Sen
Mówiąc ściślej - koszmar. Chyba najstraszniejszy, jaki miałem kiedykolwiek w życiu. I do tego realistyczny. Tak realistyczny, że byłem przekonany, że to działo się naprawdę. Do tej pory opowiedziałem go paru osobom.
Sen ten miał miejsce parę lat temu. Sam już nie wiem ile faktów w nim jest prawdziwych, a ile wyobrażonych czy dopowiedzianych sobie przeze mnie. Dawno nie myślałem o tym koszmarze, dlatego pewne rzeczy mogły wyglądać inaczej niż mi się teraz wydaje. Tak naprawdę niewiele to zmienia - moim zdaniem nawet w takim wypadku warto go opowiedzieć, bo opowieść ta wydaje mi się naprawdę ciekawa. Pora przejść jednak do meritum. Od następnego akapitu wszystkie opisane fakty były już WE ŚNIE.
Byłem w toalecie na piętrze mojego domu. Spojrzałem w lustro, a w nim odbijało się okno. Na zewnątrz było jasno, lecz nagle gwałtownie się ściemniło - tak jakby w ciągu sekundy minął czas od rana do chwili tuż po zachodzie słońca. Miałem dziwne przeczucie, bardzo dziwne. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Wtem jakaś dziwna siła podrzuciła mnie do samego sufitu, po czym spadłem. Jednak nie uderzyłem o podłogę. Przeniknąłem przez nią.
Zobaczyłem jak z dosyć dużą szybkością przeniknąłem przez podłogę, następnie minąłem parter, fundamenty domu, różne warstwy ziemi. Leciałem z coraz większą prędkością. Czułem się okropnie, tak, jakby wszystkie wnętrzności przesuwały mi się w stronę przełyku. Było coraz goręcej, czułem ogromne ciepło, jednak nie parzyło mnie ono. Minąłem jakąś bardzo jasną, wrzącą ciecz koloru lawy, następnie zrobiło się ciemno. Wpadłem do jakiegoś pomieszczenia, z dużą siłą udeżyłem o podłogę.
Nie mogłem dostrzec ścian ani sufitu. Podłoga była jakaś dziwna, miałem wrażenie, że była pokryta skrzepniętą krwią. Do mojego nosa dotarł dziwny, nieprzyjemny, mdły zapach. Zacząłem słyszeć jakieś błagalne mantry, wypowiadane szeptem. Szeptem, który brzmiał, jakby był wydawany z ogromnym wysiłkiem.
Nagle miał miejsce wstrząs. A przy tym odgłos - tak, jakby coś spadło z dużej wysokości. Chciałem na to spojrzeć, ale nie mogłem. Nie miałem tyle silnej woli, to po prostu odwracało mój wzrok. Przeczuwałem, że jest to - w porównaniu ze mną - wielkie. To nie było 'coś'. To była jakaś istota (nie mogę jednak nazywać jej w rodzaju nijakim, dlatego od tej pory będę używał rodzaju męskiego). Mimo iż spadł w jakieś odległości ode mnie, dostał się do mnie z nieproporcjonalną do swej wielkości szybkością.
Poczułem jego oddech na swoim ciele. Oddech, który spowodował, że ciarki przeszły mi po plecach. Bałem się. To mało powiedziane, serce waliło mi jak oszalałe, a strach mnie sparaliżował. Wciąż miałem odwrócony wzrok.
Zacząłem szukać w pamięci jakiejś modlitwy. Jednak nie mogłem sobie żadnej przypomnieć. Żadnej. Myślałem intensywnie, jednak mój strach znacznie mi to uniemożliwiał. Poczułem, że denerwuje się on. Podnióśł mnie, po czym z dużą siłą rzucił o ziemię. To bolało, jednak nie robiło mi żadnej krzywdy. Usłyszałem w swojej głowie: 'nie pozwolę ci umrzeć!'.
W końcu mi się przypomniało. 'Ojcze nasz'. Gdy zacząłem wymawiać słowa modlitwy, to jeszcze bardziej go zdenerwowałem. Usłyszałem ryk. Przerażający. Jednk modliłem się dalej. W końcu powiedziałem 'amen'.
Wtedy się obudziłem. A raczej - poderwałem się gwałtownie. Łóżko było całe mokre od potu. Ja zresztą też. Serce biło tak szybko i mocno, że omal nie wyrwało się z klatki piersiowej. Panicznie zacząłem szukać włącznika lampki. W końcu go znalazłem. Wcisnąłem go. Przez ułamek sekundy było jasno... aż za jasno. Żarówka się spaliła. Akurat w tym momencie. Spowodowało to, że serce zaczęło bić mi jeszcze szybciej. Rzuciłem się do włącznika głównego światła. Tym razem się udało...
Sen ten, jak widać, był naprawdę straszny. Aczkolwiek nie bierzcie jego opisu do końca poważnie. Jak już wspominałem na wstępie, miało to miejsce dawno, zapewne wiele faktów wyglądało inaczej, a czas spowodował, że w mej pamięci zostało to nieco zmienione, a zapewne nawet ubarwione. Poza tym to był tylko sen. Taką przynajmniej mam nadzieję...