Poniższy tekst jest jedną z wersji mojej pracy konkursowej z filozofii. Wobec tego spodfziewam się polemiki;>. Zobaczymy co i jak będzie... Let's begin!
Sprawiedliwość jest pojęciem względnym. Ludzie od wieków próbują stworzyć sprawiedliwy system polityczny. Jednakże żaden z owych systemów nie jest doskonały. Postaram się wyjaśnić dlaczego. Na początku przytoczę kilka teorii wygłaszanych przez współczesnych filozofów:
Według Mirosława Sułka i Janusza Świniarskiego ("Etyka jako filozofia dobrego działania zawodowego") dotychczasowe systemy polityczne można podzielić następująco:
Królewski: korzyści mają wszyscy dzięki jednemu.
Arystokratyczny: korzyści mają wszyscy dzięki niektórym.
Timokratyczny: korzyści mają wszyscy dzięki wszystkim.
Są to właściwe odmiany tych systemów. Natomiast wynaturzone ich odmiany przedstawiają się następująco:
Tyrania: korzyści ma jeden dzięki wszystkim.
Oligarchia: korzyści mają niektórzy dzięki wszystkim.
Demokracja: korzyści mają sprawujący władzę dzięki wszystkim.
Nie sposób pominąć faktu, że demokracja została zaliczona do wynaturzeń. To, że władzę sprawować może teoretycznie każdy w wyniku wyborów, nie zmienia faktu, że nie jest łatwo dostać się do rządu, a wielu inteligentnych ludzi nie ma na to szans. Korzyści odnosi tylko grupa rządząca. Widać to w Polsce, gdzie mimo niezadowolenia obywateli z obu obozów rządzących nie ma możliwości wybrać alternatywy.
Jednak zajmę się tutaj tylko pierwszymi trzema, właściwymi systemami. Każdy z nich mógłby być sprawiedliwy. Jednak w znanej mi części historii, sprawiedliwości nigdy nie osiągnięto. John Rawls, w przedstawionej przez siebie "Teorii Sprawiedliwości" przyjmuje zasady pojmowania sprawiedliwości w formie "sprawiedliwość jako bezstronność", czyli brak stronniczości w wydawaniu sądów i uchwalaniu praw. Osobiście zgadzam się z tym stanowiskiem. Postaram się wykazać, dlaczego nawet w prawidłowych odmianach wyżej wspomnianych systemów sprawiedliwości nigdy nie osiągnięto.
Zacznę od królestwa. W tym przypadku należałoby sobie wyobrazić sytuację, że przed sądem, nawet za największe zbrodnie, staje syn króla. Z całą pewnością nie zostanie on osądzony jak zwykły obywatel. Idąc dalej, można nawet stwierdzić, że zostałby on, nawet w świetle niepodważalnych dowodów, uniewinniony. Nie byłoby to postępowanie sprawiedliwe, ale słuszne, z punktu widzenia sądu, jak i samego króla. Sądu, ponieważ uniknie on gniewu monarchy, a władcy, ponieważ jest to jego krewniak. Kochający ojciec z całą pewnością nie skaże swojego syna. Obecnie w celu rozwiązania tego problemu w sądach nie może zeznawać, ani też pełnić funkcji adwokata, prokuratora czy ławnika żadna osoba powiązana emocjonalnie z oskarżonym.
Podobnie sytuacja ma się w przypadku systemu arystokratycznego, ale tym razem gdyby przed sądem stanął szlachcic.
W timokracji sprawa jest już bardziej skomplikowana. Niemniej, jeden z rządzących ma dużo większe szanse na korzystne dla niego rozpatrzenie sprawy, niż zwykły obywatel. W przypadku wynaturzonych odmian wspomnianych systemów, cały problem znacznie się nasila. Dzieje się tak dlatego, że ludźmi kierują emocje. W powyższym przykładzie królem kierowałaby miłość do krewniaka, a sądem strach przed monarchą. Jest to jak najbardziej naturalne, ale też niewłaściwe. "Ten, który walczy z potworami powinien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich" . To zdanie ilustruje, dlaczego walka z niesprawiedliwością jest taka trudna.
Ch. Perelman w swojej książce "O Sprawiedliwości" podaje kilka koncepcji sprawiedliwości:
1. Każdemu to samo: "Zgodnie z tą koncepcją wszystkie istoty, które się bierze pod uwagę, powinny być traktowane jednakowo, niezależnie od właściwości szczególnych, którymi się różnią" Wszyscy powinni więc być traktowani jednakowo. Jest to bardzo podobny pogląd do koncepcji "sprawiedliwość jako bezstronność" J. Rawls'a.
2. Każdemu według jego zasług: "Oto koncepcja sprawiedliwości, która żąda już nie równości wszystkich, ale traktowania zależnego od pewnej własności immanentnej - zasługi danej osoby". Jest to pogląd oparty na teorii, mówiącej, że po śmierci zostaniemy osądzeni według naszych zasług i win.
3. Każdemu według jego dzieł: "W tym wypadku kryterium nie jest już moralne, nie bierze bowiem pod uwagę ani intencji, ani poświęcenia człowieka, a jedynie wynik jego działalności" Takie kryterium jest dużo łatwiejsze do zastosowania w praktyce.
4. Każdemu według jego potrzeb: "Ta formuła sprawiedliwości, zamiast brać pod uwagę zasługi człowieka albo wyniki jego pracy, usiłuje przede wszystkim zmniejszyć cierpienia, jakie sprawia mu niemożność zaspokojenia jego podstawowych potrzeb" Czyli pokrótce należałoby każdemu zapewnić minimum socjalne, a także zaspokoić jego potrzeby bez względu na to, jaką pracę dla społeczności wykonuje.
5. Każdemu według jego pozycji: "Oto arystokratyczna formuła sprawiedliwości. W myśl jej traktuje się ludzi nie na podstawie kryteriów właściwych jednostce, ale zależnie od przynależności jej do tej czy innej określonej kategorii ludzi." Tą teorię głoszą i zawsze jej bronią ci ludzie, którzy z niej korzystają.
6. Każdemu według tego, co przyznaje mu prawo: " Być sprawiedliwym, to stosować prawa danego kraju. Ta koncepcja sprawiedliwości, w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich, nie ocenia prawa pozytywnego, ale zadowala się jego stosowaniem."
Koncepcje zaprezentowane przez Ch. Perelmana byłyby może bardzo słuszne. Jednak mam sporo do zarzucenia tym teoriom. Z koncepcją "Każdemu to samo" zgadzam się w pełni jako jedyną. Oczywiście pod warunkiem, że będzie dotyczyć wszystkich ludzi, a nie wybranej grupy. Tak samo jak z teorią "sprawiedliwość jako bezstronność" Rawls'a.
Natomiast koncepcja "Każdemu według jego zasług" jest moim zdaniem nie do wprowadzenia. Jak pisze sam Perelman, nie ma konkretnego kryterium "Jak określić tę zasługę?". Nie ma takiej możliwości. "Osiągnięcia często przesłaniają złe czyny." . Byłaby możliwość ukrywania zła pod pozorem zasług.
Koncepcja "Każdemu według jego dzieł" jest już według mnie bardziej sensowna. Nie miałbym nawet do niej zarzutów, gdyby nie oczywista dysproporcja w społeczeństwie, ponieważ pozornie identyczne rezultaty można osiągnąć rożnym nakładem pracy.
Teoria "Każdemu według jego potrzeb" jest dla mnie nie tyle utopijna, co po prostu śmieszna. Przecież nie można zaspokoić potrzeb każdego, nie biorąc pod uwagę, w jakim stopniu zaspokaja on potrzeby innych. "ta formuła sprawiedliwości zbliża się najbardziej do naszej koncepcji miłosierdzia" . Moim zdaniem, gdybyśmy byli miłosierni, w znaczeniu podawanym przez Kościół rzymskokatolicki, bardzo szybko w społeczeństwie znaleźliby się ludzie, którzy by na tym "pasożytowali". Chcieliby otrzymywać dobra nie robiąc nic dla społeczności. Reszta dość szybko wycofałaby się z takiej koncepcji sprawiedliwości.
Z teorią "Każdemu według jego pozycji" nie sposób się zgodzić. Jest ona przestarzała, a czasy feudalizmu nigdy nie powrócą. Arystokracja bardzo szybko przerodziłaby się w oligarchię.
"Każdemu według tego, co przyznaje mu prawo". Znam z historii człowieka, który stosował tą teorię. Nazywał się on Adolf Hitler. Koncepcja być może miałaby sens, ale nie dopóty, dopóki rządzą nami istoty ludzkie. Bo każdy człowiek będzie starał się stworzyć prawo takie, które by mu odpowiadało.
Robert Nozick charakteryzuje sprawiedliwość jako uprawnienie. Uznaje on, że człowiek jest uprawniony do posiadania tego, co zdobył w sposób legalny, aprobowany przez społeczność. I to właściwie cała jego teoria. Dotyczy ona w całości mienia i jest przykładem idei indywidualistycznej. Jest to bardzo logiczna, i przez ten fakt właściwa teoria.
Moje osobiste przemyślenia na temat sprawiedliwości opierają się po części na wymienionych przeze mnie teoriach. Moim zdaniem rację ma Rawls, uznając koncepcję "sprawiedliwość jako bezstronność". Właściwie ujął sprawę także Perelman, w przedstawionej przez siebie teorii "każdemu to samo". Jednakże samo wprowadzenie w życie tych idei jest bardzo trudne. Wielu już tego próbowało. W większości próby ograniczały się do wprowadzenia takiej czy innej teorii sprawiedliwości w obrębie danego państwa, społeczności.
Rozpatrzmy teraz zdanie "morderstwo jest złem". Niezupełnie się z nim zgadzam, przeciwnie zapewne jak większość społeczeństwa. Należałoby się jednak zastanowić, dlaczego większość przyjmuje to twierdzenie za prawdziwe. Ludzie mają zwyczaj nie sprawdzania informacji, które otrzymują. Uznają, że morderstwo jest złe, ponieważ tak nauczyli ich rodzice, dziadkowie. Poza tym, tak twierdzi religia rzymskokatolicka (choćby dekalog o tym wspomina). Właśnie dlatego uznają, że to zdanie jest prawdziwe. Ja natomiast uważam, że morderstwo jest złe, ponieważ wiążę się z wyeliminowaniem kogoś ze społeczeństwa. I to w wielu wypadkach (kiedy celem zamachu są ludzie u władzy) kogoś, kto jest temu społeczeństwu potrzebny.
Jednakże jest możliwość wystąpienia sytuacji, kiedy morderstwo byłoby dobre. Np. gdyby któryś z wczesnych zamachów na A. Hitlera się powiódł, to prawdopodobnie wojna pochłonęłaby dużo mniej ofiar. Ogólnie, rozpatrując, czy morderstwo jest w danym przypadku złe, należy przeprowadzić logiczną kalkulację, czy liczba ofiar, które zostałyby zabite w przypadku nie popełnienia morderstwa, jest większa od liczby samych zamordowanych. Jest też wiele czynów, które według mnie są błędnie uważane za morderstwa. Są to eutanazja, aborcja i kara śmierci. Eutanazja na przykład może nie być uznana za morderstwo, ale niektórzy mogą ją za takie uważać. Nie narodzone dziecko nie jest według mnie człowiekiem, więc aborcji nie klasyfikowałbym jako morderstwa. Niemniej, jest to zbrodnia przeciw ludzkości, ponieważ nienarodzone dziecko mogłoby w przyszłości przynieść znaczne korzyści społeczeństwu. Kara śmierci jest po prostu wyeliminowaniem niepotrzebnej jednostki ze społeczności. Powinna być stosowana, chociażby ze względów ekonomicznych, gdyż utrzymanie więźnia kosztuje. Pisząc o morderstwie, chciałem pokazać, że ludzie często przyjmują fałszywy pogląd, ponieważ został wygłoszony przez autorytet. Zmierzam do tego, że wszystkie istoty ludzkie przywiązują się do czegoś emocjonalnie. Tak jest w przykładzie króla, który kocha krewniaka, więc nie pozwala go skazać. Chcąc dowiedzieć się, dlaczego jest źle, czyli nie ma sprawiedliwości, należy sięgnąć do najmniejszej komórki społecznej, jaką jest rodzina.
Wychowanie dzieci w atmosferze rodzinnej miłości jest naturalne. Ale należałoby przyjrzeć się dokładniej, czy jest to właściwe. W dyskusjach filozoficznych, w których miałem okazję uczestniczyć, zawsze zadawałem pytanie: Komu byś pomógł, wiedząc, że obaj bez Twojej pomocy zginą, a pomóc możesz tylko jednemu. Swojemu ojcu, czy obcemu mężczyźnie? Ludzie, z którymi miałem okazję rozmawiać odpowiadali, że ojcu. I to jest naturalne. Problem w tym, że niestety niesłuszne. Bo w czym mój ojciec miałby być lepszy od tamtego mężczyzny? I dlaczego w ogóle dzielę ludzi na lepszych i gorszych? To są pytania, na które dość łatwo odpowiedzieć: bo kierują mną emocje. Tak samo jak królem, który chroniłby syna. Dziecko często jest uczone gloryfikacji własnej rodziny. Jest ona przez rodziców nazywana często "lepszą" od innych rodzin (sąsiadów, znajomych).
Następnie dziecko jest uczone życia w "swojej" grupie. Jest to zwierzęcy instynkt stadny i nic więcej. Gloryfikowanie siebie i swoich towarzyszy (moja klasa, szkoła, drużyna, podwórko, miasto, czy wreszcie państwo) jest powodem oczerniania innych, "tamtych", gorszych. Już rodzice w domu uczą dzieci zachowań skierowanych przeciw ludzkości. Zawarte jest to w namawianiu do współzawodnictwa. Bo logiczne jest, że skoro "my" jesteśmy "lepsi", to inni są "gorsi".
Kolejny błąd popełniany jest przez nauczycieli filologii językowych we wszystkich krajach świata, jak i niektóre osoby starsze. Uczą oni patriotyzmu. Patriotyzm jest w myśl zasady "sprawiedliwość jako bezstronność" złem. Bo przecież, jeżeli będziemy przyjmować go za właściwy, będziemy też uważać, że inne narody są w jakiś sposób gorsze od naszego. A przecież to tacy sami ludzie, tyle, że mówią innym językiem, czasami nawet mają inny kolor skóry. Wielu wspaniałych patriotów popełniało w imię swojej nacji zbrodnie przeciw ludzkości. Przykładów nie trzeba daleko szukać, są to choćby Hitler, Napoleon, Bolesław Chrobry, czy Aleksander Wielki. Osobiście twierdzę, że patriotyzm i nacjonalizm to synonimy których można używać naprzemiennie. Inaczej są tylko postrzegane przez większość społeczeństwa. Nie bądźmy Polakami, Niemcami, czy kimkolwiek innym, ale po prostu ludźmi. Wszelkie powstania narodowo - wyzwoleńcze, same w sobie właściwe, ponieważ walczą z uciskiem, zawsze kierują się nacjonalistycznymi pobudkami. A jest tak dlatego, że są one skierowane nie przeciw konkretnym osobom, które nas uciskają, ale przeciw całemu narodowi, na czele którego stoi nacjonalistyczny władca. A przecież żołnierze państwa zaborczego to ludzie którzy bardzo często nie walczą z własnej woli, a są tylko poborowymi! Należy kierować agresję przeciw ich przywódcom, a nie całej nacji.
Właśnie dlatego nie ma na świecie sprawiedliwości. I nie będzie jej, dopóki będą nami rządzić ludzie, którzy osobiste emocje i uczucia przekładają ponad dobro wspólne. Czegokolwiek by nie próbowano robić, zawsze będzie się pojawiał problem, że ktoś coś czuje, wobec czego coś zrobi lub nie. Nie będzie sprawiedliwości, dopóki u władzy stoją ludzie. Najgorzej, kiedy są to na dodatek ludzie o zawyżonych wartościach stadnych. Jest tak dlatego, że sprawiedliwość i miłość, z którą mamy w większości do czynienia odnosi się do jakiejś grupy ludzi (tego samego wyznania, narodowości itp.), a nie ludzkości jako całości. "Pamiętaj, że jesteś człowiekiem" .
Niemożliwym jest dla człowieka, żeby nie faworyzował własnej grupy społecznej, narodu, rodziny. Dlatego, żeby osiągnąć stan sprawiedliwości, należałoby zmienić system rządów, a także samą istotę rządzącą. Moim zdaniem powinna być to maszyna. Całe zadanie byłoby utopijne, ale teoretycznie możliwe. Maszyna, która znałaby uchwalone przez człowieka prawa ogólnoludzkie. Bo to nie prawo jest złe, tylko ludzie. Taki system rządów umożliwiałby rządzenie "na zimno", bez jakichkolwiek uczuć i uprzedzeń. Czysto logiczną analizę dowodów w sprawie, bez względu na to, czy przed sądem staje ktoś wysoko, lub nisko postawiony, jakiej jest narodowości, czy wyznania. Każdy w świetle prawa miałby możliwość zostać osądzony sprawiedliwie. Według jednej miary, ponieważ do osiągnięcia sprawiedliwości potrzebna jest równość. Wtedy wreszcie przestałoby się liczyć kim jest oskarżony, a jedynie co zrobił. Przecież jest on człowiekiem. Dodatkowym profitem zastosowania tego systemu byłby brak korupcji, ponieważ maszyny nie można przekupić. Jednak ta teoria ma wiele luk: na przykład, ludzie wykonywaliby wyroki nakazane przez maszynę. Ludzie, którzy mają już swoje uprzedzenia, emocje. Zaprogramować taki komputer "rządzący" także musieliby ludzie, co umożliwiłoby im przejęcie władzy. Jak już wspomniałem, podana przeze mnie propozycja jest czysto utopijna, ale byłaby chyba jedyną możliwością osiągnięcia sprawiedliwości. Więc można jedynie poprawić warunki na świecie... Bądźmy przede wszystkim ludźmi, a dopiero później białymi, czy czarnymi, bądź Polakami, czy też jakąkolwiek inną grupą.
Teoria, z którą się identyfikuję jest niemożliwa do wprowadzenia w praktyce. Dlatego właśnie mogę jedynie zaapelować do ludzi, aby nie kierowali się w życiu tylko emocjami, żeby starali się myśleć. Logika jest podstawą przetrwania. Mam jedynie nadzieję, że kiedyś stanie się możliwe wprowadzenie w życie mojej koncepcji. Słowa Platona z pewnością oddadzą, jakie mam podejście do wszelakich emocji, w tym wspomnianej nadziei. "Każdy prowadzi jakąś kalkulację, którą nazywamy nadzieją"
SteelRat - niedoszły filozof;P
PS. Od teraz będę Wam dawał się poznać od strony "wolnego pismaka". Jako kącikowicz raczej nie wrócę, ale zależy to tylko od Kopytnego:>