|
Głupota
Siedział tak codziennie w tym samym miejscu. O tej samej porze:
kiedy słońce zachodziło. Stary duchem i ciałem. Tylko oczy
nie pasowały do pobrużdżonej zmarszczkami twarzy. Był w nich
ogień, lekko przygasły i przykryty grubą pierzyną ochronnego
cynizmu, ale wciąż gorący. Rydwan Heliosa powoli zanurzał się
w morzu, a iskry spod jego kół znaczyły fale fioletową poświatą.
Kiedyś starzec uwielbiał ten widok, ale teraz spowszedniał mu
i nie sprawiał tyle radości. Jednak pozwalał myśleć na
szerszych torach, nieograniczonych siatką neuronów. Wędrował
więc wśród gór, lasów i zaglądał do zakamarków ludzkich
dusz - krain najciekawszych. Omiótł wybrzeże wzrokiem i
zatrzymał się na dwóch łodziach, które naprawiali rybacy.
Obok nich na piasku siedział chłopiec i tracił wzrok. To
znaczy naprawiał sieć w nikłym świetle wieczoru. "Głupcy"
- pomyślał ze złością stary - "Mogli wybrać lepszą
drogę, trudniejszą, ale lepszą. A teraz muszą babrać się w
rybach i wodorostach. Muszą heblować mokre deski, wykrzywiać
palce, ścierać skórę. A mogli poświęcić życie na coś
innego. Mogli studiować literaturę, filozofię, mogli zgłębiać
tajemnice, o jakich się im nie śniło. Mógłbym wiele ich
nauczyć". Pomyślał i rozpłynął się w dumie. W końcu
to on - mędrzec. Największy z największych. Przeczytał setki,
jeśli nie tysiące ksiąg, skolekcjonował równie wiele doświadczeń.
Mógł... mógł... o! Tworzyć światy i zmieniać życia. Mógł
wszystko. Nie pomyślał jednak, że nigdy, ale to nigdy w życiu
nie czytał niczego o babraniu się w rybach i wodorostach, ani o
traceniu wzroku z powodu sieci.
- Dlaczego pozwalamy mu się okradać? - burknął nastoletni syn
rybaka.
- Nikt nas nie okrada. On nie ma rodziny, ani nikogo bliskiego.
Jest stary i bardzo mądry. Mógłbyś wiele się od niego nauczyć
- stwierdził pojednawczo ojciec chłopca.
- Co on mógłby mi pokazać? Robi nam łaskę odzywając się, w
niczym nie pomaga, a utrzymujecie go z matką. Dajecie mu całe
poddasze i jedzenie, które to my, tato, wyławiamy i oprawiamy.
A on tylko tu siedzi i gapi się w wodę.
- Jesteś jeszcze młody - powiedział rybak, choć targały nim
takie same wątpliwości.
- Może, ale to nie szkodzi. Spójrz mi w oczy i zaprzecz - chłopak
podniósł się z piasku i stanął naprzeciw schylonego nad łodzią
ojca. Ich pomocnik oparł dłonie na biodrach i z uśmiechem
przypatrywał się konfliktowi pokoleń. Rybak wyprostował się
trzeszcząc kręgosłupem i spojrzał młodzieńcowi w oczy. Z
powagą, jaka coraz częściej gościła na jego twarzy rzekł:
- Jesteś jeszcze młody - powtórzył, choć targały nim takie
same wątpliwości.
Wyprostowany, mimo lat, zmierzał ku drewnianej chacie. "Jestem
głupcem" - pomyślał z uśmiechem stary - "Mieszkam z
prostakami, na poddaszu ich domu i jem ich ryby. Nie wiem,
dlaczego właśnie tu zesłał mnie na starość los".
Jednak mędrzec okłamywał samego siebie. Przeznaczenie, czy Bóg
nie wiele mieli tutaj do powiedzenia. Miał dość pieniędzy,
miał rodzinę, mógł mieszkać w willi położonej w
najznamienitszej części stolicy. Tak naprawdę, to wiedział
dlaczego tu jest. Kiedy był młody zakochał się. W upalną,
letnią noc całował smukłą szyję dziewczyny. Zachód słońca
barwił ich przymknięte oczy nieziemskim blaskiem. Jednak ona
odeszła, a on nigdy już nie zaznał prawdziwej miłości. Nigdy
już nie rozmawiał z kobietą o Bogu, nigdy już nie spróbował
nawet się poświęcić. Swojej żonie, którą poślubił
bardziej z rozsądku, niż z uczucia, nie nakrywał zmarzniętych
ramion swetrem. Pozostał mu smak uczucia i to on przygnał go
tutaj po latach.
Starzec uświadomił to sobie nareszcie i nie położył się tej
nocy spać. Zapalił świeczkę na biurku i zaczął przechadzać
się tak cicho, jak tylko potrafił, po poddaszu. Ściany pokryte
były regałami pełnymi książek. Kilka z nich było jego
autorstwa. Westchnął i poszedł dalej. Dyplom. Trzecie miejsce
w skoku w dal. Dalej zdjęcia na półeczce, którą sam wystrugał
i powiesił. Starymi palcami przesuwał po twarzach przyjaciół,
nauczycieli, przesuwał po obliczach swego życia. Nie miał
nawet jednego jej zdjęcia. Mógł uśmiechać się tylko do
wyobrażni. Zawsze myślał, że miłość nie potrzebuje
wizerunków. Teraz zapłakał gorzko, a na całym świecie zapadła
noc, żeby ukryć łzy mężczyzny.
Następnego wieczoru znowu siedział i wpatrywał się w zachód.
Był teraz mądrzejszy o prawdę o sobie, a głupszy o kilka
traktatów naukowych, których słuszność podważył
wczorajszej nocy. Można by zastanawiać się, jak jeden starzec
może przeczyć stwierdzeniom wielu uczonych mężów. Prawdą
jest jednak, że ludzkość zbyt często chce wiedzieć rzeczy,
które lepiej pozostawić zakryte. A jeżeli już opuszczamy zasłonę,
to powinniśmy odrzucić wiedzę z fizyki i chemii, a także
kodeksy starożytnych. On po prostu podważył te traktaty i
kropka. Obserwował teraz mewy, które nie wiedziały, co to śmierć.
Ptaki żyły do samego końca. Znowu widział głupców wieszających
na rusztowaniu z sosnowych gałęzi połcie dorszy na filety.
Lecz dzisiaj nie myślał o rybakach z wczorajszą złością.
Czy rozumiał ich? Nie, broń Boże, od tego był bardzo daleki.
Miał jednak szacunek dla ich pracy, nie było w nim już pogardy
dla wodorostów. To zadziwiające, jak człowiek może zmienić
się w ciągu jednej nie przespanej nocy. Psa zawsze można
nauczyć nowych sztuczek.
Kolejnego wieczoru siedział na piasku, jak zwykle. Było póżno,
właściwie panowała noc, a zachód słońca dobiegał końcowi.
Ale starzec nie wracał do domu rybaka na kolację. Obserwował
chłopaka, który stał po kostki w wodzie i patrzył w zanurzający
się w wodzie dysk. Obok niego stała dziewczyna. Mimo wieku, mędrzec
potrafił dostrzec w kobiecie piękno, nawet jeżeli dopiero się
kształtowało. A ona była piękna. Subtelna i delikatna. Jednak
w rozwianych włosach można było dostrzec siłę charakteru, a
w odsłoniętych ramionach siłę ciała. Nie rozmawiali.
Widocznie nie są jeszcze na tym etapie, pomyślał ociężale brązowy
medalista skoku w dal. Głupi, głupi. Westchnął nad losem tej
młodej pary, ale zaraz zrozumiał, że to jego własny. On też
nie potrafił rozmawiać i nie nauczył się. A oni mają przed
sobą całe lata. Spostrzegł z pewną dumą, że syn rybaka
zdejmuje sweter i podaje go dziewczynie bez słowa, nawet na nią
nie patrząc. W końcu ona zaczęła coś mówić. Stary mędrzec
przeklnął w duchu. Miał nadzieję, że chociaż oni będą
tacy, jak on.
Zasnął na plaży. Ciemność i zimny piasek były dla niego
niczym. Teraz jego ciało astralne wędrowało wśród gwiazd
szukając trzynastego znaku zodiaku. Eteryczna cząstka starca
okrążała księżyc i bawiła się jego zdumieniem, biegała między
gwiazdozbiorami, poezją i elokwencją łamała siłę Herkulesa,
doświadczeniem zebranym w ciągu krótkiego życia onieśmielała
Feniksa, a w końcu wyrzuciła Prometeuszowi, że dał się uwiązać
do szczytu Kaukazu. To zabawne, jak wielką moc mają proste słowa.
Na przykład:
- Wstawaj dziadku, bo wilka dostaniesz.
Mają wystarczająco podniosłe znaczenie, by obudzić ze snu mędrca.
Syn rybaka położył dłoń na ramieniu starca i potrząsnął
nim. W milczeniu zaprowadził go do werandy domu.
- Chłopcze, masz może papierosa?
- Nie mam - odpowiedział młodzieniec spuszczając wzrok.
- Spokojnie, nikomu nie powiem - rzekł prosząco mędrzec. Chłopak
z ociąganiem wyjął z kieszeni spodni paczkę i otworzył przed
starcem. Ten wyjął jednego Marlboro i zapalił własną
zapalniczką. Zaciągnął się i wypuścił kółeczko dymu.
- Dobranoc, panu - stwierdził beznamiętnie syn rybaka i otworzył
cicho drzwi do domu.
- Nie lubisz mnie, co? - spytał trochę drapieżnie staruszek.
- Dlaczego pan tak uważa?
- Unikasz mnie, nie zamienisz ze mną słówka. Może się boisz?
- Niby dlaczego miałbym się bać? - skontrował zarzut młody.
- Nie wiem. Ludzie zazwyczaj boją się tego, czego nie znają.
Ty nie wiesz, kim jestem, a myślisz, że możesz wypowiadać o
mnie sądy. Uważasz mnie za głupiego starca, który nic nie
robi, a zjada chleb, na który ciężko pracuje twój ojciec.
- Tak - mruknął syn rybaka, chociaż chciał powiedzieć coś
zupełnie innego.
- Tak - powtórzył mędrzec i zgniótł peta stopą - Myślę,
że jesteś inteligentny i masz zmysł obserwacji. Wszystko, co o
mnie myślisz jest prawdą. Jestem zramolałym darmozjadem z
dyplomami i ogromną wiedzą wyniesioną z zakurzonych bibliotek.
Jestem zakłamanym inteligentem. Humanistą i filozofem traktującym
miłość, jak reakcję chemiczną. Kontemplatorem banalnych
zjawisk atmosferycznych. Romantyczne bzdury i wspominki - to całe
moje życie - zakończył z wyrzutem humanista, filozof,
inteligent i kontemplator.
- Niech pan nie przesadza. Zawsze chciałem czegoś więcej niż
te wszystkie sieci i babranie się w rybach. Myślę, że uważa
pan nas za prostaków i głupców. Prawdę mówiąc słusznie, bo
w życiu nie przeczytaliśmy wszyscy razem nawet pięciu książek.
- Mógłbym ci coś podrzucić, gdybyś chciał... - nieśmiało
zauważył starzec i z pewną złością zauważył, że mówi o
całym swoim dorobku, bibliotece, jaką stworzył na poddaszu tej
drewnianej chaty, z nadzieją na akceptację tego chłopca.
- Gdyby pan mógł to dla mnie zrobić... A... A czy objaśniłby
mi pan to i owo? Obawiam się, że mogę wielu rzeczy nie rozumieć.
- Z ochotą - rzekł mędrzec, a ulga była tak wielka, że kilka
zmarszczek na jego twarzy wygładziło się na zawsze. To
zabawne, jak wiele mądrości ginie poprzez brak akceptacji głupców.
Następnego dnia i przez wiele kolejnych starzec uczył syna
rybaka. Uczył go traktatów naukowych, żeby potem je odrzucić.
Uczył go poezji, żeby wygnać chemię z uczuć. Uczył go w końcu
życia i wpajał mu zasady. Mimo wszystko mędrzec był wspaniałym
człowiekiem, a jego cynizm nie przeszkadzał wcale w ułożeniu
sobie kodeksu honorowego, którego przestrzegał zawsze, bez względu
na cenę. W ten sposób młodzieniec stawał się mężczyzną.
Stał się odpowiedzialny, pełen wiedzy i bystry. Jego
wytrenowany umysł był szybki niczym pikująca mewa i wcale nie
myślał o śmierci. Chciał żyć do końca, a nie umierać. W
każdej epoce istnieli mistrzowie i uczniowie. Każda ze stron w
każdym czasie uczyła się od drugiej. I tak samo było w tym
przypadku. Starzec zaczął dostrzegać w życiu strony, o jakich
istnieniu nie miał pojęcia. Przyjemność znajdował w traceniu
wzroku i w babraniu się w rybach. Struganie sosnowych rusztowań
na filety było jego specjalnością. Ale najważniejsze było
dla niego to, że ma dla kogo być mędrcem. Miał poczucie, że
jest potrzebny, a jedzenie, które mu dają nie jest jałmużną,
ani hołdem dla jego wyniosłości, tylko zapłatą za dobrze
wykonaną pracę. W ten sposób starzec został, obok humanisty,
inteligenta, filozofa, kontemplatora, także i rybakiem. Nie myślał
nawet o tym, z jak wielką pogardą patrzałby na samego siebie
jeszcze miesiąc temu. Jak wielkim jest teraz głupcem heblując
te wilgotne deski nie śmiał nawet przypuszczać. Jak niemądry
jest wybierając ryby z sieci nie chciał się dowiedzieć. Nie
miał już nawet świadomości, że uśmiechając się i głośno
śpiewając obnaża swoje prostactwo i bezdenną pustość
czaszki. A w końcu, o zachodzie słońca, wspominając swoją miłość
umarł jako głupiec. Można powiedzieć, że dożył końca głupio,
zresztą, tak jak przystało na głupca - z uśmiechem na ustach
i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Piccolo
pokefil@wp.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|