W Action Magu znalazło się wiele tekstów sygnowanych słowem "feminizm", ale właściwie żaden nie dotyczył feminizmu (!!!). Tak, moi mili, dobrze przeczytaliście.
Większość tych tekstów albo krytykowała pomysł zlikwidowania ustawy antyaborcyjnej, albo opisywała feminizm w sposób stereotypowy. Ja w moim arcie chciałabym Wam pokazać feminizm
widziany moimi oczami - oczami feministki. Mam nadzieję, że uda mi choćby sprawić, że przemyślicie (a może nawet zmienicie) swój stosunek do tego ruchu.
Na początek może wyjaśnimy sobie co to jest ten feminizm. Utarło się mówić (i tak jest zapisane w słownikach), że feminizm jest ruchem dążącym do równouprawnienia kobiet. Definicja ta nie jest prawidłowa, gdyż sugeruje przebrzmiałość feminizmu. W końcu równouprawnienie zagwarantowano kobietom w konstytucji:
Art. 33
1. Kobiet i mężczyzna w RP mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym.
2. Kobieta i mężczyzna mają w szczególności równe prawo do kształcenia, zatrudnienia i awansów, do jednakowego wynagradzania za pracę jednakowej wartości, do zabezpieczenia społecznego oraz do zajmowania stanowisk, pełnienia funkcji oraz uzyskiwania godności publicznych i odznaczeń.
O co więc chodzi? Najlepiej posłużyć się teraz słowami Susan Faludi:
Feminizm domaga się od świata, aby wreszcie uznał, że kobiety nie są elementem dekoracyjnym, cennymi naczyniami ani też członkami jakiejś "grupy specjalnych interesów". Kobiety to połowa (...) ludzkości, i nie mniej niż drugiej połowie należą im się prawa i życiowe szanse. (...) Cele feminizmu są proste: żąda on, by kobiety nie musiały "wybierać" między sprawiedliwością w sferze publicznej a szczęściem osobistym. Żąda dla kobiety prawa do samookreślenia, by to kim mamy być nie było nam wciąż na nowo narzucane przez kulturę i przez mężczyzn. (1)
Niestety, kobiety ciągle muszą wybierać między tym, co publiczne a tym, co osobiste. Nie mogą tego po prostu połączyć tak, jak mężczyźni. Kobietę pracodawca zapyta o plany prokreacyjne, natomiast mężczyzny już nie. To przecież nie jest w jego przypadku istotne, prawda? To nie on pójdzie na macierzyński... (A co z tym tak zwanym urlopem tacierzyńskim?)
Pytanie o ciążę jest łamaniem praw kobiety. Fakt, że tylko kobieta może urodzić dziecko nie jest powodem do dyskwalifikowania jej jako pracownika.
"Przyjmiemy panią do pracy, ale niech pani podpisze zobowiązanie, że w ciążę nie zajdzie" - i bezsensowne tłumaczenie - "To nie przejaw dyskryminacji, a tylko troska o firmę... Miejsca na ignorowanie kobiety tu nie ma, bo przecież naturalną jej rolą jest rodzić dzieci, a nie pracować, więc skoro jakaś kobieta chce pracować musi zrezygnować z macierzyństwa."
Swoją drogą te kobiety, które nie mają potomków są traktowane jak trędowate. "Pewnie jest bezpłodna" - szepcze się z udawanym współczuciem za plecami bezdzietnej kobiety - "Albo nikt jej nie chciał...". Ludzie nie potrafią przyjąć do wiadomości, że kobieta mogła NIE CHCIEĆ urodzić dziecka. Stąd też takie potępienie kobiet porzucających swoje dzieci albo zrzekających się praw rodzicielskich. "To suka" - mówi się najczęściej - "Nawet zwierzęta mają większy instynkt macierzyński..." albo jeszcze: "Pani, przecież każda kobieta marzy o dziecku. Nawet jak go nie chce to wystarczy, że urodzi i zobaczy jakie jest słodkie a od razu pokocha. Pani, co to się z tymi ludźmi robi... Żeby matka się dziecka wyrzekła!"
Spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego kobiety porzucają swoje dzieci? Jedną z odpowiedzi już znamy: brak instynktu macierzyńskiego. Nie widzę powodu, dla którego miałabym się męczyć z dzieckiem, którego nie kocham, którego po prostu nie chcę. I nie mówcie mi, że tak musi być, że taka jest moja rola wyznaczona mi przez Boga albo naturę (wersja dla ateistów). Drugim, ważniejszym chyba nawet, są warunki społeczne. Jeśli nie stać mnie na utrzymanie tego dziecka, to choćbym nawet chciała zatrzymać je przy sobie nie podołam temu. Są zapomogi? Ha, ha, ha!!! - właśnie tyle są one warte. Zwłaszcza, jeśli kobieta ma już gromadkę dzieciaków.
Naprawdę wiele kobiet nie porzuciłoby dziecka, gdyby nie trudna sytuacja materialna. Bezrobotnej kobiecie nie jest potrzebna jałmużna a zapomoga. Między jednym a drugim jest pewna różnica, dla polskiego rządu widocznie zbyt subtelna, by ją zauważyć...
Skoro już mowa o dzieciach pokrótce będzie o aborcji. Tak, wiem, ten temat już Wam się znudził i macie go serdecznie dosyć, a moje rozważania nie wniosą nic nowego. Mimo to proszę o szansę... Może uda mi się Was nie zamęczyć...
Nie może być mowy ani o wolności, ani o równości, ani o pełnej ludzkiej godności tam, gdzie nie ma prawa do decydowania o własnym ciele. Kiedy pytamy, czy kobieta urodzi, czy też nie urodzi dziecka, powinniśmy słuchać tylko jednego głosu - głosu sumienia tej kobiety i jej świadomego wyboru (2).
To słowa Betty Friedan. W walce o aborcję chodzi jedynie o prawo wyboru: chcę mieć możliwość zdecydowania czy urodzę, czy nie. Możliwość decydowania o tym w świetle prawa, bo i tak wiadomo, że zrobię to, co uznam za słuszne... Wcale nie chcę pisać Wam o tym, że kobieta ma prawo do stanowienia o swoim ciele, że nie jest niczyją niewolnicą i może (ale nie musi) zrobić - wyrażając się brzydko - skrobankę. Chcę napisać o konsekwencjach istnienia ustawy antyaborcyjnej. Ale najpierw chciałabym przedstawić Wam przebieg zabiegu:
lekarz aplikuje znieczulenie (zazwyczaj miejscowe), rozszerza szyjkę macicy i umieszcza w niej rurkę podłączoną do pompki ssącej, która usuwa rozwijającą się komórkę jajową i tkankę łożyska. Wszystko trwa około 15 minut, po czym następuje kilka godzin odpoczynku (ale kobieta z gabinetu wyjść może już po półgodzinie - i tak na ogół jest).
I już po zabiegu. Było straszne? Wszystkie te filmy, gdzie przedstawia się aborcję jako rzeźnię dokonywaną przez kata za pomocą instrumentów zgniatających są po prostu:
p r z e s a d z o n e. (I nie ma w tym nic dziwnego, kręcone są w końcu w ramach propagandy...) W rzeczywistości wyżeczkowanie nie jest przerażające. A już w ogóle nie ma mowy o tym, aby płód uciekał przed narzędziem aborcji. Do tego potrzebne są odruchy świadome, a tych płód bardzo długo nie posiada.
Wyjaśnijmy sobie jeszcze jedną rzecz. "Syndrom postaborcyjny" jest bzdurą. Są zapewne jakieś kobiety, które moralnie cierpią po zabiegu (zwłaszcza te wierzące), ale większość odczuwa ulgę. Najtrudniejsze jest zdecydowanie się na aborcję: jest lęk przed tym, co będzie jeśli ktoś się dowie, czy znajdzie się ginekolog, który wykona zabieg, czy uda się zebrać odpowiednią sumę... Nie ma natomiast myśli: pozbywam się człowieka, bo zapłodnione jajo, zagnieżdżająca się grupa komórek jest tyleż człowiekiem, co żołądź dębem (3). To tyle o samym zabiegu.
Zajmijmy się konsekwencjami ustawy antyaborcyjnej. Po pierwsze: istnienie podziemia aborcyjnego. Zastanawiam się po co ludziom taka podwójna moralność? "U nas skrobanki nie będzie!", a istnienie podziemia pomija się milczeniem. Ustawa antyaborcyjna przynosi tylko taki skutek, że robi się "te rzeczy" w tajemnicy. Stąd biorą się różnice w warunkach i zależne od nich ceny zabiegu. Im gorsze warunki, tym niższa cena. Ale gorsze warunki oznaczają też duże ryzyko dla kobiety.
Radzę sobie jednak nie wyobrażać, że to odstrasza kobiety... Zdesperowane są gotowe nawet na podjęcie tego ryzyka. Ale rząd ma to gdzieś, w końcu "U nas skrobanki nie będzie!" i już.
Ignorowanie podziemia jest sposobem na zamazywanie faktu istnienia aborcji, a nie likwidowaniem jej. W podziemiu wykonuje się od 80 000 do 200 000 zabiegów rocznie (dane wg Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny), zaś legalnie ponad 100. I te legalne dane są powodem dumy dla kościoła, co sprawia, że ogarnia mnie pusty śmiech.
Po drugie: ustawa antyaborcyjna uderza w najbiedniejsze grupy społeczne. Zamożna kobieta ma wybór: stać ją i na skrobankę, i na utrzymanie dziecka. Ta biedna jest zmuszona urodzić, choć nie ma środków finansowych. ("Co by nie mówić o polskim rządzie - zapomogi są. To nie argument" - napisał kiedyś Qn'ik. Mylisz się, to jest argument. Weź tylko pod uwagę jak duże te zapomogi są.)
Agnieszka Graff trafnie to podsumowała:
Mówiąc brutalnie Polki w wieku rozrodczym nie dzielą się na "pro-life" i "pro-choice" - dzieli nas głównie grubość portfela. (4)
Po trzecie: postępujące znikanie kobiet. Jak zauważyła wspomniana wyżej Agnieszka Graff mówiąc o aborcji nie sposób mówić o prawach kobiet, bo słowo "kobieta" przestało właściwie funkcjonować w publicznej debacie o aborcji (5). Piszący o ciąży jakby sugerowali, że ciąża jest zjawiskiem samoistnym, niezależnym od kobiety. Oto spostrzeżenia A. Graff:
W tytułach prasowych pojawia się "aborcja" i jej "zakaz", "zabieganie o zabieg", "liberalizacja", "ginekologiczny galimatias", "spór o brzuch", "prawo naturalne", "Pan Bóg", "zdrowie", "życie", (coraz rzadziej) "płód". Ale nie ma słowa "kobieta". Nie ma go też w tekstach tych artykułów. Tak oto mediom udaje się zignorować oczywisty fakt, że ustawa antyaborcyjna uderza właśnie w kobiety, bo to one zachodzą w ciążę, rodzą (lub nie rodzą) i wychowują dzieci (6).
Ustawa antyaborcyjna w swojej postaci nie spełnia zresztą swojej roli. Kobiety, którym ustawa pozwala na zabieg, a przypominam, że jest taka możliwość, gdy:
1. ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety,
2. prawdopodobne jest ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie płodu lub nieuleczalna choroba zagrażająca jego życiu,
3. zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża jest wynikiem gwałtu lub stosunku kazirodczego,
trafiają na opór lekarzy i systemu sprawiedliwości. Tym, których dotyczy pierwszy wyjątek odmawia się (tak po prostu) skierowania na aborcję, nawet gdy ich życie ulega poważnemu zagrożeniu. Żąda się od tych kobiet coraz to nowszych, "ważniejszych" dokumentów, tym samym grając na zwłokę i odczekując minięcia 12 tygodni (czas legalnej aborcji). Drugi wyjątek także podlega dyskusji: lekarze kłócą się o to jakie uszkodzenie płodu są podstawą do aborcji. I w tym wypadku lekarze odczekują 12 tygodni, mamiąc kobietę obiecankami, że już, już niedługo przeprowadzą zabieg, a gdy jest na legalny zabieg za późno... odsyłają kobietę do domu. W przypadku trzeciego wyjątku barierą jest... złożenie zawiadomienia o przestępstwie w prokuraturze. Zgwałcone kobiety traktuje się z pogardą, wręcz mówi się im: "Sama tego, dziwko, chciałaś" (co jest nie tyle absurdalne, ile po prostu głupie i niesprawiedliwe. Żaden mężczyzna nie jest zwierzęciem, które nie potrafi opanować swojej seksualności. Gwałt jest przejawem agresji, a nie skutkiem prowokacji ze strony kobiety). Ironiczne uśmiechy, lekceważenie - to wszystko sprawia, że kobiety wolą zrobić zabieg nielegalnie. Bez tłumaczenia się i patrzenia na cudzą, skrzywioną w sarkastycznym grymasie, twarz.
Na zakończenie tego tematu przytoczę słowa Wiesława Langa:
Prawo do życia nie jest prawem do dysponowania cudzym ciałem. Nikt nie może czegoś takiego żądać. Jeśli byłbym chory i potrzebowałbym nerki, aby żyć, nie mógłbym żądać by ktoś dał mi swoją nerkę (...) Płód potrzebuje ciała kobiety, ale nie znaczy to, że ma do niego prawo (...) Kobieta, mając prawo - tak jak każda istota ludzka - do dysponowania własnym ciałem, z chwilą, kiedy w jej ciele znajduje się inna osoba, z pełnym prawem do życia, ma nadal prawo do dysponowania własnym ciałem, i ta druga osoba nie nabywa przez to, że się tam zagnieździła, prawa do jej ciała.
Tyle o aborcji, którą Manuela Gretkowska porównała kiedyś do zakazanej pieszczoty erotycznej. (A propos M.G. - opisała ona też pewną naturalną, aczkolwiek skuteczną metodę antykoncepcyjną i choć to nie pora ani miejsce przedstawię ją Wam:
Aborygeńscy młodziankowie, wyznający tradycyjne wartości (...) poddają się zabiegowi inicjacji. Polega on na rozpołowieniu członka kamieniem. Z rozdwojonego penisa mocz wydobywa się normalnie cewką moczową, a nasienie wytryskuje tuż u nasady, przy mosznie. Tym sposobem aborygeńska para głęgokością stosunku decyduje, czy pocznie dziecko. (7) Pomysłowe, prawda?)
Wróćmy teraz do naszej konstytucji i łamania praw kobiety. Jednym z przejawów ignorowania tego zapisu (bądź co bądź mało zadawalającego) jest, jak już pisałam, wymaganie od kobiety deklaracji, że w ciążę nie zajdzie. Do innych należą: niższa płaca za wykonanie tej samej pracy (a spójrzcie łaskawie do drugiego paragrafu art. 33), awansowanie wyłącznie mężczyzn, nierzadko dużo gorszych od kobiet, no i brak parytetu. Kobiety spycha się na ostatnie miejsca na listach wyborczych lub blokuje się ich dostęp do nich. W szwedzkim parlamencie zasiada 43% kobiet, dlaczego u nas miałoby tak nie być? Dlaczego o mnie ma decydować grupa mężczyzn? Chcę mieć w rządzie osoby, które dbałyby o moje prawa i potrzeby mając pełną świadomość tego jakie one są. Ustawa antyaborcyjna kobiety zwyczajnie krzywdzi, ale panowie na uwadze mieli tylko to, żeby nie zmarnowało się ich nasienie...
Omówiłam sytuację prawną kobiet, teraz troszkę o tej społecznej. O ile sytuacja prawna może ulec zmianie, o tyle przeprowadzanie reformacji w społecznej świadomości jest zadaniem trudnym.
Zawsze myślałam, że o "byciu" dziewczynką decyduje posiadanie waginy, a w późniejszym wieku (po dojrzewaniu) także biustu. Okazało się jednak, że to nie jest prawdą. Dziewczynką jest się poprzez uosabianie cech "przynależnych" dziewczynce. I płeć biologiczna (sex) przy określaniu "bycia" ma niewielkie znaczenie, chodzi o odzwierciedlanie gender (płci kulturowej). Stąd też w przyrodzie występuje coś takiego jak zniewieściały mężczyzna albo babochłop.
Gender ujmuje szereg schematów, które określają charakter jednostki i jej miejsce w grupie. Kobiecie przyporządkowano "mityczną kobiecość" - zespół cech, które zakorzeniły się głęboko w ludzkiej świadomości. Do cech tych należą: dominacja uczuć nad rozumem, niskie poczucie sprawiedliwości, słabość, bezbronność, naiwność, płytkość, idealizm, sentymentalizm. Według tego wzorca wychowuje się dziewczynki, wpaja się im, że mają być bierne, bojaźliwe, że oparcia mają szukać u mężczyzn i w rodzinie. To zwyczajna indoktrynacja powtarzana przez pokolenia. To psychiczne kastrowanie. I nie jest dziwne, że Germaine Greer o tak wychowywanych kobietach napisała: eunuchy, które zatraciły wewnętrzną samodzielność.
Świat podzielony w ten sposób, na czarne i białe, jest nierzeczywisty. Zresztą ten stereotypowy podział krzywdzi też mężczyzn. UnionJack* napisał arta "Chłopaki nie płaczą?", w którym sprzeciwia się odbieraniu mężczyznom prawa do łez. To prawo odebrali sobie sami mężczyźni wprowadzając patriarchalne wartości, stereotypy, którym teraz sami nie mogą podołać. Patriarchat uderza przede wszystkim w kobiety, ale i mężczyznom się dostało (z głupoty? A może to kara za takie uogólnianie?).
Kobiety nie są z Wenus, a mężczyźni nie są z Marsa. Istnieją pewne różnice (o tym w innym arcie) w odbiorze świata, ale są one głównie skutkiem wychowania i ewolucji. Jesteśmy z Ziemi. Wszyscy.
Brak fallusa nie czyni kobiety "niepełnym człowiekiem" jak pisał Arystoteles czy w ogóle jakimś stworem, który ma płeć, a mimo to człowiekiem nie jest. Kobieta jest takim samym stworzeniem jak mężczyzna i nie ma powodu by odbierać jej prawa, które jej się należą. Nie istnieje coś takiego jak naturalna (tj. wynikająca z biologii) rola kobiety i mężczyzny w społeczeństwie, bo role, które odgrywają obie płcie nadali mężczyźni.
Przypisy:
1 "Backlash"
2 "It changed my life. Writings on the Women's Movement"
3 J.Jarvis Thompson "Nikt nie rodzi się kobietą"
4 "Świat bez kobiet"
5 ibid.
6 ibid.
7 felieton "Zakazane pieszczoty" - "Wprost" nr 29, 1997 r