Z wizytą w supermarkecie
czyli praktyczny poradnik łowcy zakupów :-)


Niniejszym ostrzega się o mrocznych zamiarach Autora tego tekstu, mającego na celu omamienie umysłów czytelników. Autor, jako kreatura skrajnie złośliwa, będzie tutaj czynił wszystko, co w jego mocy, by zepsuć komukolwiek humor, zniesmaczyć, doprowadzić do ciężkich urazów psychicznych tudzież zdeprawować.



Jestem człowiekiem stanowczo niedzisiejszym. Czy uwierzycie, że do niedawna nie miałem w ogóle zaliczonych odwiedzin w tak znanym i lubianym przybytku, jakim jest supermarket? Ale uważam, że w życiu trzeba spróbować wszystkiego, więc postanowiłem w końcu udać się do tego czegoś. I wiecie co? Do tej pory nie wiedziałem po prostu, co tracę! Takie wesołe miejsce...

Zasadnicze powody, dla których fajnie jest robić zakupy w supermarkecie, znamy wszyscy. Jak mówi pewna reklama: "wszystko i tanio - to Geant". Czyli rozmaite kategorie towarów w jednym miejscu i po barbarzyńskich cenach. Zaraz, zaraz - jeśli ceny są tam barbarzyńskie, to dlaczego nie pójść do "zwykłego" sklepu? Ano, proszę państwa, w "zwykłych" sklepach mamy jeszcze bardziej barbarzyńskie ceny.

Pierwszym punktem naszego strategiczny planu zrobienia zakupów jest oczywiście namierzenie jakiegoś supermarketu. To nie należy do trudnych zadań, gdyż budowa nowego supermarketu jest dla ludu polskiego wydarzeniem na miarę lądowania UFO, zatem wiedzą o tym wszyscy. Jeśli mimo to nie masz bladego pojęcia, gdzie może być najbliższy supermarket, to nie panikuj - wystarczy wyjść z domu i zasuwać przed siebie, powstają one teraz w takim tempie, że zanim dojdziesz do krańca miasta, na pewno jakiś zbudują.

Przeciętny supermarket składa się z dwóch części: parkingu i supermarketu właściwego. Parking pełni funkcję taką, jak niegdyś fosy w zamkach, czyli utrudnia dostęp do serca supermarketu (półek z żarciem). Parking jest również magazynem koszy-na-kółkach. Krążą plotki, że może on służyć również do zostawiania na nim samochodów, ale to nie zostało jeszcze sprawdzone (tzn. nie udało mi się wjechać tam samochodem). Funkcja zaporowa parkingu polega na tym, że nie brakuje ludzi, wierzących święcie w owe plotki o wykorzystaniu parkingu jako miejsca do parkowania samochodów. Ludzie ci desperacko polują na wolne miejsca parkingowe, nie zważając przy tym na takie drobiazgi, jak na przykład przechodnie czy inne samochody. Jeszcze większy stopień desperacji można zaobserwować u nich przy próbie wydostania się z parkingu. To już jest najprawdziwsza, profesjonalna szarża, której nic nie jest w stanie powstrzymać. Dlatego też przejście przez parking w jednym kawałku jest nie lada wyczynem.

Jeśli już ujdziesz z życiem z parkingu, czeka na ciebie przeszkoda numer dwa, a są nią drzwi. Nie jest tajemnnicą, że w supermarketach nie montuje się zwykłych drzwi, z klamkami. Mamy tu, proszę państwa, fotokomórki. W czym problem - mógłby spytać ktoś bystry. Dla normalnego człowieka pewnie niewielki, chyba że wlezie na drzwi zbyt szybko, nazbyt ufny w potęgę techniki, komórki nie zareagują w porę i trzeba będzie gościa później z tych drzwi zdrapywać. Tak, normalni ludzie zwykle radzą sobie z fotokomórkami podejrzanie sprawnie. Ale pomyślałem sobie, że niektórzy mogą być mutantami, niewidocznymi dla fotokomórek. I co taki biedny mutant ma zrobić? (módlcie się za mnie, żebym nie miał w życiu większych problemów) Może poczekać, aż będzie wchodził ktoś inny i wślizgnąć się za nim, niemniej jest to wielka dyskryminacja. Zreszta mniejsza z tym.

Przebrnąwszy szczęśliwie przez wejście, dochodzimy do bardzo istotnego punktu naszego planu strategicznego. Wejście do strefy żarcia. Dostępu do niej bronią kasy oraz bramki. Ogólnie w tą akurat stronę zaleca się skorzystać z bramek. Bramki mogą być na fotokomórki albo nie. W tym pierwszym przypadku czeka nas powtórka punktu poprzedniego. W przypadku drugim - nie ma fotokomórek, nie ma problemu. Sęk w tym, aby odróżnić w porę rodzaj bramki. Jeśli bowiem jesteś płci męskiej, to bramka znajduje się prawie na pewno na wysokości twojego czułego miejsca, a więc próba jej sforsowania ciałem (w przypadku drugim, czyli brak fotokomórek) mogłaby się skończyć w nader przykry sposób. Oczywiście, można też próbować otworzyć bramkę, używając do tego celu kończyn górnych, jednak gdyby się okazało, że fotokomórki jednak są, można się w ten sposób wygłupić, a to dla prawdziwego mężczyzny jest gorsze, niż wyrżnięcie jajami w bramkę. Obu niemiłych konsekwencji można jednak uniknąć, wykonując tak zwanego małysza, czyli po prostu skok, w miarę możliwości jak najbardziej spektakularny. Pamiętajmy, że wyczyn taki może się skończyć wywinięciem orła na zbyt śliskim podłożu, a wtedy będą cię boleć nie tylko jajka, o wygłupieniu się już nawet nie wspominam.

To co, przeszedłeś przez bramkę? Świetnie, bo mam dla ciebie dobrą wiadomość: musisz wracać. Najlepiej znowu skorzystać z małysza, gdyż bramki otwierają się tylko z jednej strony, a przejście przez kasy z oczywistego powodu odpada. Uważaj, bo podwójny małysz może już wzbudzić podejrzenia ochrony sklepu.

A po co właściwie wracać - zapytasz. Ponieważ zapomniałeś o koszyku, łajzo jedna! Naturalnie, za bramkami znajduje się zwykle składowisko koszyków, ale są one wybitnie nieporęczne, niepraktyczne, no i przede wszystkim - nie dostarczają zbyt wiele radości. Musisz się zaopatrzyć w upgraded version of koszyk, czyli koszyk-na-kółkach. A te, jako się rzekło, znajdują się na parkingach. W samym centrum parkingów, żeby było śmieszniej. Hura! Carmageddona ciąg dalszy! Szkoda tylko, że znowu w charakterze przechodniów.

Teorytycznie taka, a nie inna lokalizacja składowiska koszyków-na-kółkach ma nam zapewnić jak najkrótszą drogę od bagażnika naszego samochodu do składowiska. W praktyce takie rozwiązanie owocuje zwiększeniem ilości ofiar śmiertelnych podczas niedzielnych zakupów. Jeśli przyjechałeś do supermarketu samochodem, to nic się nie martw - gdy będziesz wracał, odegrasz się na innych piechurach. Jeśli przydreptałeś z buta, też się nie martw - wkrótce będziesz miał kosz-na-kółkach, a wtedy żaden samochód ci nie podskoczy.

Po nieudanej próbie wsadzenia w miejsce na monetę guzika (jak już dobierasz się do koszyka-na-kółkach) i odżałowaniu prawdziwej monety, jesteś chwilowo właścicielem potężnej maszyny, która pozwoli ci w miarę bezpiecznie przejechać pół parkingu i być postrachem zarówno wśród kierowców, jak i zwykłych piechociarzy. Koszyk eliminuje również problem fotokomórek, gdyż w razie czego może śmiało służyć jako taran.

Najfajniejsza cecha koszyka-na-kółkach, jak sama nazwa wskazuje, to kółka. Dzięki temu wspaniałemu wynalazkowi nie musisz fatygować swoich odnóży zbyt wytężonym marszem po niezmierzonych hektarach supermarketu. Wystarczy tylko się rozpędzić i... lądujesz po przeciwnej stronie budynku (pomijając ewentualne kolizje z innymi wózkami, bo ludzie nie są dla ciebie przeszkodą). Gorzej, jeśli wylądujesz na półce z żarciem. Dosyć trudno potem to wszystko pozbierać, nawet jeśli uda ci się spod tego wygrzebać. Poza tym ochrona raczej nie doceni twojego zamiłowania do szybkich pojazdów i może odebrać ci kosz.

Biorąc pod uwagę zaludnienie supermarketu w godzinach szczytu (które zwykle pokrywa się z godzinami otwarcia), próba zrobienia zakupów będzie przypominała jazdę samochodem w centrum dużego miasta po godzinie 15. Z tym, że w centrum miasta mało kto jeździ pod prąd, czego o klientach supermarketów powiedzieć nie można. I tutaj znowu przychodzi nam z pomocą nieoceniony koszyk-na-kółkach. Wywoła on należyty respekt u tych, którzy podobnych koszyków nie mają. Z innymi posiadaczami superkoszyków gorsza sprawa, ale jeszcze nie tragiczna. Jak wiadomo, im cięższy koszyk tym lepszy. Możesz na przykład odwiedzić dział soczków i tymczasowo wyładować nimi swój pojazd, aby nadać mu odpowiednią masę (czyt. siłę rażenia). Dzięki temu inni szpanerzy ze swoimi koszykami-na-kółkach będą cię omijać z daleka (o ile zdążą, bo jeśli nie, to krucho z nimi - z soczkami to nie przelewki). Aha, ochronie tłumaczysz, że jesteś fanatycznym smakoszem soczków. Na pewno uwierzą - już nie takie rzeczy widzieli. Sposób z soczkami jest o tyle niewygodny, że będziesz potrzebował jeszcze zapasowego koszyka, bo w końcu musisz mieć miejsce na twoje zakupy.

Jeśli zabawa w pirata supermarketowego znudziła ci się, a jeszcze nie wezwano oddziału antyterrorystycznego, możesz przystąpić do kupowania różnych rzeczy. Najbardziej skuteczna metoda kupowania polega na sporządzeniu listy rzeczy potrzebnych, a następnie kupowaniu wszystkiego, czego nie ma na tej liście. Jest to praktycznie jedyny sposób na to, aby znaleźć w gąszczu półek to, co zamierzasz znaleźć (ponieważ zawsze znajdujesz właśnie to, czego akurat nie potrzebujesz). Może się wydawać, że to trochę bezsensowne. To prawda, ale co z tego, skoro w ten sposób jest zabawniej. Przecież po to przyszliśmy do tego supermarketu, żeby się dobrze bawić, "poważne" zakupy możemy zrobić kiedy indziej, nie?

Wyjaśniliśmy sobie kwestię celu naszej misji, teraz możemy przystąpić do realizacji naszego planu. Ile w końcu wzięliśmy tych koszyków ze sobą? Dwa? Mało. Żeby mieć naprawdę niezły ubaw, potrzebujemy co najmniej czterech. Trzeba je wyładować po brzegi, dbając o to, by każdy załadowany artykuł pochodził z innej części sklepu. Następnie podchodzimy z tym wszystkim do kasy i bezczelnie stwierdzamy, że zapomnieliśmy portfela. Teraz wystarczy wycofać się na z góry upatrzoną pozycję i z rosnącym rozbawieniem obserwować, jak personel marketu próbuje usilnie coś zrobić z twoimi niedoszłymi zakupami.

Kolejna rozrywka wymaga nieco cierpliwości. Należy upatrzeć sobie jakiś na tyle deficytowy towar, aby dało się go schwycić w całości za jednym razem. Następnie czekamy, aż któryś z klientów odczuje nieposkromioną żądzę nabycia tego towaru. Wówczas musimy wykazać się odpowiednim refleksem i sprzątnąć towar ofierze tuż sprzed nosa. Nie przejmuj się przy tym, że niby po kiego diabła ci np. pięćdziesiąt tabliczek czekolady z nadzieniem truskawkowym - towar możesz zwrócić, gdy tylko pechowy klient zniknie z pola widzenia. To naprawdę świetny numer, po dziesięciu udanych powtórzeniach orgazm gwarantowany. Zwłaszcza, gdy trafi się kilka razy pod rząd ten sam klient. Tylko uważaj, żeby nie był to jakiś paker, bo a nuż uzna, że robisz to specjalnie?

Fakt, że inni klienci również mogą posiadać koszyki-na-kółkach wcale nie musi być dla ciebie źródłem frustracji czy niepokoju. To też można wykorzystać do świetnej zabawy czyimś kosztem. Wózek - rzecz mało poręczna, gdy kieruje nią osoba nie posiadająca pewnej wprawy, dlatego wielu frajerów czasami decyduje się na pozostawieniu go na placu boju pod boską opieką i chwilowe oddalenie się w poszukiwaniu jakiegoś drobnego produktu. Tacy sami się proszą, ażeby zrobić im jakiś kawał. Mamy tu do wyboru mnóstwo wariantów. Pierwszy: koszyk frajera zmienia miejsce pobytu, zdziwiony frajer po powrocie na miejsce jego pozostawienia wszczyna gorączkowe poszukiwania. Drugi wariant: podprowadzamy losowo wybrany artykuł z koszyka naszego nieuważnego bliźniego i zastanawiamy się, czy frajer zauważy brak. Wariant dwa be: podprowadzamy WSZYSTKIE artykuły z jego koszyka (do tego wariantu wybieramy osobę z koszem wyładowanym po brzegi) i zrywamy boki ze śmiechu na widok kolesia, który łapie się za głowę, widząc, że ktoś właśnie zresetował stan jego zakupów i musi je robić od nowa.

Wariant trzeci to dokładna odwrotność drugiego. Zamiast wyjmować produkty, dokładamy je. Pamiętamy przy tym, aby wybrać takie, które naszym zdaniem mogą najmniej przydać się naszej ofierze. Wariant ten ma dwa podwarianty: albo ukrywamy bonusowe rzeczy pod "starymi" zakupami ofiary (wówczas mamy radochę, gdy ofiara odkrywa owe przedmioty, gdy przychodzi do płacenia), albo rzucamy je na wierzch i obserwujemy minę ofiary (radocha na miejscu). Praktyka pokazuje, że wiele ofiar przeżywa wówczas niemałe rozterki ("mój koszyk czy nie mój?"). W przypadku, gdy ofiara zwącha podstęp, istnieją dwie możliwości. Albo spróbuje się ona pozbyć niechcianego towaru w trybie natychmiastowym, rzucając go na najbliższą półkę bez względu na oryginalne miejsce jego pochodzenia (mało zabawne), albo będzie jeździć po całym markecie i szukać, gdzie towar mógł leżeć (bardzo zabawne).

Bardziej hardcorowi jajcarze eksperymentują z wariantem czwartym, czyli podmianą koszyka. Biorą koszyk ofiary i jakby nigdy nic kontynuują z nim zakupy, jak najbliżej nieszczęsnej ofiary oczywiście. Wymagany jest tutaj kamienny spokój - gdy ofiara zauważy złośliwy uśmieszek na twojej twarzy, wszystko na nic. Jeśli jednak zachowasz powagę i będziesz udawać pochłoniętego zakupami, polejesz się ze śmiechu na widok zakłopotania ofiary. Wśród ofiar mogą się trafić sztuki bystrzejsze, to wcale nie jest wykluczone. Te mogą się zwrócić do ciebie z pretensją: "Przepraszam, czy to przypadkiem nie mój koszyk?". Chyba nie muszę mówić, że w takiej sytuacji należy rżnąć głupa na całego.

Wariant numer pięć: potrzebne są dwie ofiary, oddalające się od swoich koszyków. Dokonujemy przemieszczenia dowolnego produktu z jednego kosza do drugiego. Oddalamy się, obserwując kłótnię (przy odrobinie szczęścia nawet bójkę) klientów.

Całkiem dobre efekty daje też czasami przywiązanie koszyka gapowatego bliźniego do półki z towarem. Bliźni musi być silny i energiczny, a ty musisz się wykazać refleksem podczas wiązania (masz niewiele czasu). Prawdopodobnie ofiara nie podejrzewa możliwości wyrządzenia jej czegoś takiego, więc nie zwróci uwagi na sznurek (chociaż przezroczysta żyłka w takiej roli rulezuje). Pamiętaj, żeby się odsunąć na bezpieczną odległość, gdy półka będzie przywalać nieszczęsną ofiarę.

Zabawa kolejna zowie się "ten serek bardziej mi pasował mi do północnej części sklepu", wymaga dużo czasu i polega na stopniowym zamienianiu miejscami całych działów. Na przykład: tam, gdzie zwykle leżą chipsy, przenosisz papier toaletowy, w miejsce papieru - pieczywo, i tak dalej. Wprawdzie większość klientów nawet nie zauważy zmiany, gdyż i tak nigdy nie wiedzą, gdzie co jest, ale stali bywalcy mogą być niemile zaskoczeni "przemeblowaniem". Zresztą to naprawdę daje satysfakcję, tak namieszać... A jeśli o mieszaniu mowa, nie zaszkodzi zrobić np. miksu płyt CD z konserwami, albo owoców z artykułami biurowymi.

Szkoda byłoby nie wykorzystać faktu, że większość personelu supermarketu stanowią kobiety - często młode i atrakcyjne. Zdarza się, że wejdzie taka na drabinę i ustawia coś na tych wysokich półkach. A że lubią sobie nosić krótkie spódniczki... Chyba nie muszę tłumaczyć, że w takim przypadku będziesz koniecznie potrzebował czegoś z dolnych partii półki. Można też pomyśleć nad wytestowaniem świeżo zakupionej w dziale elektrycznym suszarki do włosów.

Nienajgorszą rozrywką jest również zagadywanie przemiłych dziewczyn od promocji. Stoją sobie biedaczki takie samotne, na pewno bardzo się ucieszą, gdy ktoś wreszcie poświęci im odrobinę uwagi. Bądź dociekliwy. Zapytaj o skład chemiczny promowanej pasty do zębów i czy ma takie bajery, jak na przykład inteligentne mikrogranulki (czy co ci tam przyjdzie do głowy). Dowiedz się, czy nie powoduje zaburzeń regularności miesiączki u osób chorych na cukrzycę (jeśli jesteś mężczyzną) lub trwałej impotencji (w wypadku przeciwnym). Wypróbuj na miejscu ze dwadzieścia różnych tubek i po jakiejś godzinie stwierdź, że nie podoba ci się kolor.

Ostatnia zabawa, którą dzisiaj przedstawię, to drażnienie ochrony. Cholernie ryzykowna ta zabawa, dla lubiących solidne dawki adrenaliny twardzieli. Wchodzisz na teren sklepu z dużym plecakiem i wypchanymi kieszeniami. Trwożliwie rozglądasz się dookoła, podejrzliwym wzrokiem gapisz się na kamery. Przed każdą półką długo medytujesz, wreszcie odwracasz się plecami do kamer/ochroniarzy i robisz ruch, jakbyś chował coś za pazuchę. Zabawę należy uznać za udaną, jeśli zrobią ci rewizję, natomiast pełny sukces to otworzenie ognia przez ochronę i postronne ofiary tej strzelaniny (oczywiście najlepiej by było, żeby ciebie nie trafili).

To już wszystko, jeśli chodzi o supermarkety. Kto czuje niedosyt po wypróbowaniu wymienionych możliwości, może jeszcze kłócić się z kierownictwem marketu, dlaczego nie ma stoiska z sierpami (pozdrowienia dla Donalda!). Życzę miłej zabawy. Aha, starajcie się ostrzegać mnie, w którym supermarkecie i w jakich godzinach zamierzacie się bawić, bo od czasu do czasu chciałbym też spokojnie zrobić normalne zakupy :-).




Zmora Normalnych Klientów
pewien.gosc@wp.pl