THE END
Chłód, ściany
kościoła. Od ścian odbija się dźwięk stukania o twardą
posadzkę. To ludzie- wchodzą głównym wejściem. Niektórzy z
nich niosą kwiaty, niektórzy nie. Przy ołtarzu leży trumna,
przy wejściu dwie następne- hurtowo.
Tylko niektórzy z
obecnych płaczą. Większość wygląda tylko na przygnębioną.
Część z nich, duża lub mała, chyba tylko udaje smutek-
poprzedniego dnia żyli jak normalnie. Pamięć o zmarłym zniknęła
by z ich umysłu, gdyby nie mroczna ceremonia.
A ja stoję i myślę - czy tego chciał zmarły? Czy chciał być jednym z tysiąca następnych? Bezimiennym? O którym pamięć zaginie następnego dnia?
Rozlegają się
pierwsze dźwięki melodii. Organista gra to samo dziesięc razy
dziennie. Nie gra od serca, chyba raczej od portfela. Trudno mu
się dziwić. O dziwo, niektórzy z obecnych w duchu śmieją się
szyderczo. Przyszli z ciekawości.
Ksiądz zaczyna gadać. Bełkotliwe kazanie, którego nikt tak
naprawdę nie słucha...czekają aż skończy...na amen...
Organista, który popadł w rutynę, jęczy jak pies sam w domu.
Ludzie wstają i siadają. Na przemian.
A ja siedzę i myślę - czy tego chciał zmarły? Takiej komedii? Czy chciał, aby przed jego trumną stał i gadał do mikrofonu jąkający się ksiądz?
Niektórzy ludzie
naprawdę płaczą. Albo cierpią wewnętrznie. Są oszołomieni.
Co teraz zrobią? Przecież... przecież to niemożliwe. Niektórzy
z nich są bliscy załamania... Już nigdy nie zamienią
ani jednego słowa z...
Inni życzą śmierci, przeklinają w duchu tego, kto zamordował...
nie liczy się dla nich litość... przecież sami jej nie
zaznali. Jak w Mechanicznej Pomarańczy, nakręcanym człowieku...
ale to już inna bajka...
A ja stoję i myślę - czy tego chciał zmarły? Czy chciał swym życiem pod koniec wywołać tyle bólu? Czy nie powinno się to skończyć inaczej?
Msza dobiegła końca.
Jakiś dzieciak biega z tacą i zbiera... jak hiena. Jak pismaki
po czyjejś śmierci. Jak media. Patrzę na to z oburzeniem. Nie
mogę wyjść z podziwu.
Ludzie wychodzą z kościoła. Teraz go zakopią - jedni mówią
ze smutkiem, inni beznamiętnie. Kilku mężczyzn zabiera trumnę
i wszystkie te kwiaty... na których ktoś hurtowo zarabia...
Jakby zmarły o nie prosił...
A ja... tak. Idę i zastanawiam się. Czy tego właśnie chciał... ten bezimienny? A może patrzy i załamuje ręce? Dla niego jest przecież ważniejsza pamięć, niż kwiaty. Przez całe jego życie każdy pamiętał, by kupić mu kwiaty. Rutynowo. Na imieniny... tyle że z obowiązku. Nakręcany człowiek...
Wszyscy dotarli
już do miejsca pochówku. Teraz wrzucą te gnijące zwłoki.
Zakopią. I jedyne co zostanie to marmur i zakopcona i wypalona
lampka. Niby ktoś oddaje mu... zmarłemu... cześć. Ale zapomną
o nim. Tak czy inaczej. Prędzej czy później.
A potem pójdą na przyjęcie... Postypować sobie. Tak jak mówiłem.
Zapomną o przeszłości i będą cieszyć gęby przy rosołku.
Przyjęcie... z okazji śmierci. Jedyne co mu zostało, to lampka
od dzieci. Raz na rok. A potem... wiele lat później... zbudują
na starym grobie nowy. Dla pięniędzy. Trudno im się dziwić...
A... zmarły chciał tylko coś po sobie zostawić. Lecz to co zostawił, przerosło jego oczekiwania. Z jednej strony, ból i cierpienie - tego nie chciał. Z drugiej strony, ignorancję i zapomnienie - tego również. Ale... marzenia rzadko się spełniają.