"Life is deceiving me..."
Limbonic Art "Deathtrip to mirage asylum"
Na początku było słowo... Nie, nie tak. Na początku muszę zaznaczyć, że NIE
jestem katolikiem, ateistą, świadkiem Jehowy, satanistą, poganinem i niczym
innym, co można byłoby gdzieś zaszufladkować (chyba, że w mojej komodzie). Sam
tworzę swoją religię. Na czym polega? Wierzę w Boga, lecz nie stosuję sie do
tych wszystkich "inteligentnych" zakazów, nakazów i tym podobnych bzdur. Do
kościoła nie chodzę, słucham mrocznej muzyki i w ogóle wyłamuję się ze znanego
mi otoczenia.
Ale dość już o mnie, przejdźmy do spraw końkretnych. W dzisiejszych czasach mało
kto ośmiela się wątpić w to, że jakieś 2006, czy coś koło tego, narodził się
Jezus. Wiele faktów i źródeł historycznych to potwierdza (nie wymienię ich, bo
niestety juz nie pamiętam. Wiem tylko, że chodziło o jakieś listy do cesarza
rzymskiego). Skoro tą sprawę mamy już za nami, czas zastanowić się nad czymś
ważniejszym: Czy Jezus faktycznie był JEDYNYM PRAWDZIWYM synem Boga? Oto kilka
pytań pomocniczych:
- Czy sam Jezus sam siebie nazywał w ten sposób?
- Czy wszyscy katolicy nie nazywają siebie dziećmi bożymi?
- Czy Jezus całkowicie pozbawiony był grzechu (tak właściwego człowiekowi)?
- Czy podczas modlitwy w ogrójcu modlił się sam do siebie (zakładając, że on i
Bóg to jedność)?
Gdy już na nie odpowiedzieliście, z pewnością ukształtowało sie już wasze zdanie
na ten temat. Teraz końkrety 2. Pytacie więc, w jaki sposób mógł On czynić tak
potężne cuda, a w ostateczności powrócić ze świata zmarłych do życia? A gdyby
przyjąć taką (anty)koncepcję: Jezus nie różnił się niczym od nas,
przeciętniaków, lecz został wybrany przez Wszechmogącego do przekazania nam
wszystkim czegoś niezwykle istotnego. Czego? Przecież to oczywiste, a odpowiedź
można znaleźć nawet po części w nauce Kościoła Katolickiego. Otwożył nam bramę
do utraconego szczęścia. Lecz być może to szczęście wcale nie polega na wiecznym
szczęściu, które można uzyskać dopiero po śmierci (i to tylko wtedy, gdy za
życia było się chodzącą doskonałością). Być może szczęście można osiągnąć już za
życia. Według Biblii zostaliśmy przecież stworzeni na podobieństwo Stworzyciela,
więc w każdym z nas musi tkwić chodziaż minimalna jego część. Być może misja
Jezusa miała na celu pomóc nam w odnalezieniu tego mikroskopijnego pierwiastka.
Przecież już dużo wcześniej, ludzie, którzy byli blisko Boga posiadali
niewyobrażalne dzisiaj możliwości. Jako przykład podam tutaj Mojżesza, który jak
gdyby nigdy nic, rozstąpił całe morze (wiem, że autentyczność tej postaci trudno
jest stwierdzić, ale załóżmy, że wszystko, co Podaje Biblia, jest prawdą. No
może poza Księgą Rodzaju, którą można traktować jako wielką przenośnię, jak
zresztą większą część Pisma Świętego). Jak jednak można zauważyć bezpośrednio
przed narodzeniem Chrystusa, ludzie oddalili sie nieco od Boga, przez co
utracili możliwości, jakie posiadali ich przodkowie. Być może też u pierwszych
ludzi (w pełnym tego słowa znaczeniu, nie żadnym australopitekom) boski
pierwiastek był tak wyraźny, że dorownywali oni mocą nawet samemu Stwórcy, przez
co mógł On oddać w ich ręce władanie tym światem, samemu poświęcając się czemuś
innemu. Być może ludzie zaczęli nadużywać swej władzy, przez co została im
zabrana (nie do końca, ale o tym za chwilę...). I tylko ktoś wyjątkowy mógł ją
posiąść. Ktoś, którego życie pozbawione jest grzechu. I po to właśnie narodził
się Jezus, by wskazać drogę, wiodącą do szczęścia bycia kimś mającym wpływ na
świat, kimś mającym władzę nawet nad śmiercią. Pomimo utracenia szczęścia, ono
nadal tam tkwi, w środku każdego z nas. Co zrobić by je odnaleźć? Należy żyć tak
jak nakazuje nam Testament. Pewnie pomyślicie, że jestem idiotą, świętym, nie
palę, nie piję i nie wiem co jeszcze. Niestety tak nie jest... Szczęście wymaga
ogromnych poświęceń, na które nie jestem jeszcze gotowy i nie wiem, czy
kiedykolwiek będę. Zerwanie z codziennym życiem, z nałogami, ze społeczeństwem
nie jest czymś, na co stać każdego obywatela.
Czemu tytuł jest taki dziwny? Popatrzmy tylko wokół siebie. Czy Jezus wskórał
coś przez swoje poświęcenie. Codziennie tysiące nuci do Niego piosenki, których
nie rozumieją, wznosi modły, kórych nie pojmują, biorą udział w ceremoniach,
których znaczenia nie kumają, a następnie zanurzają się w szarym tłumie
codzienności i pozostawiają swoje życie takie, jakim jest.
Podam dwa przykłady, potwierdzające moją tezę. Słowo wyjaśnienia: głównym
składnikiem potrzebnym do osiągnięcia szczęścia jest WIARA (i nie chodzi tu o
religie, lecz o czystą wiarę w spełnienie), lecz o tym będzie już inny art.
"Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli"
"Zaprawdę powiadam wam, jeśli rozkażecie górze wstać i rzucić się w morze, a
wierzyc w to będziecie, góra wstanie i w morze się rzuci" (pisane z głowy, więc
na pewno zdrowo poprzekręcane)
Dumny Burger
PS. Sorki za błędy, ale jestem uszkodzony na skutek niepoprawnym posługiwaniem
się krajalnicą, poza tym mój komputer ma dziwny zwyczaj "wchłaniania" znaków,
gdy próbuję coś wstawić w środek zdania.
PS2. Jak nikt nie zareaguję na tego arta, to się obrażę :-)