A Day At The Races
by Mumin


"Dzień Na Wyścigach" to kolejny album, który będzie dziś recenzował po raz pierwszy i zapewne niezapomniany (tak dla autora jak i dla Was) Mumin. No tak to mój debiut w tej formacji recenzji:) Zabieram się raźno do pracy, choć do deadline'u zostało coś ze 12 godzin (a w tym czasie trza by do szkółki pójść, złożyć całość QC do kupy itd.).

Otwierającym utworem "A Day At The Races" jest "Tie Your Mother Down". Utworek jest naprawdę świetny, szkoda że nikt na niego nie zagłosował w ankiecie - nie zasługuje na to. Jest to poprostu kawał świetnej roboty. Dla mnie jeden z lepszych utworów na płytce. A ten wstęp (który jest tylko na tej płytce, wydane później greatest hits już go nie mają), cudo... najpierw gong i wchodzi Brian... ostrzejsze zakończenie... wyciszenie... coraz głośniejsze klawisze i... BUM jazda na całego. Świetny jest ten riff, poprostu cudo! (a taki prościutki do zagrania, geniusz poprostu geniusz). A solówka, palce lizać. Brian pokazuje lewkowy pazur:) A i Roger też ma malutką solóweczkę pod koniec, namachał się chłopak oj namachał:) A na Wembley pioseneczka ludzi rozgrzała jak jasny gwint, gdybyście to widzieli (no dobra ja też nie widziałem na własne oczy, ale mam koncercik i widziałem co się działo:)). Dali ostro czadu, ja chcę na Wembley!!!

"You Take My Breath Away" to piosenka znacznie spokojniejsza niż jej poprzednik. Takie wyciszenie po mocnym uderzeniu, spokojna ballada. Dla mnie utwór raczej średni, choć może nie tyle średni co raczej standardowy. W tle przez większość czasu przygrywa jedynie fortepian, a chłopcy z naszego kwartetu bawią się chórkami. Śpiew Freddiego jest strasznie melodyjny. Słychać w nim tęsknotę, odrobinę smutku i melancholii. Jest tylko jeden moment gdy wchodzi gitara - oczywiście solówka, która jest również klimatycznie dostosowana do całego utworu. Spokojne, przeciągane bez zbyt słyszalnych przejść dźwięków, taka jaka powinna być. A zakończenie zaskakujące. A czemu? Ponieważ utwór już się skończył, leci cisza dobre 20 sekund, a tu wchodzi chórek, który się troszkę jakby zapętlił (nie wiem jak to opisać, więc musicie sami posłuchać, aby zrozumieć:)). Krótki bo krótki, ale zaskakujący. Ogólnie utwór jest przeze mnie przyjęty raczej dobrze, nie ma w nim nic odrzucającego (nie tak jak w suxx singers:)), ale zarazem nie ma też tego czegoś, co by spowodowało, że chce się go słuchać i słuchać.

"Long Away" numer trzy na płytce. Utwór ten jest mnie szczególnie trudno zrecenzować z powodu takiego, że nie wiem co o nim napisać. Głosu tu użycza swego Brian, Freddie jedynie w chórkach. Utworek wpada w ucho i jest jakiś (jak to mówią w Idolu, nie wiem za cholerę co to znaczy, ale tu jedynie to słowo mnie pasuje:)). Ma swój klimacik. Jak go słucham to wydaje się ten utwór taki lekki, zwiewny. Nie wiem czemu, to chyba przez ten mój chory umysł. Całkiem przyjemny jest do słuchania, spokojne gitary, uspokajający głos Briana... Nic tylko słuchać na skołatane nerwy.

"The Milionaire Waltz". Wstęp typowo walcowy:) Fortepian daje w rytm walca znaczy się:) Fortepian zresztą gra właściwie cały czas (zapewne pod dowództwem Freddiego). Utwór jest właściwie jednym wielkim walcem na gitarę i perkusję:) Wiem, że to dziwnie zabrzmiało, ale taka jest prawda. Świetnie to Freddie wymyślił. Pierwsza część utworu jest spokojna, stonowana. Taki walc, przeplatany odrobinkę gitarą i momentami prawie całkowitego wyciszenia, w których słychać jedynie fortepian, Freddiego i chórek... ale tylko do pewnego momentu... mniej więcej w połowie powoli przyspiesza... chwilowe wyciszenie i szaleństwo, słychać wszystko naraz, robi się istny jazgot, na pierwszy rzut ucha, wszystko jest nieskładne, ale to nieprawda. W pewnym momencie jazgot przycicha i Brian jedzie z solówką, oczywiście w tle bas i fortepian zapodają walca. Jeden moment szczególnie utkwił mi w pamięci podczas solówki, a jest to... dźwięk trójkąta. Podczas solówki, Brian nagle na chwilę przestaje grać i BACH trójkąt. Wszystkiego bym się spodziewał, tylko nie tego. Poza tym z innych instrumentów, typowo orkiestrowych występują tu także talerze (no wiecie, te wielkie, ręczne:)). Po solówce wyciszenie... robi się już całkiem cicho. A tu znowu wchodzi gitara z talerzami. I robi się już taki rockowy walc do samego końca. Na zakończenie utworu zafundowali nam troszkę mocniejsze uderzenie... fortepianu z talerzami. Ogólnie utwór przyjemny, a nawet więcej. Troszkę szalony, ale przecież to Queen. Taki być musi!

"You And I" to utwór napisany przez Johna. Raczej standardowy, choć wpadający w ucho. Podobają mi się w nim te przejścia tempa, zwolnienie, przyspieszenie... I ta solówka, choć krótka to świetna. No a poza tym Freddie śpiewa tutaj poprostu cudnie, jest taki moment w którym aż mnie ciarki przechodzą... W poprzednich utworach nic nie wspomniałem o grze Johna, pora to naprawić. W tym utworze bas przygrywa całkiem nieźle. Tylko żeby to usłyszeć trzeba albo się mocno wsłuchać, lub mieć dobry sprzęt grający:)) Ale tak na serio to John całkiem nieźle wymiata. A ajk już jestem przy sekcji rytmicznej... to i Roger ma tu swoją solóweczkę, całkiem przyjemną nie ma co.

"Somebody To Love". Świetny utwór. We wstępie chór, wyciszenie i wchodzi fortepian. Cała piosenka jest jakby walką pomiędzy Freddiem a chórem. Przeplatają się razem przez cały utwór. Jedni chcą drugich pokonać na śpiew. A teraz musicie mi wybaczyć, ale muszą pochwalić (po raz kolejny) Briana. A za co? No tak! Za solówkę (nie wiem co mnie dzisiaj opętało). Najlepszym momentem utworu (oprócz solówki) jest gdy w tle przygrywa jedynie perkusja i chórek, które stopniowo stają się coraz głośniejsze... find me somebody to love... głośniej find somebody, somebody głośniej, głośniej... i zwieńczenie Freddiego, wyciszenie i znowu find me... i takim tempem powoli utwór się kończy...

"White Man". Początek spokojny... gitara i Freddie, niekiedy talerze (ale już od perkusji:)). Ledwie słyszalny śpiew i bum, bum wchodzi perkusja i robi się głośniej (ogólnie należy pochwalić tu Rogera, przez cały utwór to właśnie perkusja wysuwa się na czoło, jest świetna). Właściwie piosenka ta to popis Rogera, co chwila jakieś przygrywki, mini solówki. Pokazał na co go stać. Pochwalić też należy oczywiście Briana, tym razem nie tylko za solówkę:). Końcówka znowuż robi się spokojna, cisza... cisza... i BUM, koniec. Utworek przyjemny w słuchaniu, potrafiący zaskoczyć i nieprzygotowanym na nagłą zmianę natężenia głośności odradzam słuchania (zwłaszcza gdy masz podkręcony dość mocno głośniki - wiem z własnego doświadczenia. Siedzę sobie a z głośników ledwo co słychać, to sobie podgłosiłem... resztę sobie wyobraźcie).

"Good Old Fashioned Lover Boy". Kolejny hit na tej płycie. Choć prawdopodobnie troszkę niedoceniany. A ma on swoje całkiem niezłe zalety: jest przede wszystkim strasznie melodyjna, przyjemna w słuchaniu i posiada wiele elementów typowych dla muzyki Queenu. Przede wszystkim wspaniałe, cudowne, nie do zastąpienia chórki, które tu są wręcz nie do pokonania. Świetnie współgrają z całością utworu. Gdyby ich nie było utwór straciłby wiele ze swego uroku. Ale nie samymi chórkami muzyka żyje. Strona melodyczna jest świetna, króciutka "walka na gitary", tuż po solówce jest no super. Już nie wiem co można by jeszcze napisać, słów mi brak. W skrócie: świetny utwór, troszkę niedoceniony i też słychać raz trójkąt:))

"Drowse". Piosenka różni się zdecydowanie od pozostałych. Przede wszystkim gra Briana jest zdecydowanie inna, ponieważ gra on przy pomocy "słoika" (to urządzenie co się na palucha wkłada i jeździ po strunach). Dźwięk jest świetny, posłuchajcie sobie. Do tego stylu grania świetnie pasuje mi głos Rogera (który to właśnie śpiewa). Piosenka przez ten sposób grania robi się taka drowse:)) (rozleniwienie). Przy niej ma się chęć nic nie robić, tylko usiąść i słuchać tych rozleniwiających dźwięków. Miodzik. A co do rzeczy typowo technicznych: Rogera śpiewa naprawdę świetnie, jego gra też jest na poziomie, gitarki w tle (akustyczne) też fajnie podkreślają klimacik... Słucha się jej z przyjemnością, polecam na upalne, letnie dni, gdy nic się nie chce robić:))

"Teo Torriatte (Let Us Cling Together)". Na początek ciekawostka: Teo Torriatte to imię i nazwisko przyjaciela Freddiego z Japoni (BTW ulubionego kraju tegoż). No i piosenka finałowa. Zaczyna się ona standardowo (jeśli brać pod uwagę ten album), tzn. spokojnie. Przez dłuższy czas Frddie śpiewa przy akompaniamencie fortepianu i basu, aż do refrenu, którego część jest śpiewana... po japońsku. Wchodzi tutaj taka troszkę mroczna gitara. I teraz znowu zwrotka, referen (po japońsku) i wchodzi mocniejsza perkusja, Freddie śpiewa: "When I'm gone", dochodzi tamburyn (i nie wiem czemu w tym momencie zawsze przechodzą mnie ciarki, i im głośniej słucham tego momentu tym są one większe, naprawdę nie wiem czemu się tak dzieje). Od tego momentu piosenka staje się znczniej mocniejsza, poprostu świetna. Później wyciszenie... i świetny chór: Let us cling together as the years go by, Oh my love, my love, In the quiet of the night, Let our candle always burn, Let us never lose the lessons we have learned. I powoli wysiszający się fortepian z gitarą, które zakończenie dają ciut mocniejsze... i klawisze na zakończenie płytki, powoli cichnące, słabnące...

I tak kończy się kolejna płyta Queenu. Czy lepsza od innych czy gorsza, trudno określić. Napewno dobra, w niektórych momentach wręcz świetna. Nie istniej tu piosenka odrzucająca po pierwszym przesłuchaniu, natomiast są piosenki, które im częściej słuchasz, tym stają się lepsze, zauważasz pewne smaczki, które wcześniej umknęły... A teraz zapraszam do moich ocen:

Tie Your Mother Down - 10/10
You Take My Breath Away - 8/10
Long Away - 8+/10
The Milinaire Waltz - 9+/10
You And I - 9/10
Somebody To Love - 10/10
White Man - 9/10 (za świetną perkusję)
Good Old Fashioned Lover Boy - 9+/10
Drowse - 8/10 (świetna gitara)
Teo Torriatte (Let Us Cling Together) - 10/10 (za ten moment z ciarkami:))

Ogólnie: postawiłbym 10, ale wtedy to wyglądało by na wredną propagandę, dlatego stawiam 9+. Za dużo 10 być przeca nie może:)