch esesmanów przez bramę podwórza. Staszek tym czasem siedział ze spuszczoną głową i płakał. Przy jego stopach leżał stary wysłużony, niezaładowany karabin myśliwski. Już widział nadchodzącą Kostuchę. Już pogodził się całkowicie ze swoim losem. Pogrążył się w żałobie po Nadziei.
- Patrzcie! Jakaś dziewucha ucieka na tyłach. Chłopaki ja się nią zajmę. Nie martwcie się, przyniosę ją najpierw do tego domku. - powiedział Krostof z szyderczym uśmiechem malującym się na nieogolonej gębie.
- Achtung! Te dziewki są przebiegłe... - zarechotał Sven.
Pozostali dwaj Niemcy weszli do chałupy. Wpierw pozbawionego złudzeń chłopka wzięli za pijanego, lecz potem, po oględzinach okazało się, że się mylili. Był to Polak w wieku około dwudziestu trzech lat. Ciemnowłosy, krótko przystrzyżony z włosami postawionymi "na jeża".
- No to mu pokażemy. Czołgaj się gnoju! No już, jak robak, żryj ziemię!!! - krzyczał po niemiecku Otto.

Rudy wykonywał machinalnie rozkazy. Gdyby miał jeszcze jeden, jedyny nabój, to by sobie strzelił w głowę, ale nie miał go. Pusty w środku ulegał razom żołnierzy i zwijał się w konwulsjach na podłodze. Lada chwila dzieliła go od błogiej nieświadomości wywoływanej śmiertelnym pocałunkiem tej zakapturzonej kobiety.
- Zostaw! Puszczaj! Ratunku!!
Ten głos był Staszkowi znany aż nazbyt dobrze. Słowo "ratunku" stało się iskrą, która wywołuje wybuch nagromadzonego gazu, kamykiem powodującym zejście lawiny. W jednym długim na ułamek sekundy momencie Nadzieja znów zapłonęła i jasnym swym płomieniem spopieliła Najgorszego Doradcę. "Tak. Muszę wykonać testament ojca!" Nieść pomoc.

Karabin, gdzie jest karabin. Skrwawione dłonie schwyciły lufę broni i uderzyły kolbą w pysk prześladowcę. Stara broń się połamała pod impetem uderzenia. Napastnik upadł bez tchu ze zgruchotanym nosem i łukiem brwiowym. Drugi nie zdążył odpalić miotacza ognia i podzielił los swego kompana. Leżał teraz z rozciętym gardłem w kałuży własnej krwi. Również trzeci długo nie pożył. Oszołomiony od uderzenia deską, które zadała mu Jadzia zataczał się nad półnagą dziewczyną. Jego pląsy zakończył Staszek. Wyciągniętym z kabury nieżywego Niemca pistoletem wycelował w plecy esesmana i wystrzelił.
Rodzeństwo uciekło nie oglądając się za siebie do lasu. Nadzieja odżyła, tylko na jak długo?



Grey Wolf vel Royal Gryffin

phantazm@interia.pl


<<< poprzednie :::: ^^ do góry ^^ :::: następne >>>