Nie wiem... Nie wiem dlaczego tak się właśnie dzieje, ale tak właśnie jest. Wychodzę naprzeciw wszystkim tym, którzy tak bardzo nie chcieliby cierpieć, a cierpią. Dlaczego każdy z góry uważa to za negatywny stan? Aha i żeby nie było że mnie ktoś od jakiś masochistów zwyzywa. Nie, drodzy moi, nie. Wiele razy ogarniała mnie pustka, widziałam naokoło siebie bariery, mury, przeszkody, czasami coś, co na pozór było proste do rozwiązania dla mnie istniało jako coś nieosiągalnego. Bywało i tak, że miałam same apokaliptyczne wizje i żadnego wyjścia dla siebie. Jednak gdzieś, gdzieś w najbardziej ukrytym zakamarku duszy żyło przekonanie, że jednak jakaś droga jest, i co najważniejsze szło ono w parze z innym przekonaniem - iż owa droga odnajdzie się sama. Jestem skrajną osobą, bo i często jadę na skrajnościach, czasami przesadny optymizm aż zaślepia nawet najmniejszy skrawek realności, czasem soczysty pesymizm sprawia, że płaczę i same czarne myśli przychodzą mi do głowy. Oczywiście później, gdy już problem będzie jakotako rozwiązany śmieję się z tych moich myśli "(pseudo)samobójczych". Nie wiem, mam coś takiego, że właśnie taka beznadziejna na pozór sytuacja moboilizuje mnie do podjęcia radyklanych kroków. Działam wtedy pod wpływem niebezpiecznego impulsu. Tylko w takich sytuacjach nie ma się nic do stracenia. Jasne, że się ma....tylko człowiek okaleczony czyimiś słowami/czynami, posiekany swoimi myślami i miażdżony w imadle bezsilności nie potrafi prawidłowo ocenić jakiejkolwiek sytuacji. Wtedy właśnie jestem w stanie zorbić wiele by wyjść z tego tunelu, w którym nie ma światła. Nigdy nie próbuje zakwalifikowac tych działań do grupy złych, dobrych czy ryzykownych. O tym się w ogóle nie myśli. Nie lubię cierpieć, ale czy bez cierpienia umielibyśmy docenić szczęście? Zapewniam Was, że nie... Żeby powiedzieć, że słodki smak jest dobry, musimy najpierw spróbować gorzkiego. Tylko takim sposobem możemy definitywnie określić co jest przyjemne, a co nie. Identycznie jest z cierpieniem. Tylko - to ważne ! - istnieją dwa rodzaje cieprienia i najpierw powiem o takim, które uważam za bardzo negatywne, nieporządane i nie ma w nim krzty z piękna. Wręcz przeciwnie. To taki cierpienie, kiedy nam jest źle a dookoła nie ma nikogo kto mógłby nam pomóc, a my tej pomocy potrzebujemy. Wynika to z faktu, że nie ma takiej osoby w naszym otoczenia, lub jest, ale z jakichś tam powodów nie mozemy się do niej zwróciś (np: się wstydzimy) No i wtedy jest baaardzo ciężko, wiem to na własnym przykładzie... Wtedy nie można do nikogo zwrócić się z naszym problemem, i trzeba samemu - mimo, że samopoczucie jest ogólnie beznadziejne - znaleźc jakieś wyjście. Nie jest to łatwe, aczkolwiek nie niemożliwe. A teraz przejdę do takiego tragizmu, który ma w sobie coś wg mnie fascynującego i intrygującego. Mamy problem, mały, duży nieważne. Jest nam źle.....zapomina się właściwie o całym świecie, ale prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto podniesie nas na duchu, powie, że nie jest tak źle, pocieszy, pomoże. Wtedy jest to piękne, gdy ta pomoc spadnie na nas w najmniej oczekiwanym momencie. My wiemy, że koło nas zyją ludzie, którzy mogą pomóc, ale nie zwracamy się do nich licząc na to, że sami uporamy się z tym problemem ( chociaz tak naprawdę to nie wierzymy). W "Zbiorze wszystkich cytatów" (AM34) Slavika znalazłam takie oto zdanie: "Im bardziej ktoś broni się przed pomocą, tym bardziej jej potrzebuje". I ja się z tym w pełni zgadzam. Tylko idiota widząc w jakim stanie jest dana osoba zostawi ją "bo ona powiedziała "poradzę sobie sama"". Reasumując: tragizm piękny jest tylko i wyłącznie wtedy, gdy problem rozwiąże sie pomyślnie i smak szczęścia jest stokroć bardziej słodki, aniżeli wtedy gdy jesteśmy non-stop szczęśliwi, co nam po pewnym czasie spowszednieje i w efekcie jesteśmy ani nie szczęśliwi ani nie nieszczęśliwy. Dla mnie jest to poniekąd jak zawieszenie w próżni...

Villemo
supermag@poczta.fm
pisaniu towarzyszył mi mleancholjny głos Eddiego Vadera
(jakby ktoś nie wiedział - vokalista kapeli Pearl Jam)