.................|B i u l e t y n|........
..........................|F i l m o w y|.


spis treści | poprzednia strona | następna strona

|Stracone Dusze|

"...A man born of incest
will become Satan
and the world as we know it,
will be no more."

Takim oto cytatem zaczyna się omawiany przeze mnie film. Nietrudno wywnioskować, że tym razem trafił się czysto "szatanistyczny" obraz pokroju klasyki, jaką już niewątpliwie jest pierwszy "Omen". Na rzucenie okiem nań namówił mnie kolega, zapewniając, iż jest dość ciekawy. Jednak z drugiej strony, dwaj inni cały film przegadali, więc w gruncie rzeczy nie wiedziałem, czego się spodziewać.
Ale nic to; zważywszy, że leżałem w łóżku (z pewną dziewczyną, Grypa jej było na imię :)) a na dodatek przyczłapało dwóch kumpli, nie miałem innego wyjścia jak uruchomić sprzęt odtwarzający.
Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę była czołówka listy płac, czyli innymi słowy mówiąc - napisy początkowe. Główną rolę w filmie gra dość lubiana przeze mnie aktorka, Winona Ryder. Inne, mniej, lub bardziej znane szaremu człowiekowi nazwiska, to Jan Kaczmarek, tradycyjnie odpowiedzialny za muzykę, Janusz Kaminski - reżyser, oraz - uwaga! - pod naszywką "produced by" znalazłem znajome i kojące wzrok nazwisko: Meg Ryan. Przy takim zestawieniu, coś musi z tego być - dlatego już bardziej na poważnie zabrałem się za oglądanie.

Początek filmu, jak wiadomo, musi być w tego typu produkcjach dość tajemniczy i zmuszający do śledzenia akcji, jeśli nie z zapartym tchem, to chociaż z zaciśniętymi pięściami. Tak też było tym razem. Jednak nie do końca. Owszem, był egzorcyzm, w skutek którego ksiądz prowadzący wpadł w stan, delikatnie rzecz ujmując, depresji. Ale prawdę mówiąc nie tego oczekiwałem, mimo powyższego zaszablonowania filmu. Nie wiem co sobie pomyślą inni, ale ja po takim wprowadzeniu znałem praktycznie cały film.
I to jest jego główna wada. Obraz Kamińskego nie zaskoczy Was niczym szczególnym. Ma się wrażenie, że cały film powstał na podstawie znanego i oczywistego wzoru w postaci już nakręconego kanonu. A można to wywnioskować już po pierwszej scenie.
Ktoś może pomyśleć, że dalej fabuła jest nieco bardziej przemyślana. Próżne nadzieje, daremny trud. Jak już napisałem trzy zdania wcześniej, pojawiają się znane elementy z takich filmów jak "Dziecko Rosemary", czy "Omen" pierwszy i drugi lub "Egzorcysta". Mamy więc grupkę popleczników i 'ochraniarzy' Antychrysta, grupkę niudolnie walczących księży oraz głównego bohatera - w wydaniu J.Kamińskiego - kobietę.

Właśnie - to największy plus filmu (poza muzyką, ale o niej w swoim czasie). Winona Ryder jest jedną z tych aktorek, do których mam jakiś nieokreślony sentyment. Nie wiem - być może dlatego, że kiedyś wyratowała Aliena 4 od całkowitej klęski w moich oczach, ale mniejsza o to. W "Straconych Duszach" ponownie pokazuje co potrafi. Bardzo mi się podoba postać przez nią wykreowana. Pełna wiary, niezachwiana, a jednocześnie krucha i zamknięta w sobie. Kto raz spojrzy w jej oczy - zrozumie :).
Nieco mniej wyraziście wypada aktor grający samego Antychrysta. Niby gra w porządku, ale coś mi się w nim nie podoba. Nie widać chyba zbyt dobrze, moim znaniem, momentu zgłębienia (ale nie pogodzenia się!) sensu swego życia. Należy się Wam tutaj słówko wyjaśnienia. Otóż postać Petera Kelsona, kreowana przez Bena Chaplina, nie chciała przeistoczyć się w Szatana. Ba - nie chciała początkowo nawet dojrzeć do tej myśli. Ale coż, być może się czepiam, nie było widać tego zbyt wyraziście.
Role drugoplanowe stoją na wysokim poziomie. W pamięci szczególnie utkwiła mi postać księdza przewodniczącego egzorcyzmom - ojca Lareoux, w którego wcielił się John Hurt. Cztery sceny, w których ukazuje cztery odmienne stany psychiczne prowadzonego przez siebie bohatera, porównane ze sobą, przedstawiają się bardzo ciekawie i ukazują wysoką klasę warsztatu aktorskiego.

Niezaprzeczalnym atutem "Straconych Dusz" jest na pewno muzyka. Umiejętnie stara się budować klimat, niszczony trochę niestety przez ogólną wtórność filmu. Lecz obiektywnie patrząc, stanowi element, który z całą pewnością można zaliczyć "in plus". Podobnie sprawa się ma ze zdjęciami. Może nie stoją one na poziomie z pierwszych półek (IMO), to przyczyniają się do pozytywnego odbioru obrazu. Tym bardziej, że cały film utrzymany jest w tonacji sepii i ogólnie wyblakłych kolorów.

"Stracone Dusze" nie jest filmem przełomowym, ale nie jest też marnym ochłapem rzuconym wygłodniałej publice. W mojej opinii plasuje się gdzieś pośrodku stawki. Jeśli tylko nie zanudzą cię sceny i sytuacje typu "ja to gdzieś widziałem", to możesz śmiało sięgnąć po ten tytuł. Jeśli jednak widziałeś już dużo filmów tego typu, to na pewno będziesz narzekał na nudę. Ale mimo wszystko, warto rzucić okiem - choćby dla wyśmienitej muzyki, czy obsady. A klimat, choć "mikrofalowy" także czasem mile załechta. Dlatego...

6+/10

.:|Gregorius|:.



|strona 4|