|
|||
|
.::. Metal Gear Solid military O tej grze słyszał chyba każdy szanujący się PSX-owiec. Wyszła ona również na pecety, więc i kloniarzom jest nieobca. MGS zebrało w niemal wszystkich czasopismach najwyższe noty. I co? I mnie cuś tu śmierdzi. Wcielamy się w Solid Snake'a, agenta tajniejszego niż James B. i sprawniejszego niż xXx. Snake dostaje zadanie spenetrowania kompleksu budowli na pewnej wyspie, oraz uratowania przy okazji pewnego człeka (Donald Anderson się zowie), który został uprowadzony ze swej działki w okolicach Emilcina przez niezidentyfikowany obiekt latający. W trakcie misji okazuje się, że wpadamy na trop skradzionego czołgu kroczącego, zdolnego odpalić rakiety z głowicami atomowymi. W menu głównym możemy, przed udaniem się na misję, obejrzeć nagrania z "sesji zdjęciowej" Snake'a, na której poznaje on szczegóły akcji. Filmy są statyczne jak diabli, nudne, długie i nieźle komplikują obraz całości. Jedyny ich plus to ładne rysunki. Kiedy już znajdziemy się we wrogiej bazie, zaczyna się gra. Na początku staramy się unikać strażników, bądź też likwidować ich po cichu. I do części skradankowej nie mam absolutnie żadnych zarzutów, według mnie zasługuje ona na 10\10. Tak samo przerywniki filmowe; niektóre z nich stoją na poziomie Matrixa (np. ten przed walką z Revolver Ocelotem albo kiedy Meryl zostaje podziurawiona przez Sniper Wolf). Ale - zbyt często raczeni jesteśmy rozmowami przez Codec (taki mini-intercom), podczas których widać tylko facjaty dyskutujących i słychać ich głos. Ta część jest niewyobrażalnie długa i nudna, a lepiej nie przerywać konwersacji, gdyż można uronić sporo tajników fabuły (która, swoją drogą, jest ciekawa, lecz japońsko zawikłana - nie to, żebym miał coś do Japończyków, ale tutaj pan Kojima przegiął). Dość szybko gra zmienia się z bezszelestnego przemykania pod nosami strażników w walki z bossami. Tych jest aż nadto - i w dodatku są tak nierealistyczni, że aż głowa boli. Przykład: naparzamy do śmigłowca z rakietnicy. Trzeba trafić chyba z dwadzieścia razy, żeby zniszczyć helikopter. Dalej: walka z kolesiem z działem od Hinda w łapie. Gość jest tak głupi, że można go bez większego problemu wyprowadzić w pole, ale żeby zabić - piętnaście stingerów nie jest wcale zbyt wielkim arsenałem. Dalej: broń. Wyrzutnia rakiet kierowanych Nikita. Co z nią? Ano to, że pociski zachowują się jak w kreskówkach - lecą pół metra nad ziemią z prędkością chyba 5 km\h, można nimi zatoczyć koło (kwadrat) o średnicy metra, a na dodatek - rewelacja - wchodzą po schodach!!! Denerwuje też fakt, że każdy pokonany boss nie umrze od razu, lecz wygłosi ckliwą pogadankę, po czym pomoże (!?!?!) naszemu bohaterowi. Widać wzorowali się na Lordzie Vaderze. Dźwięk jest w zasadzie bez zarzutu, a aktorzy - nieźli, przynajmniej niektórzy. Snake'a charakteryzuje świetnie dobrany tembr głosu, ale już taki Psycho Mantis czy Cyborg Ninja (rany, co za głupie imiona...) brzmią jak (kolejno) niewyżyty homoseksualista z astmą i sadomasochista na sterydach (More! Give me more! - kiedy okładamy gościa po twarzyczce). Muzyka jest świetna, chociaż czasem zbyt melodramatyczna. Największy zarzut, jaki stawiam grze i który w paru momentach zniechęcił mnie do dalszej rozgrywki: kamera! Umieszczona jest beznadziejnie - wprost nad głową (czasem się zmienia). Mamy tak mały zasięg widzenia, że na otwartych przestrzeniach albo, kiedy radar wysiądzie, jest to naprawdę spore utrudnienie. Kamerzysta wyraźnie zapił. Żeby nie było, że w grze nic mi się nie podoba - oprócz części skradankowej cenię również takie detale, jak papierosy (lub diazepam), które trzeba użyć, żeby powstrzymać drżenie rąk i skutecznie mierzyć ze snajperki. Również wspomniane sceny przerywnikowe są niezłe. Grafika - w wersji PSX rządzi (rozmycia!), a na PC... raczej porażka. Podsumowując:
Konami
OCENA:
|
|||