poczet  psycholi by military

Heh... jakoś tak się składa, że prawie każdy horror powstały od roku 1995 wzwyż jaki opisałem, został przeze mnie zmieszany z błotem, zjechany, a przynajmniej delikatnie skrytykowany (jedyny wyjątek to "Dog soldiers", ale ten film nie jest pełnokrwistym przedstawicielem gatunku). Dziwne to - niby technika pozwala czynić cuda, gdzie indziej znowu czterdzieści nominacji do Oskara dla scenarzysty... Dlaczego tak jest - nie wiem. Może twórcom zbrakło wyobraźni, albo też badania rynku mówią, że ludzie lubią oglądać szmiry pokroju "Blair Witch 2"... Nie dajmy się jednak dopaść podłemu nastrojowi i przypomnijmy sobie to, co było dobre (i nadal jest!). W dzisiejszym odcinku: milusińscy z ekranu, czyli materiał na prawdziwego idola.

(Pominę tu takie postaci, jak Alien czy rekin ze "Szczęk", gdyż pomimo ich niewątpliwego uroku do miana "mordercy" nie pasują.)

Freddy Krueger
Mój ulubieniec, nieślubny syn zakonnicy, morderca dzieci i mistrz w turlaniu groszku do celu jest symbolem kina grozy lat osiemdziesiątych. Wystąpił w filmach z serii "Koszmar z ulicy Wiązów", mającej swoje początki w chorym umyśle Wesa Cravena. Fredka zagrał Robert Englund obłożony kilogramem makijażu mającego udawać spaloną skórę. Bo tak się właśnie składa - że Krueger umarł w męczarniach, a właściwie w piecu - spalony przez rodziców ofiar. Nie przeszkodziło mu to jednak stać się bohaterem ośmioczęściowej sagi, tak się bowiem składa, iż jako duch nasz rzeźnicki przyjaciel pojawia się w snach. Warto przypomnieć tutaj wierszyk, który recytowany przez dzieci ozacza rychłe nadejście pana w uroczym sweterku. A szło to mniej więcej tak:
"One, two, Freddy is coming for You,
Three, four, better lock your door,
Five, six, grab your crucifix,
Seven, eight, don't wake up late"
Czysta poezja.

Atrybutami Kruegera są: sweter w poziome, czerwone i zielone pasy, kapelusz a la Indy Jones, popalona gęba i rękawica z przymocowanymi brzytwami.

Co do poziomu filmów każdy ma zapewne własne zdanie. Według mnie najlepszą częścią jest "trójka" i "piątka", a największa porażka to część druga. 

Michael Myers
Bohater "Halloweenów", zamskowany człowiek w garniturze polujący na swoją siostrzyczkę nie jest już tak barwną postacią jak Fred. Bo co ciekawego może prezentować zwykły facecik bez jakichkolwiek uczuć, któremu bliżej do mięczakowatego bohatera jakiegoś nędznego "Krzyku" niż do rasowego zabójcy z horroru. Oprócz maski Mike nie ma żadnego charakterystycznego atrybutu - morduje tym, co mu się nawinie pod rękę (najczęściej jakimś kuchennym nożem, z rodzaju tych amerykańskich do cięcia bizonów). Żadną rewelacją nie jest też fakt, że kule się go nie imają, toproki również, o różnych kozikach nawet nie wspominając. Słaaaabo... Ale - żeby nie było, żem jakiś profan - filmy z Myersem są bardzo dobre.

Carrie White
Postać stworzona przez samego Stephena Kinga, a przeniesiona na ekran przez Briana DePalmę. Carrie jest uczennicą liceum, wychowywaną przez matkę-fanatyczkę religijną, poniżaną przez koleżanki z klasy i ogólnie dość... nietypową osóbką. Posiada bowiem zdolności do przesuwania przedmiów siłą umysłu, a jak się zdenerwuje to potrafi i dom zburzyć! Mimo wszystko również nie jest to postać zbyt oryginalna. Wiele podobnych postaci wyszło już spod pióra Kinga, a wśród nich były o wiele ciekawsze. Niemniej jednak i film, i książka gwarantują doznania całkiem (nie)przyjemne (widok Johna Travolty masakrującego świnię młotkiem jest... przynajmniej niecodzienny).

Jason
It's Jason, baby, Jason! Któż nie zna bohatera "Piątku, 13-ego"? Koleżka w masce hokejowej i z piłą mechaniczną jest chyba równie rozpoznawalny, co papież! Znakomity gość - skłonności masakrujące odziedziczył po matce. Zresztą jego rodzina jest jakaś taka dziwna nie tylko z tego powodu. Tylko spokrewniona z nim osoba może Jasona posłać w diabły.

W bodaj ósmej części cyklu, "Jason goes to hell" (jedna z lepszych), na samym początku za hokeistę zabrało się wojsko - i poleciały granaty, koktajle... Ale i to było mało! Widać znaczny postęp w stosunku do kolegi po fachu - Michaela Myersa, na któego wystarczyło coś cięższego niż pistolet czy nóż, żeby na jakiś czas (dwadzieścia lat) dał sobie spokój. Z Jasonem nie ma lekko - i dlatego właśnie on, wspólnie z Freddym, powinien zostać uznany za czołowego filmowego mordercę.

Dr Hannibal Lecter
Co to ma być? Że niby kanibal? Że taki mądry? Ech... Czytałem "Hannibala" - koszmarna, przereklamowana chała. Oglądałem "Milczenie owiec" - i omal nie usnąłem z wrażenia. Prawda jest taka, że Lecter to zwykły przeciętniak o charakterystycznym głosie i niecodziennych zwyczajach żywieniowych. Nic dodać, nic ująć.

Zamaskowany, brzydki pan z "Krzyku"
Może i narażę się naczelnemu kącika, ale dla mnie "Scream" to... lekka, familijna rozrywka. Gdzie tam napięcie, gdzie akcja? Cały film jest nudnawy, a nastrój grozy można poczuć tylko kiedy z magnetowidu zaczną się wydobywać kłęby dymu.

Bohater(owie) - niezbyt mądrzy kolesie, którzy przed załatwieniem ofiary zadają jej pytania na temat filmów. Nie ma w nich ani krzty uroku charakterystycznego dla takiego Freddiego czy Jasona, a postępowaniem przypominają bohaterów zwykłego kryminału. Kostium też mają nieciekawy - przypominają Darth Maula, a zresztą co to trudnego założyć na siebie koc? Maska... bardziej śmieszna niż straszna (miała przypominać obraz Muncha? Nie wyszło...). I pomysł trzaskania sequeli bez wprowadzania żadnych zmian do postaci "tego złego" nie uważam za najlepszy. Niemal wszyscy wymienieni w tym tekście w kolejnych częściach się zmieniali (mam na myśli zachowanie), a w przypadku "Krzyku" nawet fakt, że ktoś inny jest mordercą nie zmienia sposobu działania "zjawy". Moim zdaniem - porażka.
{hej, stop! pomyłka, to ni jest numer kwietniowy! Prima Aprilis już za nami:)) - scream}

Ciąg dalszy być może nastąpi.

[military]

^