Eksperyment Filadelfia
Witam wszystkich bardzo serdecznie w tej przepięknej nocy, gdy to ja pisze te słowa, które wy staracie się odszyfrować, psując sobie przy tym wzrok. Słowem: Witam. I zapraszam czytania dalej jeżeli... [dokończę pod koniec recenzji.]
11 stycznie b.r. zostałem zaproszony przez moich rodziców do obejrzenia bardzo ciekawego, ambitnego i podobno opartego na faktach filmu. Jego tytuł jest podany u góry, więc nie będę się rozpisywał :). Tak więc zasiadłem przed telewizorem z dość dużymi nadziejami. Sam rzadko oglądam TV, po prostu uważam, że istnieją lepsze rozrywki (naraziłem się? :)) jak np. czytanie lub pisanie czegokolwiek (jak choćby takich recenzji). No dobrze, można powiedzieć, że wstęp mam już za sobą. Zacznę pisać coś o owym filmie.
Początek "Eksperymentu Filadelfia" został podobno oparty na faktach. Autentycznych zresztą. Tak przynajmniej powiedzieli mi rodzice. A chodzi mniej więcej o coś takiego: Amerykanie (oczywiście!) przeprowadzali eksperyment, dzięki któremu ich okręty miały być niewidzialne dla radarów. No cóż, udało im się (jak mogłoby być inaczej!?) ale... ale równocześnie sam statek stał się niewidzialny nie tylko dla radarów, ale i dla wszystkich. Ba! On zupełnie przestał być namacalny, czyli po prostu tak sobie zniknął, wyparował (to już jest chyba fikcja :)). Teraz, przy pomocy cholernie wspaniałych efektów specjalnych z roku 1984, które zapewne zostały wykonane na komputerach klasy Commodore64, dwaj marynarze zostają przeniesieni... w przyszłość! Cóż za oryginalny pomysł! Chylę czoła przed reżyserem. Mam nadzieję, że mój sarkazm został dobrze uchwycony...
Zachwycanie się pięknem efektów szpeczialnych jak na razie skończę, może potem jeszcze do tego wrócę. Ale powiedzmy coś o tych dwóch bohaterach, których imion niestety nie pamiętam (co za pech!). Tak więc oni podróżują sobie (oczywiście nie przez cały film!) po nowym dla nich świecie i przy okazji wykonują wiele ciekawych i pożytecznych rzeczy - Np. wpatrują się w piersi jakieś pani w telewizorze (jakże to ambitne zajęcie!), zamawiają jajecznicę, niszczą automaty do gry i robią jeszcze wiele innych, równie ekscytujących rzeczy. Tak, pod tym względem autorzy dali nam naprawdę wspaniałą rozrywkę. Bez komentarza.
Jednak reżyser - pan Steward Raffill (czy jakoś takoś - piszę z pamięci) wprowadza do tego filmu także inne ciekawe wątki, dające nam możliwość lepszego poznania bohaterów. Rozterki życiowe, ważne pytania i piękne odpowiedzi. "Czy Ty mi wierzysz?" pyta się główny bohater, na co bohaterka odpowiada: "Wierzę, że Ty w to wierzysz!". Wzruszające, prawda? I jakie prawdziwe - wymijająca odpowiedź :). Albo chwila pożegnania, gdy główny bohater musi (tak, tak!) u r a t o w a ć   ś w i a t , bo inaczej wessie go jakaś czerwonoglutowa dziura... To wszystko jest takie... takie... nietypowe. I poniekąd tak piękne, że słuchając i oglądając to niemal nie zwróciłbym przedwczorajszego śniadania. Tylko nie myślcie sobie o mnie źle! Ja w ten sposób okazuję emocje...
;)
Ale to nie wszystko!
Z tego filmu można się przede wszystkim śmiać. Odniosłem nawet wrażenie, że być może jest to jakaś parodia. Prawie turlałem się po ziemi, widząc jak ręka jednego z bohaterów... O tak, zdaje się, że przypomniałem sobie jego imię :)... "Dżimi"! A więc jak ręka "Dżimiego" staje się nagle czerwonoglutowa (tak jak ta wielka, zła dziura) a potem caluteńki nasz "Dżimuś" robi się takowy! Wspaniałe! Dzięki takim sceną potrafię zrozumieć, po co został stworzony śmiech! Albo przedstawienie burzy... Miodzio! Dzięki temu staje się zdrowszy (wedle zasady: "śmiech to zdrowie" ;)). Oby więcej takich scen!
No cóż, ten film jest... co mogę powiedzieć? Może tylko: "Wytrzegajcie się czegoś takiego!"? To na pewno... Amerykański gniot po prostu, absolutnie nie polecam.
A teraz dopowiem to zdanie, którego na początku nie skończyłem. "Zapraszam do czytania dalej jeżeli..." jeżeli naprawdę nie macie nic ciekawego do roboty ;).
Faramir
faramir_13@poczta.onet.pl
PS. Heh, moja pierwsza recenzja :)