Wszystko zmienia się...


...Idę na spacer. Szare, jesienne popołudnie. Jest chłodno, ale nie ma wiatru, więc nie marznę. Robi się coraz ciemniej. Tym razem poniosło mnie w strony, w których się wychowałam, w których mieszkałam jako dziecko. Idę ulicą, dokoła stoi szereg niczym nie wyróżniających się bloków osiedla. Od czasu do czasu, z piskiem opon mija mnie jakiś samochód, jadący pewnie do pobliskiego supermarketu. Skręcam w boczną alejkę, przemierzam stary plac zabaw, na którym niegdyś spędzałam wszystkie popołudnia. Był pusty; na huśtawkach brakowało siedzeń, drabinki były powyginane, karuzela się nie kręciła. A kiedyś było tu tak wesoło... Teraz rzadko widuję tu dzieci, a jeszcze niedawno ten niepozorny placyk był miejscem, na którym wszyscy się spotykali... A może tylko mi się tak wydaje... że to było tak niedawno.
Idę dalej przed siebie, bez jakiegoś wyraźnego celu; po prostu miałam ochotę się przejść. Na chwilę zatrzymuję się przed budynkiem, w którym kiedyś mieszkała moja przyjaciółka. Patrzę w okna na drugim piętrze bloku, przypominam sobie wspólnie spędzony czas. Ciekawe, co u niej słychać? Szkoda, że się wyprowadziła, szkoda, że ten kontakt się urwał, szkoda, że tak się zmieniła... Z rozmyślań wyrywają mnie jakieś krzyki, dochodzące z drugiego końca podwórza. Widzę gromadkę młodzieńców, popalających jakieś świństwo i dyskutujących zawzięcie na bliżej nieokreślony temat (z natłoku słów na "k", trudno było zrozumieć, o co im chodzi). Wszyscy ubrani na czarno, jeden z nich trzymał pod pachą kij bejsbolowy. Odchodzę stamtąd pospiesznie, jeszcze tylko raz obejrzałam się za siebie... ten głos... jakiś taki znajomy... Przeszłam jeszcze kilka kroków... to niemożliwe... przecież to był taki porządny chłopak.... chodził ze mną do podstawówki... taki wesoły... można było z nim o wszystkim pogadać... wieczny optymista... zdolny... pełen perspektyw na przyszłość... z niezliczoną ilością pomysłów każdego dnia... zawsze można było na niego liczyć... to niemożliwe... od końca podstawówki widywałam go kilkakrotnie... trafił do niezłej szkoły... i co? ...to zaledwie kilka lat... tak niedawno... to niemożliwe... żeby aż tak... taka hołota... i on...
Wracałam okrężną drogą. Szłam uliczką, po której jako mała dziewczynka spacerowałam codziennie z babcią. Minęłam małą księgarnię, która świeciła pustkami, warzywniak, w którym zaopatrywali się mieszkańcy osiedla dopóki nie wybudowano supermarketu, niedawno powstałą kawiarenkę internetową. Tylko tam był jakiś ruch; wielu ludzi siedziało przed monitorami. Kawałek dalej znajdowała się niedawno otwarta, nowoczesna dyskoteka - nowe centrum rozrywkowe osiedla. Ale nawet tam, narazie było cicho; jeszcze za wcześnie na imprezkę. 
Skierowałam się w stronę niewielkiego parku. Minęłam monopolowy i grupkę miejscowych pijaków leżących przed sklepem w gąszczu pustych puszek i rozbitych butelek najtańszego piwa. Weszłam do parku. Zawsze lubiłam tu przesiadywać, ale teraz było już dość ciemno i nie miałam na to ochoty. Przeszłam przez park najkrótszą drogą. Zmienił się, jak wszystko dookoła. Zbrzydł. Na trawnikach walały się różne śmieci, niektóre latarnie nie świeciły, mały strumyczek całkowicie zarósł.
Do przystanku mam jeszcze spory kawałek drogi. Ale ten spacer już mi się sprzykrzył. Wszystko jest takie inne, niż zapamiętałam. Wyjęłam komórkę z plecaka i zadzwoniłam do koleżanki z klasy. Najpierw chciałam zadzwonić do kogoś ze starych znajomych, ale z większością kontakty się urwały. Niektórzy bardzo się zmienili, inni wyjechali. Nie chciałam dalej iść sama; nie było to już przyjemne, jak na początku. Spacer przestał mi się podobać, nawet zaczęłam żałować, że się na niego wybrałam. Przyjechała koleżanka. Pojechałyśmy do kina; zdążyłam zapomnieć o wcześniejszych rozmyślaniach...

Wróciłam do domu, włączyłam telewizor. "Panorama". Same pozytywne wiadomości jak zwykle... Tam jakiś pożar, tu wojna, a jeszcze gdzie indziej kolejne brutalne morderstwo, popełnione przez jakiegoś niewyżytego nastolatka... a kilka sekund później mama tegoż nastolatka, mówiąca, że to niemożliwe, że to był taki grzeczny chłopczyk... to niemożliwe, żeby tak się zmienił... Wyłączyłam; wystarczy tego wszystkiego...

                                            *    *    *

Wszystko się zmienia. Świat, otoczenie, ludzie. Przede wszystkim ludzie. Bo to głównie oni wpływają na inne zmiany. Sam fakt, że każdy z nas się zmienia jest najzupełniej normalny i prawidłowy. Zawsze tak było, jest i będzie. Musimy się zmieniać i przystosowywać do zmian. Problem w tym, że wielu ludzi się zmienia na niekorzyść. Z porządnych i ambitnych na ludzkie wraki, cienie tych, którymi kiedyś byli.

Ludzie, niestety, są bardzo podatni na wpływy innych. Często zmiana otoczenia powoduje zmianę charakteru człowieka. Bez różnicy czy jest to zmiana szkoły, pracy czy miejsca zamieszkania. Zawsze w takiej sytuacji poznajemy nowych ludzi, próbujemy się jakoś przystosować do nowych warunków. A to, w jaki sposób zmiany wpłyną na nasze życie i charakter, zależy przede wszystkim od od osób, z którymi będziemy przebywać. Możemy wpaść w "złe towarzystwo" i stoczyć się nisko, coraz niżej, w końcu na dno. Jeśli mamy szczęście i trafimy na sympatycznych ludzi, najczęściej zmieniamy się "na korzyść". 
Niestety, chuliganów jest coraz więcej, problem narkotyków i alkoholu istnieje w każdej szkole, ogólnie nasza sytuacja nie przedstawia się zbyt różowo. Często, aby zostać zaakceptowanym w nowym środowisku, trzeba dołączyć do jakiejś paczki. A chciałoby się do takiej, którą inni podziwiają. Dlatego jest coraz więcej przypadków osób, które, jeśli nie stoczyły się zupełnie nisko, stoją na krawędzi i nie wiedzą czy zrobić ten krok do przodu... A muszą się szybko zdecydować, bo zostaną sami. Jeszcze się wahają, jeszcze zachowały odrobinę zdrowego rozsądku, ale... obok właśnie idzie ten super przystojny macho, albo tamta długonoga laska...  a Oni patrzą się na nich, na niezdecydowanych... mówią coś... nieważne co... ważne, że mówią... wyciągają jakieś prochy, albo zwykłą flaszkę, najpierw jedną potem drugą... podają do spróbowania... mówią, że fajni z nich ludzie, z tych niezdecydowanych... Oni tak mówią, Oni, ci najwspanialsi, najpiękniejsi, których wszyscy podziwiają... Oni ich chwalą... I jak tu nie wziąć??? 
Po prostu!!! Ludzie, po prostu nie brać. Nie brać, i już. Spróbujcie znaleźć innych znajomych. To może być trudne, ale w końcu się uda. Zbyt wielu ludzi "dziwaczeje", nie musicie należeć do tej grupy. Każdy powinien kierować własnym życiem, a nie pozwalać, żeby inni nim kierowali. Nie zmieniajcie się za bardzo (chyba, że pozytywnie). Obejrzyjcie film "Cześć, Tereska", i zobaczcie, do czego może prowadzić zmiana otoczenia... Opanujcie się! Nie każdy musi kończyć jak ten mój stary kolega z podstawówki, albo, co gorsza jak ten nastolatek z telewizji...

Prawda jest taka, że prędzej czy później każdy znajdzie się w sytuacji, kiedy będzie musiał stanowczo wybrać którą drogą pójdzie. Nawet jeśli sam nie szukał kłopotów, kłopoty znajdą jego (czytaj: nawet jeśli uciekasz od np. alkoholu, narkotyków, dresów i innych tego typu "zjawisk" jak od ognia, prędzej czy później i tak się z nimi zetkniesz). I wtedy nie powinien popełnić błędu, bo będzie żałował. On, jego znajomi, rodzina... Powinien wybrać rozsądnie, wiedzieć na ile może sobie pozwolić, nie dopuścić, żeby stracił to wszystko, co miał do tej pory. Żeby nie przekroczyć pewnej granicy, nie zmarnować szansy, nie ulec pokusie.
I może przede wszystkim umieć się ograniczyć, bo przecież wypicie kilku kieliszków alkoholu nie jest żadnym przestępstwem. Można się czasem napić i nie być alkoholikiem. Ale nie można się regularnie upijać i mówić, że wszystko jest w porządku. A z reguły niestety jest tak, że wszystko zaczyna się od tych kilku niewinnych kieliszków...
Więc... zmieniajcie się tak, abyście dalej pozostali sobą... 
     

                                                                                   Vianne