Szczęśliwy dzień...

Miał osiem lat, kiedy pierwszy raz rozmawiał przez telefon komórkowy (kolegi). Od tamtego dnia zapragnął mieć takie cacko. Malutkie, poręczne i niezwykle ułatwiające życie. Jednakże pochodził z bardzo biednej rodziny i nie było to takie proste. Mieszkał z rodzicami i dwójką sióstr w 34 m. mieszkaniu na poddaszu, w biednej warszawskiej dzielnicy (a może raczej należałoby powiedzieć: w maleńkiej klitce na brudnym i obskurnym blokowisku). Ale to nieważne. Rodzicom ledwo wystarczało pieniędzy na jedzenie, więc o komórce mógł tylko pomarzyć.

Minęło kilka lat. Sytuacja materialna rodziny uległa nieznacznej poprawie. Nadeszły jego 15 urodziny.
Nic nie zapowiadało tego, że będzie to najszczęśliwszy dzień życia chłopca. Jak zwykle wrócił do domu po szkole, zjadł miskę kaszanki i zabrał się do czytania książki pożyczonej od kumpla. Wieczorem wrócili rodzice. Rodzinka przygotowała tradycyjne przyjęcie urodzinowe: mama upiekła ciasto, a ojciec kupił butelkę coli, żeby było odświętnie. Zaśpiewano "Sto lat", zdmuchnięto świeczki, zjedzono słodkości. I wtedy, gdy myślał, że to już koniec, ojciec przyniósł prezent. Trochę się zdziwił kształtem tegoż podarku. Co roku bowiem dostawał sweter zrobiony przez matkę na drutach, opakowany niedbale w jakąś starą reklamówkę z Carffour'a, bądź innego supermarketu. A tym razem było inaczej. Niewielkie, dość ciężkie kartonowe pudełko... Co to może być? Otwierał tajemniczą paczuszkę szybko i energicznie, a gdy już ją otworzył to z wrażenia wypadła mu z rąk. Co ujrzał? Nowiutką, niebieską, cudownie lekką Nokię 9933, którą ostatnio oglądał na wystawie. Pamiętał, była przeceniona: "okazyjna cena najnowszego, niezawodnego, wodoodpornego telefonu z taryfą TAK-NIE-TAK, w sieci Era(minus)GSM tylko u nas - 1 (słownie: JEDEN) GROSZ!!! Taka okazja się więcej nie powtórzy! Pięć godzin darmowych rozmów i tysiąc SMS-ów za darmo!!!(w miesiącu). Abonament? A czy to ważne? Jakiś pewnie jest, ale co to kogo obchodzi..." - reklamowali owo cacko. A teraz miał je przy sobie! Co za uczucie! Co za dzień!

Od tej pory jego życie diametralnie się zmieniło. Właściwie obracało się wokół komórki: rozmów, sms-ów, rozmów, s...itd. W domu, w szkole, w sklepie, na podwórku - wszędzie gdzie był, bezustannie słyszano dźwięki klawiszy, ton otrzymywanej wiadomości i natrętny dzwonek "Jingle Bells" (okazało się, że przy innych komórka się zacinała, a w serwisie za naprawę kazali zapłacić...).
Pieniądze na rachunki zarabiał roznosząc gazety, prowadząc z ojcem sklepik i łapiąc się każdej roboty, jaka się znalazła. I jakoś mu się udawało zapłacić co miesiąc dość dużą sumkę...
Z trudem powstrzymywał się od dzwonienia na lekcjach, ale się powstrzymywał. Pomagało mu w tym postanowienie, które zrobił jeszcze we wczesnym dzieciństwie: jak pójdzie do szkoły to się będzie dużo i dobrze uczył, żeby w przyszłości nie żyć w biedzie. Inni mu się dziwili, ale on uparcie przynosił ze szkoły same piątki. Wiedział, że musi coś zrobić, aby poprawić sytuację rodzinną i narazie skupiał się na nauce (gdy nie mógł na komórce).
Zaowocowało to świetnie napisaną maturą, przyjęciem na studia bez egzaminów, w końcu znalezieniem dość dobrej posady. Żyło mu się lepiej, co nie znaczy wcale, że dobrze. Wciąż do bogatych nie należał, ale nie było najgorzej. Wystarczało na rachunki telefoniczne, a to najważniejsze.
Z czasem postanowił założyć rodzinę. I tu zaczęły się schody. Utrzymywał kontakt z kumplami przez swoją Nokię (ciągle tą samą), ale dziewczyny to nigdy nie miał. Czemu? Najbliższe otoczenie uważało go za "inteligentnego dziwaka", oczywiście przez tę miłość do telefonu. A poza tym, do tej pory wystarczała mu komórka, o dziewczynach prawie nie myślał.

Znów minęło kilka lat. I... nareszcie! Znalazł dziewczynę swoich marzeń. Piękna, mądra, dość zamożna, posiadaczka najnowszego modelu Siemensa T997i. To jest to! Problem w tym, iż owa piękność nie zwracała najmniejszej uwagi na jegomościa ze starą, obdrapaną, niebieską Nokią. Próbował się z nią skontaktować (znaczy z dziewczyną, bo z Nokią nie musiał); dwoił się i troił; nawet doszło do spotkania, ale skończyło się na krótkiej pogaduszce. Co prawda, otrzymał numer telefonu owej damy, ale znajomość nie układała się po jego myśli. Mimo tego, że kobieta była niezamężna, nie miała sympatii i wszystko powinno do siebie pasować.
Aż wreszcie z czasem, coś między nimi zaiskrzyło. Nawiązała się nić porozumienia, zaczęli się do siebie zbliżać i wtedy...

Co to był za dzień! Najszczęśliwszy w życiu jakby na to nie patrzeć! Rano kupił gazetę i przeczytał ogłoszenie. Poszukują pracowników do największej firmy komputerowej na świecie, która za dwa tygodnie otwiera swój sklep w Warszawie. Zadzwonił z ciekawości; miał dobre kwalifikacje; kusiła go przede wszystkim cena: 1000 dolców za godzinę pracy! Rozmawiał może z pięć minut. Powiedzieli, że jeśli się nadaje to oddzwonią. Więc czekał... Zaprosił swoją sympatię na lunch. I gdy tak sobie rozmawiali o wszystkim i o niczym, zadzwonił telefon. Nie było w tym nic dziwnego, bo dzwonił średnio co trzy minuty, ale to był TEN telefon. To ONI dzwonili. Przyjęli go!!! Zaprosili na spotkanie z prezesem, które miało się odbyć za tydzień. Opowiedział o wszystkim ukochanej. Ona słuchała z wypiekami na twarzy i w przypływie radości po raz pierwszy wyznała mu miłość.
Ustalili termin ślubu. Sobota za tydzień. Akurat po południu, jak wróci ze spotkania. To będzie dopiero wielki dzień! Wymarzona praca, ślub z wymarzoną osobą... czego tu jeszcze chcieć?!

To był 12 kwietnia. Pogoda była ładna - słońce świeciło, było ciepło. Wstał o szóstej, żeby się nie spóźnić (spotkanie było o dziesiątej, ale trzeba było przewidzieć wszystkie ewentualności: korki, wypadki na drodze, zepsute światła, gwałtowne ulewy, tudzież śnieżyce(kwiecień-plecień wciąż przeplata, trochę zimy, trochę lata - jak powtarzała mu dawno temu ciocia Klocia), i inne równie opóźniające dojazd prawdopodobne zdarzenia.) Tak więc, w pełni przygotowany wyszedł z domu za dziesięć siódma i w rezultacie był na miejscu o 8.15. Ale cóż, lepiej za wcześnie niż za późno. Z braku lepszego pomysłu (bo to i tak najlepszy z możliwych pomysłów) trochę "poesemesował" z kolegami (choć tych zbyt wielu nie miał; trudno bowiem wytrzymać z gościem, który świata poza komórką nie widzi.) głównie zapraszając ich po raz enty na ślub.
Wybiła dziesiąta. Wszedł do gigantycznego drapacza chmur, który wyrósł w stolicy w ciągu miesiąca (w każdym razie, gdy ostatni raz tędy przejeżdżał to jeszcze go nie było). Przebył nieskończoną ilość korytarzy, aż stanął przed drzwiami z tabliczką: "Prezes tegoż ustrojstwa - Ełgieniusz Wielki". Zapukał, zaproszono go do środka i rozpoczęto rozmowę. Prezes okazał się sympatycznym staruszkiem, który nie miał o komputerach pojęcia, ale miał za to duuużo kasy. I był bardzo dobrze wychowany, nawet w pewnym sensie staroświecki. Mówił bardzo uprzejmie, był niezwykle zadbany i wyczulony na punkcie dobrych manier. Rozmowa płynęła szybko i przyjemnie, nadszedł moment, kiedy należało podpisać umowę o pracę. Wniebowzięty mężczyzna już składał podpis, gdy nagle...
"Jingle bells, jingle bells
        jingle all the way..."
rozległo  się z kieszeni nowego pracownika. Co za wstyd! Zapomniał włączyć wibrator! Nie wyłączył dźwięku...
-Co pan sobie myśli?! - huknął prezes najwyraźniej wyprowadzony z równowagi - Cóż to za nietakt! A ja myślałem, że rozmawiam z poważnym człowiekiem... Toż pan nie wie, że w miejscach publicznych komórki się wyłącza?
-Wiem, przepraszam, to się już nie powtórzy. - wybąkał zmieszany posiadacz Nokii.
-Akurat. Już ja znam takich jak pan. A co do tych plastikowych grających pudełek, zastępujących ludziom tradycyjne metody komunikacji, jak chociażby listy to...
-Przepraszam, to naprawdę nieszczęśliwy przypadek. – przerwał niepewnie niedoszły pracownik.
-Zjeżdżaj mi pan z oczu, ale już! - ryknął dobrze wychowany staruszek.
-Ale...
-Żadnych ale.
Prezes wypchnął biedaka za drzwi. "To koniec."-pomyślał mężczyzna i wtedy po raz kolejny usłyszał "Jingle Bells". Dzwoniła Ona. Pytała o przebieg rozmowy. Gdy dotarło do niej, że się nie udało powiedziała tylko: " Żegnaj kochanie, nie ma pracy - nie ma ślubu. Odchodzę. Powodzenia. Pa." Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. „ To koniec.” - powtórzył po raz kolejny. Nie do końca pamięta, co się działo dalej. Wie, że wysłał do znajomych zbiorowego SMS-a, o tym, że ślubu nie będzie. Potem... co potem? To, co zrobił prześladowało go w snach od dzieciństwa. Od zawsze bał się tego momentu. Co zrobił? Z całej siły trzasnął niebieską Nokią o beton, a ona roztrzaskała się na kawałki... A on stał i patrzył. "To koniec." A potem zapłakał...
Tak wyglądał najszczęśliwszy dzień jego życia...

                                                                 *    *    *

PS. To opowiadanko dedykuję wszystkim, którzy wolą rozmawiać przez komórkę niż w cztery oczy. Osobiście nie mam nic do telefonów, dopóki ich posiadacze nie przekraczają pewnych granic. Nie znoszę natomiast kilku sytuacji:
a.) Ktoś przychodzi do mnie w odwiedziny, a w rezultacie, częściej niż ze mną, gada przez telefon (bądź pisze SMS-y). Wszystko pięknie, może sobie rozmawiać, czy wysłać kilka SMS-ów, ale do jasnej, niech nie robi tego przez cały czas! W końcu przyszedł pogadać, a używać komórki może wszędzie i kiedy tylko chce; przecież ona (komórka) mu nie ucieknie!
b.) No, może jednak trochę skoryguję ostatnie zdanie. Nie można używać komórki wszędzie. Tak się składa, że w miejscach publicznych jest to zabronione, bądź przynajmniej bardzo niestosowne. I nie mogę zrozumieć dlaczego mimo tych wszystkich zakazów, gdzie nie pójdę, komórki i tak dzwonią. Dotyczy to w szczególności miejsc takich jak: szkoła, kościół, kino, teatr itp. Ludzie, trochę kultury!!! Po co telefon ma funkcję wyłączania dźwięku?! Ja myślę, że po to, żeby jej używać. Niestety, najwidoczniej niewielu myśli tak jak ja:(.
c.) Wreszcie zupełnie nie rozumiem ludzi, dla których komórka ze zwykłego narzędzia ułatwiającego życie, stała się sposobem na życie. Czyli tych uzależnionych od komórek. Czym się taki człowiek charakteryzuje? Ano, na okrągło gada przez telefon, „esemesuje” i płaci niewyobrażalnie duże rachunki za rozmowy; nie rozstaje się z komórką ani na sekundę; wolny czas spędza na wizytach w salonach Ery, Plusa lub Idei przeglądając nowe oferty, podziwiając ostatnio wyprodukowane modele telefonów i akcesoria do nich, rozważając możliwości zakupu nowego aparatu i wyboru najodpowiedniejszej taryfy… itd. A wszystko inne jest dla niego na drugim miejscu.  
Niestety takich osób jest (i będzie) coraz więcej. Moim zdaniem, w niektórych przypadkach, można mówić o uzależnieniu. Jest ono trochę podobne do „internetomanii”. Może trochę mniej szkodliwe, ale bardziej powszechne (w końcu więcej osób stać na zakup komórki niż na założenie netu). Ale, jakby na to nie patrzeć, jest to nałóg, a każdy (no, prawie każdy) nałóg jest zły…
Na koniec powiem tylko, że czasem warto się zastanowić, czy świat by się zawalił gdybyśmy nie wysłali tego jednego SMS-a…

                                                                                                                Vianne