*** Tool - "Opiate" ***
Tool jest moim zdaniem największym fenomenem na metalowej scenie od kilku ładnych lat. Od początku byli wielcy, a po wydaniu "Lateralusa" stali się wręcz nieosiągalni dla wszelkiej konkurencji. "Opiate" to minialbum, pierwsze oficjalne wydawnictwo zespołu. W tych sześciu utworach bardzo klarownie kształtuje się już oryginalny styl kapeli, chociaż po wydaniu płytki Tool został zaliczony do grunge'u. No cóż, był w końcu rok 1992, a sukces "Nevermind" wciąż świeży...
EP-ka na pewno nie dorównuje swym poziomem następnym albumom, ale niekoniecznie jest to wina samej muzyki grupy. Najsłabszą stroną wydawnictwa jest bowiem produkcja (Sylvia Massey, Steve Hangsen i Tool) - nie ma tej charakterystycznej głębi, gitary nie atakują z potężną siłą, znaną choćby z "Aenimy". Najlepiej słychać to w końcowych fragmentach utworu tytułowego, w których bardzo brak prawdziwej mocy. Należą się natomiast pochwały za dwa kawałki koncertowe - ich realizacja niemal wcale nie odbiega od poziomu studyjnej reszty.
Otwierający "Sweat" to klasyczny "toolowy" utwór - "kołyszący" riff, częste zmiany tempa, fragmenty spokojniejsze mieszają się z tymi mocniejszymi, chwilami przebojowymi. Część instrumentalna prezentuje niesamowite wręcz zgranie chłopaków, zwłaszcza zadziwia sekcja rytmiczna (basista Paul D'Amour i perkusista Danny Carey). "Hush" jest już mniej typowy, przede wszystkim ze względu na swoją... zwyczajność. Melodyjna basowa zagrywka, struktura przypomina zwykłą rockową piosenkę. Do tej kompozycji został zresztą nakręcony pierwszy teledysk Toola, mocno podkreślający przesłanie tekstu - wyraźny protest przeciwko cenzurze w muzyce. "Part Of Me" również zachwyca mnogością motywów - to tak jakby zapowiedź progresywnych poszukiwań na "Lateralusie". Skojarzenia z tym albumem burzy jednak surowe brzmienie i czas - całość trwa trzy minuty z hakiem... "Cold And Ugly" oraz "Jerk-Off" pochodzą z koncertu odbytego w wieczór sylwestrowy 1991/1992. Pierwszy prowadzony jest przez mocny, zwarty riff. Później na chwilę następuje uspokojenie, zakończone hardcore'owym naparzaniem i solówką zepsutą przez jakiś dziwny, elektroniczny efekt. Jeszcze lepsze wrażenie robi drugi kawałek - melodyjna gitara zestawiona z mocnym, agresywnym wręcz tekstem. Świetnie śpiewa tu Keenan, który zresztą we wszystkich kompozycjach daje prawdziwy popis. Na koniec utwór tytułowy - "Opiate", w warstwie lirycznej sprzeciwiający się wszelkim religiom. Sam tytuł nawiązuje zresztą do słynnego stwierdzenia Karola Marksa: "religia to opium dla mas". I wracamy do muzycznej łamigłówki - spokojne fragmenty przeplatają się z melodyjnym czadem. Aha, jest jeszcze ukryta ścieżka nieoficjalnie znana jako "The Gaping Lotus Experience" z orientalną gitarą i jajcarskim tekstem.
"Opiate" to świetne wprowadzenie do toolowego świata. Wciągające, zakręcone, aczkolwiek niepozbawione melodii, metalowe kawałki porwą każdego słuchacza o otwartym umyśle. Jeśli tylko przymknie on oko na słabą produkcję.
OCENA: 7/10