
Polak potrafi i nie radzę w to wątpić. Właśnie odjeżdżam na pierwszym kawałku, "Misery",
z płyty "Requiem" zespołu Hunter. Od czasu wydania tej płyty minęło siedem długich lat.
Pamiętam jednak niecierpliwe oczekiwanie na ten materiał, który bez przerwy kojarzył mi się
jako polska odpowiedź na zespół MetallicA. Śmieszne? Ani trochę. Wystarczy posłuchać wokalu
- w wielu miejscach niezaprzeczalnie przywodzi na myśl Hetfielda. Nie jest identyczny,
ale w niektórych partiach kojarzy się właśnie z tym a nie innym wokalistą.
Muzycznie Hunter na tej płycie podąża swoją własną ścieżką. Chcąc zabawić się w
szufladkowanie, można powiedzieć, że plasują się gdzieś w granicach thrash/speed metalu.
To, co mają do powiedzenia brzmi jednak o wiele bardziej ambitnie, niż materiał wielu
zachodnich zespołów, które dane mi było słyszeć.
Paweł Grzegorczyk, to człowiek odpowiedzialny za muzykę i teksty. Niestety, nie mam
możliwości stuprocentowego potwierdzenia tej informacji, jednak słyszałem kiedyś, że przez
kilka lat uczył się w szkole muzycznej... gry na skrzypcach. Jeśli są ludzie, którzy w tym
momencie zaczęli się głupio uśmiechać, radzę, żeby posłuchali solówek granych przez tego
człowieka. Są wystarczającym dowodem, pozwalającym przestać wątpić w takie "plotki".
Który polski gitarzysta potrafi tak finezyjnie połączyć typowe rockowo-metalowe zagrywki z
nutką muzyki klasycznej? Równie imponująco brzmią same riffy. Nie można odmówić im
orginalności. Brzmią świerzo i pomysłowo. Do tej pory zastanawiam się, jak to możliwe,
że Hunter najlepiej znany jest tylko w północnych rejonach naszego kraju. Od czasu wydania
"Requiem" minęło kilka grubych lat a ja o nagrywaniu nowej płyty dowiedziałem się dopiero
z internetu - zaledwie kilka tygodni temu.
Wspomniałem już kilka słów o wokalu i w tej chwili chciałbym powrócić do tego tematu.
Niestety, mimo skojarzeń z Hetfieldem, nie brzmi on najlepiej. Są momenty, w którym słucha
się go bardzo miło. Brzmi mocno i zdecydowanie, niewiele można by też zarzucić barwie i
modulacji głosu. Niestety, Paweł lepiej gra niż śpiewa, tak było przynajmniej na tej płycie.
Chwilami można odnieść wrażenie, że wokalista w trakcie śpiewania strasznie się męczy
próbując na siłę wydusić z siebie kolejne słowa. Nie przeszkadza to nadmiernie w trakcie
słuchania, jednak co bardziej dociekliwy, uważny i czepialski słuchacz może się skrzywić.
Właśnie skończył się trzeci na płycie "No more cry". Po nim następuje jeden z dwóch na
płycie nagranych z polskim tekstem utworów - "Żniwiarze umysłów". Za każdym razem, gdy
słucham tej płyty, moje zdziwienie jest wręcz ogromne. O ile czepiałem się Pawła śpiewającego
w języku angielskim, o tyle Paweł posługujący się mową ojczystą brzmi o wiele lepiej.
Powiedziałbym wręcz, bardzo interesująco. Gdzieś zniknęło wrażenie wyduszania z gardła
kolejnych słów. Wokal brzmi bardzo zdecydowanie i agresywnie. Po prostu chce się go słuchać.
A jaki jest "Żniwiarze umysłów" od strony muzycznej? Przede wszystkim, zróżnicowany.
Mimo pozornej prostoty, skonstruowany jest bardzo pomysłowo. Rozpoczyna się odgłosem
padającego deszczu i taki też klimat, dzięki muzyce, utrzymuje się przez resztę utworu.
Tekst, w przeciwieństwie do liryków śpiewanych na tej płycie w języku angielskim, jest
ciekawy i dobrze napisany. W kilku miejscach utwór zmienia rytm na typowo marszowy.
Nie wiem jak bardzo było to zamierzone, ale świetnie komponuje się z tematyką tekstu.
Zarówno riffy, jak i później solówka brzmią ponuro, jak cały utwór. Mimo to, jestem w stanie
łeb podłożyć za to, że jest to najlepszy kawałek na tej płycie. Dorównuje mu jedynie
"Misery" oraz przedostatni, jednocześnie drugi zaśpiewany po polsku - "Requiem".
Tomasz Goliaszewski, człowiek odpowiedzialny na tej płycie za partie gitary basowej.
Niestety, świadom wszelkich wynikających z tego konsekwencji, przyznaję się, że nie
jestem w stanie wiele na jego temat napisać. Mam jednak nadzieję, że jego gra w
wystarczającym stopniu wynagrodzi moje zaniedbanie. Jeśli się nie mylę, gra na gitarze
marki Rickenbaker. Człowiek, który posługuje się takim instrumentem musi być
profesjonalistą, już choćby z tego względu, że są to gitary bandycko drogie. Pomijając
jednak instrumentarium, gitara basowa brzmi czysto i zdecydowanie. Mimo tego, że nie jest
nadmiernie wyeksponowana, dobrze słychać, jak Tomasz w bardzo dobrym stylu dopełnia sekcji
rytmicznej. Jego klangi brzmią... no nie, nie użyję słowa, które ciśnie mi się w tej chwili
na usta. Napiszę tylko, że są po prostu piękne.
Grzegorz Sławiński, pierwszy niezbędnik w sekcji rytmicznej. Razem z Tomaszem odwalają
kawał świetnej roboty. Jeśli chodzi o grę Grzegorza, nie można jej nic zarzucić. Jego gra
na perkusji nie jest może tak innowacyjna, jak gra na gitarze, którą raczy słuchacza Paweł,
spełnia jednak wszelkie warunki konieczne do określenia jej jako bardzo dobrej.
Grzegorz gra czysto. Bardzo dobrze i we właściwych momentach akcentuje odpowiednie,
przeznaczone ku temu fragmenty utworów. Nie ma w jego grze tak bardzo często spotykanego
bałaganiarstwa. Bębny brzmią bardzo mocno, każde uderzenie ma sens i swoje miejsce.
Drugi nagrany w języku polskim utwór - "Requiem". Podobnie do "Żniwiarzy... " utrzymany
jest w umiarkowanym, chwilami wręcz spokojnym rytmie. Przewidziano w nim jednak miejsce
dla bardziej dynamicznych i rytmicznych partii, co jest sporym urozmaiceniem. W drugiej
części utwór wyraźnie się ożywia doprowadzając słuchacza do instrumentalnej końcówki płyty,
na którą składają się "War" i "Amen". Warto zwrócić uwagę na pierwszy z tych dwóch.
W większości składa się z solówek Pawła, które brzmią pięknie, wręcz czarująco. Jak to
możliwe, że tak dobry gitarzysta jest tak mało znany we własnym kraju?
"Amen", definitywnie kończący płytę niczym nie zaskakuje. Można by nawet przejść obok
niego obojętnie, gdyby nie jeden drobny szczegół - jestem niemal pewien, że tytułowe słowa
odśpiewuje ten sam wokalista, który tak radośnie porykiwał przez cały czas trwania płyty.
Jeśli to naprawdę on, to bez wahania jestem w stanie powiedzieć, że zaśpiewać, ale tak
naprawdę zaśpiewać, to on też potrafi.
Pewną ciekawostką może być to, że płyta została nagrana w niemieckim studiu, dopiero
miksowanie odbyło się w Polsce. Nie dziwiłoby mnie to, gdyby nie fakt, że w pierwszej
połowie lat dziewięćdziesiątych polska scena metalowa rozwijała się bardzo intensywnie,
a to pociągało za sobą też wzrost wymagań i możliwości w zakresie realizacji dźwięku.
Jak się później okazało, nagranie płyty w Niemczech nie było zbyt dobrym pomysłem i dało
raczej niezadowalające efekty.
Dopiero praca polskich realizatorów dźwięku sprawiła, że płyta brzmi tak, jaką słyszymy
ją w tej chwili. A trzeba przyznać, że jest to brzmienie może nie rewelacyjne, ale z
pewnością bardzo dobre.
Wspomnienia, wspomnieniami, ale ja czekam na wydanie nowej płyty Hunter. Wróbelki
ćwierkają, że ma być inna niż "Requiem". Zobaczymy, ja tymczasem uzbrajam się w cierpliwość
i słucham, po raz kolejny z wielką radością, "Requiem".