.................|B i u l e t y n|........
..........................|F i l m o w y|.


spis treści | poprzednia strona | następna strona


|Uczeń Szatana|

Czasem są takie dni, kiedy nie wiadomo co z sobą zrobić. Nie chce się absolutnie nic. Ma się dość śniegu za oknem, wnerwiającej na każdym kroku siostry, a nawet zwyczajnej gry w karty - i to po marnych czterech partiach. Nie ma innego wyjścia, tylko rozsiąść się wygodnie, złapać w dłoń jakąś przekąskę i włączyć film. A no właśnie...

Dzisiaj trafiło na "Ucznia Szatana". Gwoli ścisłości - film nie ma za wiele wspólnego ze stricte siłami ciemności, więc jeśli czytasz to Drogi Czytelniku w nadziei, że namówię Cię na kolejny hit z "The Bad One" w roli głównej, to niestety się zawiedziesz.
Głównymi bohaterami filmu są szesnastoletni chłopiec i podeszły w latach, aczkolwiek krewki staruszek - były hitlerowiec - mieszkający pod przybranym nazwiskiem w USA.
Zarys fabuły jest początkowo prosty. Nastolatek, całkiem bystry zresztą, odkrywa prawdziwą tożsamość starszego pana z sąsiedztwa. Sprawdza, jak to w filamch bywa, odciski palców oraz dokonuje porównań zdjęciowych. I proszę - ma naocznego świadka wydarzeń z Oświęcimia i innych obozów. Ale nie donosi. Wie, że ma przed sobą niepowtarzalną usłyszeć to, czego nie mówi się głośno na lekcjach historii. Udaje się do domu starszego pana i wyjawia swą wiedzę. Od tej pory, związani chorą fascynacją minionych czasów, przebywają ze sobą coraz dłużej. Póki sytuacja się nie komplikuje...

Przyznam się, że głównym argumentem, który sprawił, że sięgnąłem po ten obraz jest obsada aktorska. A dokładnie jedno nazwisko - Ian McKellen. Aktor znany ostatnio szczególnie z roli Gandlafa we "Władcy Pierścieni". Ciekaw byłem, jak wygląda inne wcielenie dobrotliwego maga. I muszę przyznać, że moja ciekawość została zaspokojona w senie pozytywnym.
Już w pierwszych scenach widać, że jest to aktor doświadczony, dla którego nie ma trudności nie do pokonania. Szczególnie spodobała mi się przemiana, czy też raczej powrót do "starej skórki", czego jesteśmy świadkami w ciągu trwania filmu. Wyraźnie widać, że coś w środku postaci prowadzonej przez McKellena ponownie dochodzi do głosu. Widz jest po prostu zadowolony, widząc uzewnętrzniające się zmiany.
Nieco inaczej sprawa się ma z drugim głównym bohaterem historii. Patrząc z perspektywy całości, sposób w jaki prowadzi swą postać młody aktor (wybaczcie - zapomniałem nazwisko) jest nieco niejednostajny. Są momenty, kiedy zwyczajnie zanudza widza niespecjalnym kunsztem aktorskim, by zaraz przejść do sytuacji, na którą patrzy się z zadowoleniem. Dowodem jest tu np. końcowa scena rozmowy ze szkolnym pedagogiem. Początkowo sprawia wrażenie niedopracowanej, jednak osobiście bardzo mi się spodobała ze względu na przeskok, jaki się dokonał w psychice młodego człowieka. Finał obrazu doskonale podkreśla tytuł filmu.
Pozostałe kreacje ani nie zachwycają, ani nie bulwersują. Pedagog, jak to pedagog, jest spokojny, opanowany. Być może trochę za "ciepły" - jednak jest to celowy zabieg, jak się potem okazuje :).

Muzyka ani nie powala na kolana, ani nie przeszkadza, i to jest jej głównym atutem - gdzieś tam sobie jest i, trzeba przyznać, nieco podkreśla klimat filmu. Charakterystyczne są wstawki muzyki niemieckiej gdzieś z połowy wieku XX. Otwierają i zamykają akcję w swoistych ramach. Efekt bardzo ciekawy - szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę końcowe sceny filmu.

Film ogólnie jest dobry. Wprawdzie nie rzuca widza na kolana, jednak potrafi nieco zaabsorbować uwagę i sprawić, że z uwagą śledzi się rozwijającą fabułę. Ta, wydawało by się, nie jest specjalnie oryginalna, jednak wraz z biegiem wydarzeń potrafi trochę zaskoczyć. Podobnie sprawa ma się z tytułem - początkowo może być mylący, jednak jego interpretacja nie nastręcza trudności po zakończeniu seansu. Co więcej - okazuje się wielowymiarowa, a w połączeniu z odwołaniem się przez charakterystyczne tło dźwiękowe do okresu hitleryzmu w Niemczech, może dać do myślenia.

8/10

.:|Gregorius|:.



|strona 6|