*** Alice In Chains - "Facelift" ***


     Alice In Chains jest zespołem należącym do wielkiej czwórki grunge'u. Tak jak pozostali, ma (a raczej miała) charyzmatycznego frontmana, grała mocną, gitarową muzykę i charakteryzowała się undergroundową postawą. Zarazem jednak grupa ta nieco odstaje od reszty - w jej muzyce słychać wyraźniejsze przywiązanie do klasycznego heavy-metalu lat osiemdziesiątych.

     Prawdziwym błogosławieństwem kapeli jest z pewnością wokal - Layne Staley to rasowe, rockowe gardło. Lekka chrypka połączona z fenomenalnym przeciąganiem nut i charakterystycznym "rozleniwieniem" daje fantastyczny efekt. Dla niektórych może on być dosyć ciężkostrawny, ale na pewno gwarantuje natychmiastową rozpoznawalność. Prawdziwym liderem zespołu jest jednak gitarzysta Jerry Cantrell, odpowiedzialny za większość materiału. Specjalizuje się on w mocno osadzonych, sabbathowych riffach, choć w jego grze słychać też pewne wpływy bluesa czy rockowej psychodelii. Generuje on również pełne, przestrzenne brzmienie - aranżacje tylko na pozór wydają się proste. Tak naprawdę dużo się dzieje, choćby w takim "I Can't Remember" czy "Sunshine".

     Wspomniane riffy opakowane są w mroczny, niepokojący klimat, wsparty takimi właśnie tekstami. Dotyczą one przede wszystkim zagubienia i zwątpienia w sens życia u młodego pokolenia. Czasem przewija się również temat narkotyków (zwłaszcza w "Real Thing") czy miłości przeradzającej się w szaleństwo ("Love Hate Love"). Atmosfera jest tu bardzo ważna, a muzycy potrafią ją tworzyć bez negatywnych skutków dla samej muzyki. Najlepszym tego dowodem jest najbardziej znany utwór z płyty - wspaniały "Man In The Box". Ostry, cięty riff, główny motyw wspomagany talk-boxem, przebojowy refren z dialogiem Staleya i Cantrella (który swoją drogą często udziela się wokalnie w chórkach), a pod koniec jeszcze świetne solo. Znakomite połączenie melodii, czadu i intrygującego klimatu to jakby zapowiedź wybuchowego materiału z "Dirt". To samo "Bleed The Freak" - balladowy wstęp i porywające wejście ciężkich gitar. Refren zmiata z powierzchni ziemi, a potem czeka nas jeszcze lekko "schizofreniczne" uspokojenie. Następny wyróżniający się kawałek to "Love Hate Love". Kwintesencja stylu Alicji - przytłaczające brzmienie, rozdzierający głos. Prawdziwy walec, ale paradoksalnie wcale nie męczy słuchacza - wręcz przeciwnie - wciąga coraz bardziej i po prostu powala. Niektórzy pomyślą, że za bardzo się podniecam, ale to nieprawda. Te utwory są genialne.

     No właśnie, utwory, bo cała płyta raczej nie. Jak na debiut, "Facelift" to kawał dobrej roboty, ale niepozbawionej wad. Największa objawia się nam gdzieś tak w drugiej połowie materiału. Ciężkie i mroczne kawałki powoli zaczynają nużyć i przypominać siebie nawzajem. Z drugiej strony jednak podobieństwa znikają, gdy zagłębimy się bardziej w materiał i poświęcimy mu więcej czasu. Chłopaki starali się jak mogli o urozmaicenia - czego najlepszym dowodem funk-metalowy "I Know Somethin' (Bout You)". Chodzi jednak o to, że niektórym kompozycjom trochę brak siły wyrazu, znanej z "Dirt". Ale kto wymaga od debiutującego zespołu arcydzieła? Tym bardziej, że jego członkowie sprawiają wrażenie świadomych zawodowców.

OCENA: 7+/10


© Petarda