Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Online

POWRÓT DO
AM




 
  <<< poprzednie :::: następne >>>
 

:::: Piccolo ::::

Głupota


Siedział tak codziennie w tym samym miejscu. O tej samej porze: kiedy słońce zachodziło. Stary duchem i ciałem. Tylko oczy nie pasowały do pobrużdżonej zmarszczkami twarzy. Był w nich ogień, lekko przygasły i przykryty grubą pierzyną ochronnego cynizmu, ale wciąż gorący. Rydwan Heliosa powoli zanurzał się w morzu, a iskry spod jego kół znaczyły fale fioletową poświatą. Kiedyś starzec uwielbiał ten widok, ale teraz spowszedniał mu i nie sprawiał tyle radości. Jednak pozwalał myśleć na szerszych torach, nieograniczonych siatką neuronów. Wędrował więc wśród gór, lasów i zaglądał do zakamarków ludzkich dusz - krain najciekawszych. Omiótł wybrzeże wzrokiem i zatrzymał się na dwóch łodziach, które naprawiali rybacy. Obok nich na piasku siedział chłopiec i tracił wzrok. To znaczy naprawiał sieć w nikłym świetle wieczoru. "Głupcy" - pomyślał ze złością stary - "Mogli wybrać lepszą drogę, trudniejszą, ale lepszą. A teraz muszą babrać się w rybach i wodorostach. Muszą heblować mokre deski, wykrzywiać palce, ścierać skórę. A mogli poświęcić życie na coś innego. Mogli studiować literaturę, filozofię, mogli zgłębiać tajemnice, o jakich się im nie śniło. Mógłbym wiele ich nauczyć". Pomyślał i rozpłynął się w dumie. W końcu to on - mędrzec. Największy z największych. Przeczytał setki, jeśli nie tysiące ksiąg, skolekcjonował równie wiele doświadczeń. Mógł... mógł... o! Tworzyć światy i zmieniać życia. Mógł wszystko. Nie pomyślał jednak, że nigdy, ale to nigdy w życiu nie czytał niczego o babraniu się w rybach i wodorostach, ani o traceniu wzroku z powodu sieci.


- Dlaczego pozwalamy mu się okradać? - burknął nastoletni syn rybaka.
- Nikt nas nie okrada. On nie ma rodziny, ani nikogo bliskiego. Jest stary i bardzo mądry. Mógłbyś wiele się od niego nauczyć - stwierdził pojednawczo ojciec chłopca.
- Co on mógłby mi pokazać? Robi nam łaskę odzywając się, w niczym nie pomaga, a utrzymujecie go z matką. Dajecie mu całe poddasze i jedzenie, które to my, tato, wyławiamy i oprawiamy. A on tylko tu siedzi i gapi się w wodę.
- Jesteś jeszcze młody - powiedział rybak, choć targały nim takie same wątpliwości.
- Może, ale to nie szkodzi. Spójrz mi w oczy i zaprzecz - chłopak podniósł się z piasku i stanął naprzeciw schylonego nad łodzią ojca. Ich pomocnik oparł dłonie na biodrach i z uśmiechem przypatrywał się konfliktowi pokoleń. Rybak wyprostował się trzeszcząc kręgosłupem i spojrzał młodzieńcowi w oczy. Z powagą, jaka coraz częściej gościła na jego twarzy rzekł:
- Jesteś jeszcze młody - powtórzył, choć targały nim takie same wątpliwości.
Wyprostowany, mimo lat, zmierzał ku drewnianej chacie. "Jestem głupcem" - pomyślał z uśmiechem stary - "Mieszkam z prostakami, na poddaszu ich domu i jem ich ryby. Nie wiem, dlaczego właśnie tu zesłał mnie na starość los". Jednak mędrzec okłamywał samego siebie. Przeznaczenie, czy Bóg nie wiele mieli tutaj do powiedzenia. Miał dość pieniędzy, miał rodzinę, mógł mieszkać w willi położonej w najznamienitszej części stolicy. Tak naprawdę, to wiedział dlaczego tu jest. Kiedy był młody zakochał się. W upalną, letnią noc całował smukłą szyję dziewczyny. Zachód słońca barwił ich przymknięte oczy nieziemskim blaskiem. Jednak ona odeszła, a on nigdy już nie zaznał prawdziwej miłości. Nigdy już nie rozmawiał z kobietą o Bogu, nigdy już nie spróbował nawet się poświęcić. Swojej żonie, którą poślubił bardziej z rozsądku, niż z uczucia, nie nakrywał zmarzniętych ramion swetrem. Pozostał mu smak uczucia i to on przygnał go tutaj po latach.

Starzec uświadomił to sobie nareszcie i nie położył się tej nocy spać. Zapalił świeczkę na biurku i zaczął przechadzać się tak cicho, jak tylko potrafił, po poddaszu. Ściany pokryte były regałami pełnymi książek. Kilka z nich było jego autorstwa. Westchnął i poszedł dalej. Dyplom. Trzecie miejsce w skoku w dal. Dalej zdjęcia na półeczce, którą sam wystrugał i powiesił. Starymi palcami przesuwał po twarzach przyjaciół, nauczycieli, przesuwał po obliczach swego życia. Nie miał nawet jednego jej zdjęcia. Mógł uśmiechać się tylko do wyobrażni. Zawsze myślał, że miłość nie potrzebuje wizerunków. Teraz zapłakał gorzko, a na całym świecie zapadła noc, żeby ukryć łzy mężczyzny.


Następnego wieczoru znowu siedział i wpatrywał się w zachód. Był teraz mądrzejszy o prawdę o sobie, a głupszy o kilka traktatów naukowych, których słuszność podważył wczorajszej nocy. Można by zastanawiać się, jak jeden starzec może przeczyć stwierdzeniom wielu uczonych mężów. Prawdą jest jednak, że ludzkość zbyt często chce wiedzieć rzeczy, które lepiej pozostawić zakryte. A jeżeli już opuszczamy zasłonę, to powinniśmy odrzucić wiedzę z fizyki i chemii, a także kodeksy starożytnych. On po prostu podważył te traktaty i kropka. Obserwował teraz mewy, które nie wiedziały, co to śmierć. Ptaki żyły do samego końca. Znowu widział głupców wieszających na rusztowaniu z sosnowych gałęzi połcie dorszy na filety. Lecz dzisiaj nie myślał o rybakach z wczorajszą złością. Czy rozumiał ich? Nie, broń Boże, od tego był bardzo daleki. Miał jednak szacunek dla ich pracy, nie było w nim już pogardy dla wodorostów. To zadziwiające, jak człowiek może zmienić się w ciągu jednej nie przespanej nocy. Psa zawsze można nauczyć nowych sztuczek.


Kolejnego wieczoru siedział na piasku, jak zwykle. Było póżno, właściwie panowała noc, a zachód słońca dobiegał końcowi. Ale starzec nie wracał do domu rybaka na kolację. Obserwował chłopaka, który stał po kostki w wodzie i patrzył w zanurzający się w wodzie dysk. Obok niego stała dziewczyna. Mimo wieku, mędrzec potrafił dostrzec w kobiecie piękno, nawet jeżeli dopiero się kształtowało. A ona była piękna. Subtelna i delikatna. Jednak w rozwianych włosach można było dostrzec siłę charakteru, a w odsłoniętych ramionach siłę ciała. Nie rozmawiali. Widocznie nie są jeszcze na tym etapie, pomyślał ociężale brązowy medalista skoku w dal. Głupi, głupi. Westchnął nad losem tej młodej pary, ale zaraz zrozumiał, że to jego własny. On też nie potrafił rozmawiać i nie nauczył się. A oni mają przed sobą całe lata. Spostrzegł z pewną dumą, że syn rybaka zdejmuje sweter i podaje go dziewczynie bez słowa, nawet na nią nie patrząc. W końcu ona zaczęła coś mówić. Stary mędrzec przeklnął w duchu. Miał nadzieję, że chociaż oni będą tacy, jak on.


Zasnął na plaży. Ciemność i zimny piasek były dla niego niczym. Teraz jego ciało astralne wędrowało wśród gwiazd szukając trzynastego znaku zodiaku. Eteryczna cząstka starca okrążała księżyc i bawiła się jego zdumieniem, biegała między gwiazdozbiorami, poezją i elokwencją łamała siłę Herkulesa, doświadczeniem zebranym w ciągu krótkiego życia onieśmielała Feniksa, a w końcu wyrzuciła Prometeuszowi, że dał się uwiązać do szczytu Kaukazu. To zabawne, jak wielką moc mają proste słowa. Na przykład:
- Wstawaj dziadku, bo wilka dostaniesz.
Mają wystarczająco podniosłe znaczenie, by obudzić ze snu mędrca. Syn rybaka położył dłoń na ramieniu starca i potrząsnął nim. W milczeniu zaprowadził go do werandy domu.
- Chłopcze, masz może papierosa?
- Nie mam - odpowiedział młodzieniec spuszczając wzrok.
- Spokojnie, nikomu nie powiem - rzekł prosząco mędrzec. Chłopak z ociąganiem wyjął z kieszeni spodni paczkę i otworzył przed starcem. Ten wyjął jednego Marlboro i zapalił własną zapalniczką. Zaciągnął się i wypuścił kółeczko dymu.
- Dobranoc, panu - stwierdził beznamiętnie syn rybaka i otworzył cicho drzwi do domu.
- Nie lubisz mnie, co? - spytał trochę drapieżnie staruszek.
- Dlaczego pan tak uważa?
- Unikasz mnie, nie zamienisz ze mną słówka. Może się boisz?
- Niby dlaczego miałbym się bać? - skontrował zarzut młody.
- Nie wiem. Ludzie zazwyczaj boją się tego, czego nie znają. Ty nie wiesz, kim jestem, a myślisz, że możesz wypowiadać o mnie sądy. Uważasz mnie za głupiego starca, który nic nie robi, a zjada chleb, na który ciężko pracuje twój ojciec.
- Tak - mruknął syn rybaka, chociaż chciał powiedzieć coś zupełnie innego.
- Tak - powtórzył mędrzec i zgniótł peta stopą - Myślę, że jesteś inteligentny i masz zmysł obserwacji. Wszystko, co o mnie myślisz jest prawdą. Jestem zramolałym darmozjadem z dyplomami i ogromną wiedzą wyniesioną z zakurzonych bibliotek. Jestem zakłamanym inteligentem. Humanistą i filozofem traktującym miłość, jak reakcję chemiczną. Kontemplatorem banalnych zjawisk atmosferycznych. Romantyczne bzdury i wspominki - to całe moje życie - zakończył z wyrzutem humanista, filozof, inteligent i kontemplator.
- Niech pan nie przesadza. Zawsze chciałem czegoś więcej niż te wszystkie sieci i babranie się w rybach. Myślę, że uważa pan nas za prostaków i głupców. Prawdę mówiąc słusznie, bo w życiu nie przeczytaliśmy wszyscy razem nawet pięciu książek.
- Mógłbym ci coś podrzucić, gdybyś chciał... - nieśmiało zauważył starzec i z pewną złością zauważył, że mówi o całym swoim dorobku, bibliotece, jaką stworzył na poddaszu tej drewnianej chaty, z nadzieją na akceptację tego chłopca.
- Gdyby pan mógł to dla mnie zrobić... A... A czy objaśniłby mi pan to i owo? Obawiam się, że mogę wielu rzeczy nie rozumieć.
- Z ochotą - rzekł mędrzec, a ulga była tak wielka, że kilka zmarszczek na jego twarzy wygładziło się na zawsze. To zabawne, jak wiele mądrości ginie poprzez brak akceptacji głupców.


Następnego dnia i przez wiele kolejnych starzec uczył syna rybaka. Uczył go traktatów naukowych, żeby potem je odrzucić. Uczył go poezji, żeby wygnać chemię z uczuć. Uczył go w końcu życia i wpajał mu zasady. Mimo wszystko mędrzec był wspaniałym człowiekiem, a jego cynizm nie przeszkadzał wcale w ułożeniu sobie kodeksu honorowego, którego przestrzegał zawsze, bez względu na cenę. W ten sposób młodzieniec stawał się mężczyzną. Stał się odpowiedzialny, pełen wiedzy i bystry. Jego wytrenowany umysł był szybki niczym pikująca mewa i wcale nie myślał o śmierci. Chciał żyć do końca, a nie umierać. W każdej epoce istnieli mistrzowie i uczniowie. Każda ze stron w każdym czasie uczyła się od drugiej. I tak samo było w tym przypadku. Starzec zaczął dostrzegać w życiu strony, o jakich istnieniu nie miał pojęcia. Przyjemność znajdował w traceniu wzroku i w babraniu się w rybach. Struganie sosnowych rusztowań na filety było jego specjalnością. Ale najważniejsze było dla niego to, że ma dla kogo być mędrcem. Miał poczucie, że jest potrzebny, a jedzenie, które mu dają nie jest jałmużną, ani hołdem dla jego wyniosłości, tylko zapłatą za dobrze wykonaną pracę. W ten sposób starzec został, obok humanisty, inteligenta, filozofa, kontemplatora, także i rybakiem. Nie myślał nawet o tym, z jak wielką pogardą patrzałby na samego siebie jeszcze miesiąc temu. Jak wielkim jest teraz głupcem heblując te wilgotne deski nie śmiał nawet przypuszczać. Jak niemądry jest wybierając ryby z sieci nie chciał się dowiedzieć. Nie miał już nawet świadomości, że uśmiechając się i głośno śpiewając obnaża swoje prostactwo i bezdenną pustość czaszki. A w końcu, o zachodzie słońca, wspominając swoją miłość umarł jako głupiec. Można powiedzieć, że dożył końca głupio, zresztą, tak jak przystało na głupca - z uśmiechem na ustach i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.



Piccolo

pokefil@wp.pl


<<< poprzednie :::: ^^ do góry ^^ :::: następne >>>