
"Intro"
Koncert został zarejestrowany podczas występu Huntera na Przystanku Woodstock,
Zaczyna się od... wrzasków tysięcy gardeł, które cichną wraz z pierwszymi
Jak już wspomniałem, utworem bisowym i faktycznie ostatnim, który został
Pierwszego dnia słuchałem tej płyty do drugiej w nocy, dobrze ponad trzy
W rolach głównych:
w lipcu 1996 roku. Wydany jednak został dopiero w roku 2001 dzięki uprzejmości
Jurka Owsiaka, który udostępnił zarejestrowany materiał. Produkcją muzyczną zajęli
się Andrzej Karp i Piotr Zygo, realizatorzy znani z działalności w kultowym już
studiu Izabelin.
O stronie muzycznej tego koncertu na wstępie można powiedzieć tylko jedno: szkoda,
że jest tak krótki (czas trwania, to niepełne 40 minut).
Poza zarejestrowanym koncertem na płycie zawarto również studyjny "Kiedy Umieram",
który rozpoczął nową epokę zespołu Hunter oraz dwa, unikalne już w tej chwili
videoclipy - "Freedom" i "Screamin' whispers", nakręcone po wydaniu debiutanckiej
płyty Requiem.
Zwracając uwagę na stronę graficzną stwierdzam, że mam do czynienia z jedną
z najładniejszych okładek albumów koncertowych, jakie przyszło mi w życiu oglądać.
Projektem i wykonaniem zajął się osobiście Paweł "Dracula" Grzegorczyk, któremu
należą się wielkie wyrazy uznania. Udowodnił, że świetny muzyk potrafi być również
nieprzeciętnym grafikiem.
"I Panie proszą Panów!!!"
taktami intra. A to jest krótkie, melodyjne i dynamiczne - świetnie wprowadza w
atmosferę koncertu, odpowiednio rozgrzewając publiczność.
Na początek właściwego występu zespół zaserwował punkowy Big Bang, który
zaczerpnięty został z repertuaru Bad Religion. Nie słyszałem orginału, rzec jednak
muszę, że w wykonaniu Huntera numer ten jest po prostu genialny.
Nie jestem w stanie wyobrazić sobie lepszego utworu na rozgrzewkę. Jest szybko,
ostro, dynamicznie, a przede wszystkim gorąco. Tak, bo Big Bang w wykonaniu, jakie
można usłyszeć na Live rozgrzewa do czerwoności i sprawia, że zarówno stopy, jak
i głowa zaczynają coraz odważniej poruszać się w rytm utworu.
Big Bang, to jednak zaledwie początek uczty.
Właściwy taniec następuje wraz z kolejnym, thrashowym Blindman, który pochodzi z
debiutanckiej płyty Huntera, zatytułowanej Requiem. Z tej płyty zespół zagrał
jeszcze cztery numery:
Freedom, Misery, Screamin' Whispers i jako bonus Żniwiarze Umysłów.
Jedno trzeba tym muzykom przyznać z całą pewnością - grają z sercem i przykładają
się do swojego rzemiosła bardzo rzetelnie jednocześnie świetnie się przy tym
bawiąc, co jest wyraźnie odczuwalne podczas odłuchiwania tego zapisu.
Na szczególną uwagę zasługują grane przez Draculę solówki. Nie jeden koncert
widziałem i wiele słyszałem, ale nie zdarzyło mi się spotkać z partiami solowymi
zagranymi z taką precyzją, jaka cechuje grę Draculi.
Z zasady nie lubię wydawnictw koncertowych, a to z tego względu, że rzadko który
zespół jest w stanie sprostać zadaniu i zagrać lepiej lub przynajmniej tak dobrze,
jak wstudio. W przypadku Huntera jestem zmuszony zmienić zdanie.
Bardzo ważny przy okazji tej płyty jest fakt, że pierwotne nagranie zostało
poprawione w stopniu bardzo niewielkim. Zespół zdecydował się nawet na niewycinanie
różnych drobnych wpadek, które zdarzają się podczas występu. Nie da się ukryć,
że jest to dodatkowy wielki plus tej płyty, gdyż materiał na niej zawarty nie
stracił ani odrobiny na przyjemności płynącej ze słuchania, a bardzo wiele zyskał
na wiarygodności. Inaczej mówiąc, mamy do czynienia z świetnie i szczerze brzmiącym,
prawdziwym koncertem, któremu brakuje tylko i wyłącznie wrażeń wizualnych, ale to
już jest wina postępu technologicznego a nie zespołu.
Mamy tutaj wszystko, za co człowiek kocha koncerty - świetne, fantastycznie i z
prawdziwym zaangażowaniem zagrane, dynamiczne utwory, wyraźnie słyszalne okrzyki
i gorące reakcje publiczności oraz Draculę, który stara się ciągle utrzymywać z nią
kontakt i co jakiś czas dorzuca od siebie kilka słów.
Podczas słuchania tego materiału miałem wrażenie uczestniczenia w niesamowitym,
wielkim, ale przede wszystkim bardzo radosnym widowisku.
Jest to bodaj jedyny koncert wydany na płycie, który brzmi prawdziwie i nie
pozostawia żadnych wątpliwości co do klasy muzyków grających w zespole.
"Ostatni numer. Myślę, że go znacie wszyscy!"
zagrany podczas tego koncertu jest Żniwiarze Umysłów. Poprzedza go drugi cover,
z którym wystąpił tego dnia Hunter, mający być utworem kończącym występ.
Mowa tu o Enter Sandman.
Nie wyobrażam sobie lepszego zakończenia dla tak udanego koncertu. Jestem w stanie
pokusić się o stwierdzenie, iż gdybym nie wiedział, że to Hunter, pomyślałbym,
że to... Hunter!
Tak, bo utwór brzmi lepiej, niż w wykonaniu orginalnym. Zespół zagrał go z
zaangażowaniem nie mniejszym, niż własne utwory, ale bardziej na luzie. Tutaj,
poza fachowym wykonaniem szczególnie czuć prawdziwą radość, jaką Hunter czerpie
z występowania na scenie.
Dotyczy to całości materiału zawartego na tej płycie. Ta radość, co słychać bardzo
wyraźnie, udziela się również publice, która nie szczędzi zespołowi wiwatów i
okrzyków uznania.
Ten koncert, to żywioł, to Hunter taki, jakim jest naprawdę, jakim kochają go
tysiące ludzi - koncertowy, dynamiczny i - przede wszystkim - szczery!
"Przerażony zachwiał się, nagle odszedł w mrok"
godziny. Zmęczyły mnie tylko słuchawki, które coraz mocniej naciskały na uszy.
Mimo to, chciałem słuchać dalej. Radość płynąca z tego rosła z każdym kolejnym
utworem. A potem od początku i jeszcze raz.
Byłem faktycznie przerażony, bo zacząłem czuć uzależnienie od tej koncertówki.
Postanowiłem jednak zrobić przerwę, tak na kilka godzin, do chwili przebudzenia.
Po mroku zawsze następuje dzień, kolejny, z którego dużą część można przeznaczyć
na słuchanie płyty Hunter "Live".
"Dzięki przyjaciele, bardzo ładnie!"
========================
Na basie - Fester!
Gitara - Mooha!
Na bębnach gra Brooz. Oczywiście, że Brooz!
Jestem Paulo! (git. & voc.)
Eddie