***ROZPRAWA PSYCHOLOGICZNA NA MUZYCZNE TEMATY***



Nawias nr 1: (Monolog mojego autorstwa, skierowany do człowieka przed monitorem!)
Nawias nr 2: (Text ten nie jest kolejnym ciosem zza metalowo-rockowych zasieków, wymierzonym w przeciwnika, w wojnie metal-hiphop&others, są to moje przemyślenia, tak po prostu)

Zagadnienie nr 1: Dlaczego nie lubię tego, czego nie lubię?
Definicja muzyki by me: muzyka jest to "wykorzystanie" żywego człowieka - jego naturalnego, nie zniekształconego głosu oraz prawdziwych, namacalnych:) wręcz instrumentów muzycznych!
Muzyka to (m.in.): rock, metal, reggae, jazz, blues, symfonika itp.

Czemu nie podoba mi się załóżmy... techno? Nie jeżdżę każdej soboty na dysko, nie jara mnie Love Parade ani ludzie, którzy tam się bujają? Techno jest zimne, bez duszy, to zbitek tonów, dźwięków. Nie można tego nazwać muzyką. Mimo tego są ludzie, którzy tego słuchają. Zapytajmy, dlaczego? Czy dlatego, żeby zacynić przed laską (tudzież kolesiem)? Myślę, że to zbyt płytka interpretacja (chociaż nieraz prawdziwa). Jeśli czymś się cyni przed kimś, to tej drugiej osobie musi dana rzecz imponować, nie? A jeśli ta rzecz imponuje, to oznacza, że podoba się danej osobie. I znów pytanie, dlaczego? Żeby zacynic przed kimś jeszcze innym? Za dużo by było tych "innych osób":) Kółko się zamyka. Więc dlaczego techno ma tylu zwolenników? Dźwięki te tworzone są przez ludzi szukających prostej, nieskomplikowanej rozrywki, a odbiorcami są tacy sami ludzie. W tej "muzyce" zachwyca fanów właśnie ta prostota, łatwo wpadające w ucho dźwięki, jedna linia melodyczna (bez żadnego "tła", podkładu, jak ma to miejsce w muzyce). Dochodzi jeszcze brak textu. Jakie to proste! Nie trzeba się zastanawiać, o co się writerowi rozchodzi, w dodatku fajny dźwięk, który łatwo skomponować w komórkowym kompozytorze:> (a spróbuj skomponować takie np. głupie "Chop suey!" czy inne "Child in time":> Ops! Sorry, drogi technomaniaku - na Twojej najnowszej superhipersummer2005mix Nokii 9427938 z polifonicznymi dzwonkami wszystko się da:>).
Poza tym jak łatwo o dostęp do "techno-utworów". W każdej stacji radiowej, liście przebojuf możemy posłuchać sobie naszych "ulubionych" techno-kawałków. Oki, powiesz, że istnieje elektro-underground. Zgodzę się, ale to nie zmienia faktu, że "muza" ta, nawet wyciągnięta z najgłębszych elektronicznych otchłani, jest tak samo prosta i bez duszy. Kiedy tylko chcesz możesz się wybrać na koncert "tfurcy" techno! Możesz chodzić na te koncerty co miesiąc, co tydzień. Co więcej - sam możesz sobie w swoim domu urządzić koncert!! Same koncerty! Hurrraaa! A do czego zmierzam? Otóż, jak wiesz, chodzi mi o to, iż nie ma czegoś takiego jak koncert techno! Wystarczy odtworzyć płytkę i... jest koncert! Nie rozumiem, nie pojmuję, nigdy się z tym nie pogodzę! Przecież koncert zespołu grającego Muzykę to wspaniała rzecz, odkrywanie znanych utworów na nowo, w innej interpretacji, cały czas tak samo świetnych, jednak innych. Bo czy gitara za każdym razem może zagrać to samo? Czy perkusista zawsze uderzy w bęben dokładnie w tym samym momencie? I wreszcie czy wokalista musi (a raczej czy zdoła) śpiewać w takim samym rytmie, na tej samej skali? (pomijając playback, który jest oszustwem i się nie liczy, nie powinien być stworzony, to wynalazek szatana, naturalizm przede wszystkim, śmierć suflerom i pomnik dla Cobaina:P - Wróćmy do tematu) zatem: nie!!! To niemożliwe, aby piosnka zabrzmiała identycznie, bo wykonują ją ludzie, a nie maszyny!! Tak właśnie! Żywi ludzie, nawet nie żadne cyborgi! W przeciwieństwie do techno!!
Podobnie rzecz się ma z hiphopem. Tyle, że w tych piosnkach są słowa. A jak wygląda koncert hiphopowy? Podobnie jak techno! Tylko, że plastikowych chłopców w plastikowych ciuszkach i plastikowe Barbies po chemioterapii zastępują bujający się ziomale! A koncertowe wersje utworuf różnią się od tych z albumu, oj różnią!! Bo słychać krzyk rozgrzanego, ziomalskiego tłumu, nucącego wraz z mc (mc?) poetyckie słowa danego kawałka, czasami ten sam mc zająknie się, lub zapomni textu, a w momentach naprawdę romantycznych słychać jedynie szelest szerokich spodni lub powiew smyczy na klucze (albo na komórę, jak kto chce). To była parodia, hiphop ma w sobie cząstkę duszy - wszak debiutanci wkładają w swą "muzę" całych siebie - wszystkie znane sample i każdy przychodzący do głowy rym. To też była parodia, tak naprawdę nie przeszkadza mi hiphop.

Zagadnienie nr 2: Jacy są ludzie wokół mnie i czego słuchają?

Mieszkam w małym miasteczku. Jest to społeczność dość hermetyczna, nie wolna od wszelkiego rodzaju antagonizmów w stosunku do "innych" niż wszyscy. A tych innych jest sporo. Ale nie myśl sobie, że teraz będę się użalać nad tym, że starsze panie i młodsze dzieci śmieją się z moich glanów i czarnych koszulek. Nic z tego! Glany są dawno rozwalone (chociaż szkoda, sniff:) i nie chodzę w czarnych koszulkach! A dlaczego? Boję się? Nic z tego 2! Po prostu, najzwyklej w świecie, nie lubię się szufladkować, ale o tym później! Jak już mówiłam "innych" jest sporo. Dużo ludzi słucha cięższej muzy. Paru jest "rastamanów", dużo longhairów, mało metali. Oczywiście, jak się można domyślić, wszyscy to "narkomani, szataniści, pijaki, brudasy i wogóle, co sąsiady powiedzą":) Moja "ekipa" nie składa się z takich charakterystycznych ludzi, nad czym nieraz ubolewam, bo nawet nie ma z kim na Woodstock pojechać :P. Dlaczego więc nie bujam się z tymi "lumpami" (jak ja to mówię - jest to określenie jak najbardziej pozytywne!)? Bo po prostu mam swoich znajomych, których znam od lat, cenię, mimo słuchanej przez nich muzyki. A "lumpy" też mają swoich znajomych i też nie zawsze innych "lumpów". W tak małej mieścinie, jak moja, zasadniczo nie występują subkultury. Najzwyczajniej w świecie jest za mało ludzi, aby tworzyć osobne grupy. Nierzadko spotkasz rockowca kumplującego się ze skejtem czy technomaniakiem. Myślę, że jest to zaleta małych miasteczek. Dzięki temu brak wśród młodego pokolenia wspomnianych antagonizmów. Ludzie często znają się od piaskownicy i zawierając znajomości (zresztą przecież zawarte:) nie kierują się "wyznaniem", tylko charakterem. Oczywiście nawet tu rzaaadko zdarzają się przyjaźnie pomiędzy np. typowym dresiarzem a panczurem. Ludzie przebywając ze sobą od dziecka, mimowolnie lub świadomie, wywierają na siebie wpływ w myśl powiedzenia "kto z kim przestaje...", dlatego dresiarze (w moim pojęciu meliny - złodzieje i pijaki - zresztą to synonim, bo każdy pijak to złodziej:)) na całym świecie trzymają tylko ze sobą.
Mam bardzo dużo (jak na taką malutką mieścinę) znajomych, wśród których przyjaciół niewielu. Ale "zwykłych" znajomych również cenię, lubię, niektórych wręcz uwielbiam. Większość moich "ziomków" (co nie lubią poziomków:) słucha tego, co jest modne, na topie i wogóle puszczane w radiu 17x dziennie. Niektórzy, radykalni neurotycy, lubiący zawsze mieć rację, mówią, że słuchają, co lubią, a że lubią być modni... Co sprytniejsi tłumaczą, że lubią taką "muzę", bo można się przy niej pobawić, a nie "jakieś tam Twoje ryczenie gitary i wokalisty, zapodaj tatuchy - one to mają klasę":) Znam też kilku hiphopowców. Ich słuchanie hiphopu ogranicza się do Eminema (bo słychać go w radiu i wogóle w takim cool, hardcorowym filmie wystąpił:), Peji (bo po sukcesie filmu "Blokersi" też go słychać wszędzie), Liroya (muszę powtarzać powody jego sukcesu?:)) oraz co radykalniejsi Spawacza, Gramatika, Kalibra44 albo 2paca - też kiedyś modny był (sorry, jeśli przekręciłam którąś nazwę). (No, no, jak ja się znam na tym hiphopie:). Inni to maniacy techno. Też dzielą się na rasy (jak chomiki - długowłose, krotkowłose, miniaturki :). Rasa pierwsza techniarza to zarazem pierwsza rasa hiphopowca - on słucha tego, co modne. Druga rasa, bardzo rzadka - prawdziwi maniacy - oni to słuchają house'u, trance'u i takich tam różnych. Każdy co innego, ale słuchają tego, wspomnianego wcześniej, undergroundu - ich potrafię zrozumieć, bo nie są pozerami! Naprawdę to kochają (ale jak można?!:) Jest i rasa nr 3 (na szczęście brak jej wśród moich znajomych). Oni słuchają tylko techno, ale nie odróżniają gatunków, zresztą jest to głównie "polskie techno" - czyli znane Ci na pewno "...ręce w górę, cała sala się buja...":). A dlaczego słuchają? Bo fajne bity są, jak się jedzie kaszlem przez kocie łby i wszyscy się patrzą :D! Rockowców wśród znajomych mam mało. Pewnie się "ukrywają", tak jak ja:) (ale o tym później). Są też ludzie ukierunkowani rockowo - lubią rock, ale nie są radykalni. Tak poza tym moi znajomi są normalni:) Nie gadam z nimi o muzie, gdyż nikt tak naprawdę nie jest takim maniakiem i miłośnikiem muzyki, jak ja!! I pewnie nikt nie wie o mojej manii. Ale przecież w wirze innych, priorytetowych spraw muzyka to prawie nic... Też tak myślisz?
Uczę się w ogólniaku (abituren machen diesen jahren:) w mieście zgoła większym od mojego (ok. 16x większym:) W tym mieście łatwiej spotkać subkultury. Toteż wśród moich znajomych z klasy, ze szkoły, z miasta (no, nie przesadzaj, nie jest ich tak znów dużo:) jest parę rockowców (a pozdrowię! Chyba mi wolno? Pozdrufy dla Koleżanki, Chudego Arturka i Szeryfa Bartka oraz Lipy i Pepego - szkoda, że prawdopodobnie tego nie przeczytacie). Ale proporcje "muzyczne" wśród ogółu ludzi mniej więcej są takie same, jak wśród znajomych z rodzinnego miasta. Paru hiphopowców jest (ale już mniej pozerskich), technomaniaków prawdziwych nie znam, za to szpanerów jest od groma!!!
Jednak co prawda to prawda - ludzie w większym mieście są bardziej podatni na nowe style muzyczne, jak i mają większy dostęp do muzyki. W zasadzie zaczęłam słuchać muzyki niedawno, jak zaczęłam uczyć się (uczyć się?) w ogólniaku.
Lubię wszystkich moich znajomych, nie tylko tej garstki słuchającej rocka (szeroko pojętego, to tylko hasło - bo czy reggae to rock?:)). Jak już wspomniałam, nie rozmawiam prawie w ogóle z nimi na temat muzyki, gdyż ludzie nie przywiązują wagi do takich "głupot". Tylko dla prawdziwych maniaków (czy techniarzy, hiphopów czy rockowców) jest to ważne, a tych (łącznie) jest, z tego co widzę, ok. 5% całej społeczności! Więc, pytam ja się, gdzie mieszkają ci wszyscy ludzie, których widziałam na Woodstocku?! Pod ziemią? W powietrzu?
Mam też dowód na bezmyślność "miłośników popu" lub wszelkich pozerów => pozostałe 95% słucha wszystkiego, co im do ucha wpadnie, nie zastanawiając się, co to jest! Więc jeśli nie wiesz, nie obchodzi Cię to, a jeśli już wiesz, to i tak za miesiąc zapomnisz, że takie coś istniało, to po co o tym dyskutować?
Dlaczego jest tak mało ludzi słuchających (np.) rocka? Myślę, że przede wszystkim dlatego, że niewiele osób ma dostęp do takiej muzy; jest ona w pewien sposób niszowa. Kawałki puszczane w radiach to zwykle tylko marne strzępki rocka, imitacje (mówię oczywiście o muzie grającej w komercyjnych stacjach w ciągu dnia). Tak to już jest, że ludzie słuchają największych, a zarazem najbardziej opiniotwórczych muzycznie, stacji. A te nadają, co im się podoba, czyli, na czym zbijają największy hajc. A że najbardziej popularny jest pop...
I wreszcie ludzie nie lubią się zastanawiać nad muzyką, gdyż mają mnóstwo innych problemów. Lubią proste i przyjemne piosenki, z melodią łatwą do zapamiętania i odtworzenia i śpiewane przez ludzi, którzy im imponują, mogą stać się "wzorem". Bo piosenki popowe są śpiewane zazwyczaj przez "
*** [cenzura - The LasT Child] laski" i "super kolesi". No i ta ogólnodostępność... Czyli chodzi po prostu o najzwyklejsze w świecie lenistwo.

Zagadnienie nr 3: O mnie i o tym, czego lubię słuchać.

Jaki jest mój stosunek do techno itp. już wiesz. Ale jest jedna kwestia. Te dźwięki są jak (przysłowiowy) narkotyk! Wiem, bo zdarza mi się bawić, a raczej skakać przy techno! Ha! Szok? Zaskoczenie? Konsternacja?:) Sprawa ma się tak, że uwielbiam imprezy, nie mogłabym w sobotni wieczór wysiedzieć w chacie, a w miejscowości, gdzie mieszkam, jest jeden jedyny lokal (tak, mieszkam na zgnuśniałej prowincji:) i odbywają się tam co tydzień dysko-bandżo-techno. Uwierz mi, że nie da się spokojnie wysiedzieć przy browarku i pogadać, gdyż słychać ciągle, cytuję: "ucucumtaumta" itd. Jedynym wyjściem jest wejście na parkiet i... No właśnie - wchodzę na parkiet i nie schodzę z niego przez 3 godziny. Skaczę, bez żadnego kompromisu, nic nie czuję, widzę tylko oślepiające światła stretoskopu(?), nie słyszę linii melodycznej danej "piosenki", tylko bity. I powiedz, czy to jest zdrowa, normalna reakcja na techno? Nie jest! A piany, ani żadnego innego syfu, nie cykam! Zazwyczaj cały tydzień po takich karygodnych excesach chodzę na rękach, bo nogi się do tego nie nadają. Ale, jak tłumaczę, nie "tańczę" (skaczę, jak na porządnym koncerciku) dla przyjemności, tylko żeby się wyszaleć. Bo, jak wiadomo, w zimie trudno o fajne koncerty:(
Czekam na maj (nie, nie na maturę!), bo w połowie maja są juwenalia. A w zeszłym roku w Opolu, Wrocku i pewnie jeszcze gdzieś, grał Hey i inne, fajne kapele.
Ale, zacznę może pisać o moich "preferencjach"? Jak byłam mała i głupia, słuchałam wszystkiego, co wpadło mi w ucho - normalne, co? Z dzieciństwa zapamiętałam piosnkę "Klub wesołego szampana" FNS-u oraz całą dyskografię Abby - a to przez ojca. Do dziś znam wszystkie chyba tytuły "dzieł" tej szwedzkiej formacji. Co takie tortury potrafią zrobić z człowiekiem, nie? Pamiętam jeszcze "I got you, babe" Cher(?) z "Beavisa i Buttheada"(?), pomijając wczesne discopolo, którego wszyscy słuchali nawet mimowolnie, Ty też i nie wypieraj się, ale nie ma się czego wstydzić, byłeś przecież dzieckiem, prawda? Gdy byłam większa (etap wczesnej podstawówki) i równie głupia zaczęłam się jarać (s)hitami z list przebojuf, nagrywać je na kasety. To był szpan w szkole - kto ma fajniejsze kawałki na swej kasecie. Z tych złotych czasów szkolnych dyskotek zostało mi chyba z 10 kaset, nagrywanych regularnie, co parę miesięcy, co by żadnego nowego niusa nie stracić:) Potem zaczęłam słuchać hiphopu (sic!), ale tylko czasami. Pamiętaj, że wtedy nie było jeszcze takiej mody na hh, pomijając Liroya, którego nie słuchałam, bo wydawał mi się głupi! Z tamtego, prawie już zapomnianego i zasnutego mgłą etapu mojego życia zalegają mi w szufladzie kasety: cała "dyskografia" niejakiego Karramby, Puff Daddy, Tic Tac Toe, Lauryn Hill, Cypres Hill (to chyba nie jest rodzeństwo:), Coolio, Nana, płyta - rap i muzyka symfoniczna. (Czemu ja się tak kompromituję? Po co się przyznaję?:)
Kolejnym etapem było poszukiwanie...
Wreszcie jakieś trzy lata temu przypomniałam sobie o starej kasetce Wilków i zaczęłam ją męczyć. Potem okazało się, że dwie osoby z mojej klasy słuchają Nirvany (łaaaaaaał, niesamowite:), no to wzięłam i pożyczyłam sobie "Nevermind" i pokochałam Nirvanę. W międzyczasie zaczęłam też jarać się PPR-em (przeboje polskiego rocka:), w stylu "Nie płacz, Efka", "Jolka" czy też "Za wszę tam, gdzie ty":). I tak się zaczęła powoli moja fascynacja rockiem. Czytałam różne magazyny mniej lub bardziej rockowo-metalowe (amz, bunt, mjusick a z papierowych machina, tylko rock). No i oczywiście rozszerzało to moje horyzonty. Ale momentem kulminacyjnym był spadek. Tak, właśnie spadek, który otrzymałam po qzynce - "wyrosła" ona niby z słuchania takiej muzy i przywiozłam sobie od niej mnóstwo kaset, m.in. Dżem, Pidżamę Porno (jakiś singiel), Boba Marleya, The Doors, Kazika i różne takie, jak The Bill, Shout, Alians, Izrael, ale niestety większość tych kaset strasznie zryta - nie do słuchania:( Ale jeszcze bardziej pokochałam te klimaty, aż do tego stopnia, że powiedziałam sobie - jadę na Woodstock! (No i pojechałam, w tym roku też jadę do Żar albo do Tych na Dżem). Mocniejsza muza zaczęła mnie wciągać, byłam otwarta na nieco "nowocześniejsze", nie tylko polskie kapele. Dzięki funflom z klasy, szkoły słucham też Systemu, PJamu, znam też Pink Floyd, Tiamat, Anathemę, Cool Kids of Death i takie tam.
Nie pamiętam tego momentu, chyba przychodziło to stopniowo, kiedy stałam się bardzo radykalna na punkcie tego, co słucham. Nie słucham nigdy radia w dzień, tylko sporadycznie w nocy - lecą stare piosnki. Nie oglądam też żadnej Vivy czy MTV. (Czemu nie ma już Vivy2?) Drażnią mnie strasznie najnowsze (s)hity popowe, zresztą i tak jestem do tyłu z najnowszymi niusami!! Ostatnim wielkim (s)hitem, jaki pamiętam to była piosnka Celiny z Titanica. Naprawdę i bez żadnego pozerstwa nie znoszę popu (tego w najgorszym wydaniu, vide B.Spears czy E.Iglesias czy inne N'sync jak i różnych Bizkitów, Linkinów etc.) i autentycznie telepie mnie, gdy jestem zmuszona do słuchania tego!!
Może pomyślisz, że to głupie, infantylne, ale jestem dumna z tego, że słucham muzy takiej, a nie innej!!
Zawsze imponowali mi pasjonaci, a za takich uważałam punków, metali, rastamanów, hippiesów. Ktoś kto słucha takiej (wstaw ulubiony gatunek) muzy nie może być głupkiem. Nie potrafię tego wytłumaczyć, to takie przelotne wrażenie, które jednak zostaje na bardzo długo, ale za to ->coś<- zawsze podziwiałam rockowców, metali i takich tam! Może to nieskromnie zabrzmi, ale byłam dumna na Woodstocku i każdym innym koncercie, bujając się w rytm grających kapel, czułam, że nie jestem jedynym fanem tejże kapeli! Byłam dumna z siebie, że słucham rocka(itp.)!
A dla przykładu teraz pewnie pomyślisz, że jestem rockowcem. Tak, zgadza się, jak najbardziej, ale... No właśnie! Nie lubię etykietek, szufladkowania się! Nie chodzę dlatego wyłącznie w glanach (kiedy trzeba, to trzeba), nie noszę czarnych koszulek (jak już wspomniałam), nie jestem obwieszona koralikami, łańcuchami, nie mam zielonych włosów, ani dredów (na razie nie mam dredów). Nie chodzę też w podartych spodniach i z gitarą na plecach! Nie chcę należeć do żadnej subkultury, bo jest to środowisko ortodoksyjne, ograniczające, a to mi się nie podoba. Po moim ubiorze nie widać, jakiej muzy słucham! Na plecaku mam jedynie dwie naszywki! Oczywiście nie przesadzam z tym ubiorem; lubię dżinsy lub sztruksy, nienawidzę butów na obcasach (tzw. wyjściówek:) i tlenionych włosów:) Lubię nosić koraliki, ale nie zawsze i mam skórzaną kurtkę, taką letko rockową:)
Mam nadzieję, że nigdy nie zmieni się moje nastawienie do świata. Nie zacznę przesadzać z ekscentryzmem w swym wyglądzie, dredy starczą:), ani też nie wyrzeknę się muzy, jakiej słucham, bo jest dla mnie bardzo ważną częścią życia, mimo że nie afiszuję się z tym! Dalej jednak imponują mi fascynaci muzyczni (szczególnie faceci;), jeśli tylko nie przesadzają. Long hairy rules i (mam nadzieję) strikes back:)!!!!



w pierwszej fazie tworzenia tego txtu (2am-5:30am), oprócz Systemu, słuchałam radia Eska - puszczali m.in.:
* "Mars napada" Kazika, z cenzurą w wersie "John Malkovic jak grał Ruska to krzyczał maderfakier":) i "weź nie pierdol, to mnie nudzi"
* "Marusia" Maryli Rodowicz - o bohaterach jednego z moich ulubionych seriali:)
* "Peggy Brown" Myslovitz
* "Ona jest ze snu" Artura Gadowskiego
* "N'avoie" Wilków
* "Bo tutaj jest jak jest" Kukiza
I to by były najostrzejsze kawałki:)

w drugiej fazie tworzenia txtu (12pm-1:20am) słuchałam "przebojów" ze 100dniówkowej kasety:)



I gorąco pozdrawiam ludzi mi podobnych (są tacy?)
I sorry za bardzobardzobardzobardzobardzobardzobardzobardzo chaotyczną formę tego "dzieła", ale pisałam prosto z mojego ogromnego serducha:) i, chociaż czytałam to 50 razy, szkoda mi było poprawiać i zmieniać. Jak już mówiłam, naturalizm przede wszystkim:)
I dzięki za to, że mogłam się wreszcie wyżalić, bo na realu jestem osobą bardzo nie lubiącą się uzewnętrzniać.
I czekam na maile.
oostra
4-5.01.2003



oostra@interia.pl