Remedium czyli linią M12
Zastanawiałeś się kiedyś ile w tobie twojej
czystej osobowości, ile głębi, a ile ciebie
stanowią przedmioty, ubrania, miejsca, ludzie z
którymi żyjesz, piosenki których słuchasz.
Jak wielu kolegów, przyjaciół i nieznajomych
myśląc o tobie widzi od razu kawę w
plastikowym kubeczku, porysowanego walkmana, od
razu kojarzy cię z kasztanowcem, pod którym
czasem można cię spotkać, albo z tym wielkim
czarnym psem. Częściej z grupką kolegów,
nieodłącznych. Czy i ty sam tak nie patrzysz na
innych. A gdybyś miał spojrzeć na siebie z ich
perspektywy, to czy i ty byś tak nie zrobił.
Ale przecież to nie ty, to kawa, pies, pożółkły
kasztanowiec, ale nie ty. Ile samego ciebie jest
w tobie?
Gdybyś tak nagle został wyrwany z całej tej
rzeczywistości, wrzucony w nową. Dwa dni nudy,
zimnej szyby i nagle jest, żyje, biega, chaos,
kotłuje się, przytłacza cię, szybko.
Odważ się, zostaw to wszystko za sobą. Na krótko.
Teraz masz szansę, przekonaj się. Gdy palcem na
mapie szukasz, jest - twój "nowy dom", na
cztery dni, ciemnozielona linia M12.
* * *
Zamienić swoje wygodne łóżko na dwie długie
noce w pozycji embrionalnej, wciśnięty między
siedzenia. I świt, który wstaje o 8:30. By
zdegradować swoje marzenia do jednego - ciepłego
prysznicu...
Zamienić co dzień te same twarze na wylewający
się znikąd wielojęzyczny, entuzjastyczny,
wielonastrojowy i jednokierunkowy tłum.
Karimaty, polska flaga, pękająca w szwach
torba, idziemy, kto zgubił parasolkę? Boże,
jak tu ciepło, humor dopisuje, ale w krok za nim
zmęczenie, to tu, ulga, co mnie podkusiło by
tyle nakłaść w ten plecak?....
Zamienić kilkudziesięciu indywidualistów w słuch.
Bo właśnie dostają do ręki skarb,
najcenniejszą pamiątkę - mapę paryskiego
metra. Teraz jeszcze nieczytelna, a za parę dni
prawie zbędna, ale już za chwilę.... Za
trzecim filarem w prawo i prosto do wyjścia.
Tysiące twarzy, setki rozmów, aż się nie chce
wierzyć, że da się to zorganizować, rozmieścić,
wykarmić, ucieszyć, wzbogacić i uduchowić. Właścicieli
tych setek tysięcy śladów odciśniętych na
podłodze.
Trzymajmy się razem. Nie zgubicie się...
Dobra, łapcie następny... 11 przystanków do
Saint-Lazzare, kierunek: Porte de la Chapelle...
Zamienić swój wiecznie spóźniony autobus na
miłość od pierwszego wejrzenia - niezwykle
klimatyczne metro. Krwioobieg miasta. Jego
esencja. Ta magia miejsca, przemieszanie starych
mrocznych tuneli, zaśmieconych lub eleganckich
stacji z futurystycznymi, rozpędzonymi do obłędu
pociągami. Połączona z magią chwili, niezwykłej
dla nas i dla tych paru ludzi, których
zaskoczyliśmy my i wraz z nami kilkadziesiąt może
z setka osób, która wypełniła pociąg. A
kolejne setki napływały z korytarzy.
Obszar 3x3 (drugi wagon od końca) na którym ściska
się ze trzydzieści osób i trzydzieści coraz
cięższych z minuty na minutę bagaży.
Podniecenie i nerwy. Ciekawe, gdzie rzuciło
resztę? Vaugirrard, Volontaires, Pasteur.
Odpadają nogi, ramiona, potrzymaj mój śpiwór,
hej tu można usiąść, nie rozumie, po
angielsku... "I know, but I can't move" -
odpowiada, śmiechy i niemieckie żarty.
Naprzemiennie ciemność i światła zza okien, pęd
który nie pozwala prosto stać i towarzyszący
mu stukot kół na zakręcie, jak klocki spadające
po schodach. Rue du Bac, Solferino, Assemblee-Natinale.
Ciasteczko z miodem, pyszne, wypada z rąk, a
spod nóg śpiwór, leci na mnie, a ja na podłogę,
ostre hamowanie. Upadam , podobnie reszta,
podobnie Niemcy. I nasze plecaki. I karimaty. "Tschus",
wysiadają. Zbierając się z podłogi obserwuję
stację, plakaty "Matrix Reloaded", mapy
miasta na ścianach, ludzi takich różnorodnych,
ścianę wykafelkowaną literkami, tablicę na
niej "Concorde"
Jeszcze dwa przystanki.
Pokochałem paryskie metro.
* * *
Dostaliśmy trzy dni do własnej dyspozycji. Trzy
dni, których nie zapomnę, nie zapomnimy nigdy.
Trzy dni, tak dużo a jednocześnie tak
beznadziejnie mało, zbyt mało by stać w
miejscu i przejmować się tym. Chodźmy! Młodość,
głowy pełne pomysłów, odświeżone siły,
mapa, prawie wspólne jedzenie i żółty,
prostokątny kawałek papieru - przepustka do
tego świata. Wsiadamy!
To chyba dzięki temu Taize, chociaż może nie,
ale ludzie, których spotykaliśmy byli wszyscy
tacy pozytywnie nastawieni, do świata, do nas.
Rozmowy kleiły się od razu. Tak łatwo było
znaleźć wspólny język (nie mam tu na myśli
angielskiego)Zauważyłem to też później - Sami
będąc tam byliśmy właśnie bardziej
pozytywni, otwarci na innych i na samych siebie.
Nic nie daje niezgoda, narzekanie czy uparte
obstawanie przy swoim. Przez to stoimy w miejscu,
tracimy czas, jaki mamy, kompromis, jesteśmy
razem, cieszę się. Wysiadamy!
* * *
Kochana dwunastka, pieprzona dwunastka, jedyna
taka linia. Co dzień w potwornym ścisku, co
dzień w gorącu
To był dopiero plus. Plus 13 stopni na zewnątrz
i istna sauna w metrze. Zamienić klimat. Zamienić
atmosferę.Za obojętność, nieufność na co
dzień tutaj entuzjazm, empatia, iskry optymizmu.
Kierunek: Marie d'Issy. Na Rennes dosiadło się
jeszcze kilku. Zaczęli rozmowę w dziwnie
znajomym dialekcie. "Gdzie się nie ruszysz,
tam Polska" - mówię koledze, a dziewczyna
wciśnięta między nas, a fotel wybucha śmiechem.
Z Nowej Rudy, od kilku lat chodzi na piesze
pielgrzymki, na Taize pierwszy raz, jak my, jej
też się tu podoba, podoba, jest zachwycona, do
tego uśmiechnięta, żywa, lubi góry. Jest
wspaniale.
Innym razem zmiana linii (na Concorde z M1 na M12) Długi,
kręty biały korytarz i gęstniejący tłum. Z
dala bębny, ktoś gra? Zbliża ją się. "Stawiam
wszystko, że to Polacy" Po chwili: "A ponad
nam wiatr szumny wieje...." dobiega zza pleców.
Z Sosnowca.
Zamienić uginające się od świątecznych
specjałów stoły na zbiorowe żywienie w halach.
W halach, gdzie przeogromna, licząca sobie tysiące
sztuk kolejka ciśnie się ze wszech stron. W
wesołym rytmie, zabawa, ktoś śpiewa. Tak,
Hiszpanie z prawej szaleją przy "Asereje". Dłużni
nie pozostają im Francuzi - z silnych gardeł
z lewej "Marsylianka". A gdzieś daleko z końca...
a jakże! "Hej sokoły"
Wyciągam rękę do granic możliwości i
koniuszki palców chwytają ucho foliowej siatki,
do której zaraz dostaję: puszkę fasoli, dwie
bułki, jabłko, jogurt, ciasteczko z miodem. "Buon
appetit" życzą nam przy wyjściu. Idziemy.
Jeden z piękniejszych widoków jakie udało mi
się zobaczyć...
Wyobraź sobie siebie na mokrych, betonowych
schodach, pod gołym niebem (na szczęście nie
pada) Plac wielkości boiska szkolnego wciśnięty
między białe baraki. Wieczór, noc właściwie
w bladym świetle latarni. I na tych zimnych
schodach siedzisz i robisz to samo, co kilkaset
innych ludzi - łyżką ułamanym widelcem czy
po prostu kawałkiem bułki wyjadasz z podgrzanej
puszki fasolę. Jest pyszna. Stłoczony,
zdumiony, zachwycony. Dzielisz się bułką.
Oddajesz jabłko za jogurt. Uśmiechasz się,
podnosisz wzrok i czujesz, dociera do ciebie, że
tą "kolację pod gwiazdami" spożywa wraz z
tobą dobrych kilka tysięcy osób. Tłok
rozgardiasz i spontaniczność. I nikomu takie
warunki nie przeszkadzają. Jest świetnie, przesłodzona
herbata to spełnienie marzeń, to uczucie, nie
do końca zrozumiałe. Dzięki niemu jesteś szczęśliwy.
* * *
I rzeczywiście, można się dużo dowiedzieć o
innych i o sobie przez tych kilka dni.
Przekonać się, że nie cierpisz, nie znosisz
czekać, Bezczynnie, bezproduktywnie marnować
czas, nienawidzisz tego.
Że narzekanie jest zaraźliwe i jakich by tam
nie miało celów, jest bez sensu.
Że im mniej nas, tym lepiej się rozumiemy, ale
im więcej tym ciekawiej i weselej.
Że coraz częściej chyba plan będzie zwyciężał
w tobie nad spontanicznością.
Że jeśli poczujesz się przez chwilę jak ktoś
nieco lepszy, to naprawdę w tej chwili, w tym
momencie stajesz się lepszy. Nie daj temu uciec,
pielęgnuj tę myśl.
Rainman
styczeń 2003
shappy_rainman@gazeta.pl
storytellers@poczta.fm
- Kącik Opowiadań
PS. Dysponuję całkiem dokładnymi namiarami
kafejki "Deux Moulins", jeśli komuś coś mówi
ta nazwa.
PS2. Napisałem jeszcze drugi art, o właściwym
celu naszej eskapady do Paryża.
Link do niego powinien być w następnym peesie.
PS3. Sortie >>>
|