Miłość w ujęciu socjo-filozoficznym
Twórcą tej teorii jest Erich Fromm. Została ona opisana w książce "Sztuka miłości"
Autor nie zastanawia się tam nad tym,czy miłość jest czy nie ma. Wychodzi z założenia, że jest, ale jego teoria jest niezwykle przekonywująca. Wszystkie zachodzące interakcje międzyludzkie zdają się mieć odbicie w rzeczywistości. Łączą się ze sobą w jedną logiczną całość. Dzięki temu można uznać, że jego teoria jest prawdziwa a co za tym idzie że miłość istnieje.
Jako że nie ma to być długi art., przedstawię tylko niewielką część jego teorii i tylko tą, która odnosi się do miłości, która jest przedmiotem dyskusji w action magu (dopiero po przeczytaniu tej książki na to wpadłem... przecież miłość nie musi być wyrażona tylko i wyłącznie między mężczyzną i kobietą... jest dużo więcej rodzajów miłości: miłość matczyna, ojcowska, braterska, miłość boga... czy one też nie istnieją?)
Według teorii Fromma każdy człowiek jest samotny. Odosobniony, wyobcowany przez społeczeństwo, które składa się z takich samych wyobcowanych jednostek. Każdy człowiek dąży do zjednoczenia, połączenia się z innymi, nieważne jak bardzo zaprzeczałby temu, wszystko, co robi ma na celu przybliżenie się do innych ludzi.
W takim świecie pełnym murów i barier międzyludzkich nie można być szczęśliwym. Wszelkie dążenie do jak najbliższego zespolenia z innym człowiekiem kończą się fiaskiem. Wszelkie grupy społeczne, mniejsze i większe mają to do siebie, że zachowują między jej członkami pewien dystans. I tutaj pojawia się problem miłości. Kiedy między dwiema osobami runęły wszystkie mury, bariery... nagłe poczucie zespolenia z drugim człowiekiem - czy można to nazwać miłością? Według Fromma - nie. Uważa, że to uczucie jest zbyt nietrwałe, ma nietrwałe podstawy. Można by to nazwać "zakochaniem". Wtedy właśnie pojawiają się te pary namiętnie obściskujące się na parkowych ławkach, które tak bulwersują pana Lewackiego. <a teraz to na co wszyscy czekają_-_> Miłość prawdziwa i dojrzała wg. Fromma jest nie uczuciem, ale możliwością, jest sztuką, którą należy w sobie ćwiczyć tak, jak każdą inną formę sztuki. Malarz musi uczyć się sztuki malowania, nie może wychodzić z założenia , że kiedy zobaczy coś, co chce namalować nagle będzie umiał to zrobić.
Miłość to wyjście z egoizmu i narcyzmu oraz umiejętność kochania dojrzałego. Zmiana dziecinnego "kocham bo jestem kochany" na dorosłe "jestem kochany, bo kocham".

Miłość w ujęciu psychoanalizy.
<może nie do końca, ponieważ nie przedstawię tu dokładnej teorii, raczej pewien sposób myślenia, który prowadzi do wniosku, że miłość istnieje.>
Według Freuda miłość jest zaspokojeniem swojego egoizmu, przedłużeniem siebie na dwie osoby. Egoizm nie jest tu używany w znaczeniu takim, jak codzienne. Egoizm oznacza tu chęć rozwoju. Bardziej egotyzm niż egoizm < ale muszę trzymać się nazewnictwa jakiego używa twórca teorii>. Błagam tylko o nie odbieranie miłości jako aktu egoizmu. Tu chodzi o coś zupełnie innego. Coś w rodzaju: twoja podświadomość jest egoistą, podczas gdy ty świadomie wcale nie musisz nim być, możesz być nawet altruistą.
To tak pokrótce o tej teorii, ale chodzi mi o coś zupełnie innego. Dawno, dawno temu żyli sobie pewni panowie, którzy nazywali się Mędrcami. Twierdzili oni, że nie ma sposobu, żeby za pomocą rozumu poznać prawdziwą istotę rzeczy. Jedynym niezawodnym sposobem poznania jest praktyka.
Teraz odnieśmy to do teorii Freuda. Zakłada on, że miłość jest. Co więcej, twierdzenie to leży u podstaw chyba najbardziej rozpowszechnionego sposobu leczenia psychoanalitycznego. Idąc dalej - ten sposób jest rozpowszechniony tak bardzo z powodu swojej skuteczności. I teraz sakramentalne pytanie. Czy jeżeli ta teoria sprawdza się w praktyce, czy nie świadczy to o jej prawdziwości? Czy nie świadczy to o trafności założeń? A ostatecznie czy nie świadczy to o tym, że miłość istnieje?

Miłość w ujęciu moim. <reeposta do Lewackiego>

Lew: Tzw. miłość to czysta chemia. Substancja zwana fenyloetyloaminą powoduje stan, który nazywają zakochaniem. Ona i kilka innych, w tym jedna będąca naturalną pochodną amfetaminy powoduje ogłupienie osoby nią skażonej. Nie zaprzeczam istnieniu innych uczuć, lecz miłość to chemia, nic nadzwyczajnego i niepojmowanego. Wszystko da się pojąć dziękim nauce. A samobójstwo z powodu braku miłośći- to dla mnie najbardziej tragiczna rzecz. Jak z braku takiej bzdury można odebrać sobie życie- najcenniejszy skarb. Mamy je tylko jedno, nie ma sensu niszczyć siebie z powodu bzdur- czyli braku tej jedynej lub tego jedynego. Śmiechu warte.... ;)

rED: Mogę się mylić, z chemii byłem słaby, ale żeby te substancje były produkowane musi zaistnieć jakiś bodziec, coś co skłoni twój organizm do produkcji fenyloetyloaminy <-a?> <nie wiem nawet jak to odmienić >< >. Ta substancja wywołuje pewien stan, który twoja świadomość, twoje prawdziwe "ja" odbiera jako zakochanie. W miłości nie chodzi o to czym jest ona wywołana.
Mówisz, że nie przeczysz istnieniu innych uczuć... to pewien paradoks. Coś takiego występuje u osób, które zostały skrzywdzone. Nie chce cię tutaj obrażać ani wnikać w twoje przeżycia, ale zastanów się - milion uczuć, a ty odbierasz prawo bytu tylko jednemu z nich, dlaczego? Ze względu na twoje własne widzimisie?
Jeżeli miłość jest wywoływana... nie, nie jest wywoływana, jeżeli miłość odczuwam poprzez wpływ tej substancji na nasz organizm, dlaczego ma tak nie być z innymi uczuciami?
Np. litość. Dlaczego żołnierz, który ma przed sobą leżącego człowieka, nie strzela do niego? Ponieważ dostarczony został mu bodziec, w jakiś sposób jego mózg odebrał informację o sytuacji, przesłał zapotrzebowanie na pewną substancje do gruczołów ją produkujących i żołnierz poczuł litość, nie zastrzelił człowieka. Czy to oznacza że litości nie ma?
Moim zdaniem ludzkie "ja" i ciało są w pewnym stopniu rozdzielone. Jednak mają na siebie pewien wpływ.
Wszystko sprawdza się w praktyce. Nieważne, w jaki sposób uczucie miłości zostało w tobie wzbudzone, ważne, że ty to czujesz.

Samobójstwo z miłości ma pewien głębszy sens. Człowiek, który nagle przełamuje wszelkie bariery dzielące go z innym człowiekiem odczuwa przypływ niesamowitego szczęścia. W jednym momencie osiągnął wszystko, do czego dążył. Uczucie braku miłości jest czymś przeciwnym, i tak jak miłość prowadzi do umiłowania życia, tak brak miłości prowadzi do wrażenia, że życie nie ma sensu, staje szare i ponure. Z czasem obydwa te uczucia tracą na sile, zakochanie przechodzi <zakochanie i miłość to dwie różne rzeczy!>, więc po pewnym czasie stan przeciwny też przeszedł by. Jednak staranna pielęgnacja w sobie uczucia zakochania powoduje utrwalenie go w dojrzałej miłości, a pielęgnacja w sobie tego drugiego stanu prowadzi do depresji, której efektem może być samobójstwo.

Nie widzę innych argumentów w arcie pana Lewackiego. Wszystkie inne wypowiedzi wynikają ze sprzeczności ideałów. Tutaj moim celem jest obrażenie go, choć pewnie nie wywoła to takiej reakcji. Lewacki po prostu poddał się zjawisku "wyścigu szczurów"; pogoni za dobrem materialnym i bagatelizacją życia uczuciowego. Oczywiście, w sferze materialnej on wyjdzie na tym lepiej, będzie miał samochód, dom, pieniądze, a ja będę miał: nic. Przynajmniej według niego.
No może nie wszystko. Nie będę musiał płacić za seks... pozdrowienia od Marksa

rED_like_dragon_fly

ps.1 punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ps.2 ani czas ani miejsce na to ale czy ktoś jest w stanie załatwić płyte/kasetę zespołu die happy "dirty flower?"
Orginalność nie gra roli, z tej prostej przyczyny że nakład już dawno został wyczerpany>< jestem w stanie zrobić za nią prawie wszystko.