*** Nirvana - "In Utero" ***


     W pierwszym utworze na "In Utero" - "Serve The Servants", Kurt próbuje nas przekonać, że jest stary i znudzony. Nic bardziej mylnego. Niemal wszystkie kawałki umieszczone na czwartym longplayu Nirvany porażają swoją energią i żywiołowością. Pierwotnym zamierzeniem było ponowne przykopanie wszystkim słuchaczom - muzycy po sukcesie "Nevermind"chcieli udowodnić, że są "zwykłą, punkową grupą". Celowo surową, chropowatą produkcję (Steve Albini) połączyli więc z ostrzejszymi, mniej popowymi piosenkami. Wytwórnia niezbyt zadowolona, ale Nirvana postawiła na swoim i w 1993 roku wyszło omawiane tutaj cudo.

     Trudno wyobrazić sobie bardziej autentyczną i wiarygodną płytę od "In Utero". Nagrana przez zespół znajdujący się na absolutnym szczycie popularności, brzmi jak brudny, gówniarski debiut z undergroundu, a zarazem onieśmiela swoją genialnością i pięknem. W zwykłe, punkowe piosenki Cobain pakuje taki ładunek emocji, że buty spadają już po "Serve The Servants"... Niektórzy zarzucali Nirvanie stagnację. Rzeczywiście - riff "Rape Me" kojarzy się z "Teen Spirit", a początkowe akordy "Dumb" przywodzą na myśl "Polly". Ale kogo to tak naprawdę obchodzi?!

     Jako się rzekło, album jest ostrzejszy od słynnego poprzednika. "Scentless Apprentice" zaczyna się mocno wybijanym rytmem i dysonansowo rozjechanymi gitarami, ale już po chwili atakuje brutalnym, metalowym riffem. Dość podobny do niego jest w swej strukturze "Milk It". Cobain przechodzi tu od spokojnego śpiewania do opętańczego wrzasku - atmosfera przypomina trochę pamiętne "Endless Nameless", czyli ukryty kawałek z "Nevermind". Równie dziki jest "tourette's" - półtorej minuty nieartykułowanego krzyku i niekontrolowanego wybuchu agresji. A mimo to udało się tu wsadzić wyraźną melodię! Takie właśnie są te kawałki - chore, ale melodyjne, bezkompromisowe, ale czarujące i piękne. Trudno się przecież nie oprzeć refrenowi "Frances Farmer...", mimo że chwilę przedtem Cobain męczy nasze uszy gitarowymi sprzężeniami.

     Zachwycają także utwory łagodniejsze, bardziej przebojowe. Przede wszystkim poruszający "Dumb" ze wspaniałym wykorzystaniem wiolonczeli - jedna z najpiękniejszych i najdojrzalszych pieśni Kurta. Równie wielkie wrażenie robi "Pennyroyal Tea", utwór napisany podobno w pół godziny. Wstęp wykonuje sam Cobain, ale już po chwili słuchamy kapitalnego, porywającego refrenu - kawałek ukazuje w pełni geniusz kompozytorski lidera. Mroczny "Heart-Shaped Box", wsparty świetnym klipem, zasłużenie zdobył wielką popularność. No i "All Apologies" - swoisty testament Kurta. Wokalnie daje tu z siebie wszystko, tak jakby wiedział, że ten utwór zakończy ostatnią płytę w karierze jego zespołu...

     Ten album właściwie nie potrzebuje żadnej rekomendacji - wystarczy napis "Nirvana" na okładce. Porównania z "Nevermind" też są właściwie bezsensowne - to dwa zupełnie różne krążki. Na pewno jednak robią równie potężne wrażenie.

OCENA: 9+/10


© Petarda