Nie wiem jak Wy, ale ja nie raz spotkałem się ze stwierdzeniem, że wojna przyspiesza postęp. Niby jest to łatwe do uzasadnienia, bowiem wiele wynalazków, które powstały z jako wojskowe zostały z czasem zaadaptowane do celów cywilnych. To jest logiczne, bo wygrywał i wygrywa silniejszy, bardziej sprytny i przygotowany na różne okoliczności. Dlatego państwa inwestowały i inwestują ogromne fundusze w zbrojenia, rozwój nowych technologii wojskowych, które to z czasem, w mniejszym lub większym stopniu, trafiają poddane pewnym modyfikacją pod nasze strzechy. Fakt. Ale z drugiej strony spójrzmy, co złego stało się w wyniku działań wojennych. Z celem mijałoby się wymienianie wszystkich zniszczonych miast, obiektów, zabitych ludzi itp. Chyba każdy bez namysłu stwierdzi, że było tego baardzo dużo. A gdyby tak spróbować wyobrazić sobie, jak wyglądałby świat, gdyby nie wojny? I nie chodzi mi tu o Izraelczyków grających z Palestyńczykami w tenisa czy Afgańczyków popijających herbatkę i plotkujących z Amerykanami. Chodzi mi o to, na jakim poziomie technicznym, gospodarczym byłby świat, gdyby cały potencjał zmarnowany na wojny wykorzystać do rozwoju gospodarki, kultury i innych cywilnych rzeczy. Gdyby tysiące (miliony? miliardy?) ton złota zamiast marnować na utrzymanie milionów żołnierzy na całym świecie wykorzystać do np. opłacenia naukowców, którzy opracują nowe leki czy zbudowania nowych szkół, szpitali, uniwersytetów, laboratoriów... Gdyby od początku swojego istnienia ludzie nie zachowywaliby się jak zwierzęta początkowo tłukąc się na wzajem kijami, potem mieczami, a następnie strzelając do siebie z broni palnej, tylko zebraliby się razem i np. wspólnymi siłami zbudowali swoje domy, potem szkoły itp. Pomijając fakt, że uniknęłoby się w ten sposób ogromnej ilości bólu, cierpienia i rozlanej krwi, to, co można by w ten sposób osiągnąć? Na jakim poziomie technologicznym bylibyśmy teraz? Czy na wyższym...? Właśnie, czy na wyższym? Czy, gdyby nie wojny ludzie zmobilizowaliby się do działania? Patrząc obecnie na to, co się dzieje, to szczerze mówiąc wątpię... Ludziom nie chce się podjąć pracy, bo wolą dostać zasiłek (ot, choćby w Ustce, nad morzem, koło Słupska, od dobrych kilku miesięcy firma przetwarzająca ryby nie może osiągnąć swojej pełnej mocy produkcyjnej, bo... nie ma chętnych do pracy! A zaznaczę, że byłe woj. Słupskie to region o najwyższym bezrobociu w kraju, a firma ta oferowała darmowe szkolenia i bezpłatny dowóz do pracy!). Czy naprawdę bylibyśmy na wyższym szczeblu drabiny rozwoju? Czy byłoby nam lepiej? Czy może ludzie muszą cierpieć, muszą czuć strach, ból, bo inaczej nie zmotywują się do działania? Czy byłoby nam lepiej, czy może nadal siedzielibyśmy w koło ogniska przy naszych jaskiniach? Wiem, że odpowiedzi na te pytania raczej nie znajdę, ale chciałem się z Wami podzielić swoimi refleksjami na ten temat. Co o tym sądzicie?