Minęło kilka lat. Sytuacja materialna rodziny uległa nieznacznej poprawie.
Nadeszły jego 15 urodziny.
Nic nie zapowiadało tego, że będzie to
najszczęśliwszy dzień życia chłopca. Jak zwykle wrócił do domu po szkole, zjadł
miskę kaszanki i zabrał się do czytania książki pożyczonej od kumpla. Wieczorem
wrócili rodzice. Rodzinka przygotowała tradycyjne przyjęcie urodzinowe: mama
upiekła ciasto, a ojciec kupił butelkę coli, żeby było odświętnie. Zaśpiewano
"Sto lat", zdmuchnięto świeczki, zjedzono słodkości. I wtedy, gdy myślał, że to
już koniec, ojciec przyniósł prezent. Trochę się zdziwił kształtem tegoż
podarku. Co roku bowiem dostawał sweter zrobiony przez matkę na drutach,
opakowany niedbale w jakąś starą reklamówkę z Carffour'a, bądź innego
supermarketu. A tym razem było inaczej. Niewielkie, dość ciężkie kartonowe
pudełko... Co to może być? Otwierał tajemniczą paczuszkę szybko i energicznie, a
gdy już ją otworzył to z wrażenia wypadła mu z rąk. Co ujrzał? Nowiutką,
niebieską, cudownie lekką Nokię 9933, którą ostatnio oglądał na wystawie.
Pamiętał, była przeceniona: "okazyjna cena najnowszego, niezawodnego,
wodoodpornego telefonu z taryfą TAK-NIE-TAK, w sieci Era(minus)GSM tylko u nas -
1 (słownie: JEDEN) GROSZ!!! Taka okazja się więcej nie powtórzy! Pięć godzin
darmowych rozmów i tysiąc SMS-ów za darmo!!!(w miesiącu). Abonament? A czy to
ważne? Jakiś pewnie jest, ale co to kogo obchodzi..." - reklamowali owo cacko. A
teraz miał je przy sobie! Co za uczucie! Co za dzień!
Od tej pory jego życie diametralnie się zmieniło. Właściwie obracało się
wokół komórki: rozmów, sms-ów, rozmów, s...itd. W domu, w szkole, w sklepie, na
podwórku - wszędzie gdzie był, bezustannie słyszano dźwięki klawiszy, ton
otrzymywanej wiadomości i natrętny dzwonek "Jingle Bells" (okazało się, że przy
innych komórka się zacinała, a w serwisie za naprawę kazali
zapłacić...).
Pieniądze na rachunki zarabiał roznosząc gazety, prowadząc z
ojcem sklepik i łapiąc się każdej roboty, jaka się znalazła. I jakoś mu się
udawało zapłacić co miesiąc dość dużą sumkę...
Z trudem powstrzymywał się od
dzwonienia na lekcjach, ale się powstrzymywał. Pomagało mu w tym postanowienie,
które zrobił jeszcze we wczesnym dzieciństwie: jak pójdzie do szkoły to się
będzie dużo i dobrze uczył, żeby w przyszłości nie żyć w biedzie. Inni mu się
dziwili, ale on uparcie przynosił ze szkoły same piątki. Wiedział, że musi coś
zrobić, aby poprawić sytuację rodzinną i narazie skupiał się na nauce (gdy nie
mógł na komórce).
Zaowocowało to świetnie napisaną maturą, przyjęciem na
studia bez egzaminów, w końcu znalezieniem dość dobrej posady. Żyło mu się
lepiej, co nie znaczy wcale, że dobrze. Wciąż do bogatych nie należał, ale nie
było najgorzej. Wystarczało na rachunki telefoniczne, a to najważniejsze.
Z
czasem postanowił założyć rodzinę. I tu zaczęły się schody. Utrzymywał kontakt z
kumplami przez swoją Nokię (ciągle tą samą), ale dziewczyny to nigdy nie miał.
Czemu? Najbliższe otoczenie uważało go za "inteligentnego dziwaka", oczywiście
przez tę miłość do telefonu. A poza tym, do tej pory wystarczała mu komórka, o
dziewczynach prawie nie myślał.
Znów minęło kilka lat. I... nareszcie! Znalazł dziewczynę swoich marzeń.
Piękna, mądra, dość zamożna, posiadaczka najnowszego modelu Siemensa T997i. To
jest to! Problem w tym, iż owa piękność nie zwracała najmniejszej uwagi na
jegomościa ze starą, obdrapaną, niebieską Nokią. Próbował się z nią skontaktować
(znaczy z dziewczyną, bo z Nokią nie musiał); dwoił się i troił; nawet doszło do
spotkania, ale skończyło się na krótkiej pogaduszce. Co prawda, otrzymał numer
telefonu owej damy, ale znajomość nie układała się po jego myśli. Mimo tego, że
kobieta była niezamężna, nie miała sympatii i wszystko powinno do siebie
pasować.
Aż wreszcie z czasem, coś między nimi zaiskrzyło. Nawiązała się nić
porozumienia, zaczęli się do siebie zbliżać i wtedy...
Co to był za dzień! Najszczęśliwszy w życiu jakby na to nie patrzeć! Rano
kupił gazetę i przeczytał ogłoszenie. Poszukują pracowników do największej firmy
komputerowej na świecie, która za dwa tygodnie otwiera swój sklep w Warszawie.
Zadzwonił z ciekawości; miał dobre kwalifikacje; kusiła go przede wszystkim
cena: 1000 dolców za godzinę pracy! Rozmawiał może z pięć minut. Powiedzieli, że
jeśli się nadaje to oddzwonią. Więc czekał... Zaprosił swoją sympatię na lunch.
I gdy tak sobie rozmawiali o wszystkim i o niczym, zadzwonił telefon. Nie było w
tym nic dziwnego, bo dzwonił średnio co trzy minuty, ale to był TEN telefon. To
ONI dzwonili. Przyjęli go!!! Zaprosili na spotkanie z prezesem, które miało się
odbyć za tydzień. Opowiedział o wszystkim ukochanej. Ona słuchała z wypiekami na
twarzy i w przypływie radości po raz pierwszy wyznała mu miłość.
Ustalili
termin ślubu. Sobota za tydzień. Akurat po południu, jak wróci ze spotkania. To
będzie dopiero wielki dzień! Wymarzona praca, ślub z wymarzoną osobą... czego tu
jeszcze chcieć?!
To był 12 kwietnia. Pogoda była ładna - słońce świeciło, było ciepło. Wstał o
szóstej, żeby się nie spóźnić (spotkanie było o dziesiątej, ale trzeba było
przewidzieć wszystkie ewentualności: korki, wypadki na drodze, zepsute światła,
gwałtowne ulewy, tudzież śnieżyce(kwiecień-plecień wciąż przeplata, trochę zimy,
trochę lata - jak powtarzała mu dawno temu ciocia Klocia), i inne równie
opóźniające dojazd prawdopodobne zdarzenia.) Tak więc, w pełni przygotowany
wyszedł z domu za dziesięć siódma i w rezultacie był na miejscu o 8.15. Ale cóż,
lepiej za wcześnie niż za późno. Z braku lepszego pomysłu (bo to i tak najlepszy
z możliwych pomysłów) trochę "poesemesował" z kolegami (choć tych zbyt wielu nie
miał; trudno bowiem wytrzymać z gościem, który świata poza komórką nie widzi.)
głównie zapraszając ich po raz enty na ślub.
Wybiła dziesiąta. Wszedł do
gigantycznego drapacza chmur, który wyrósł w stolicy w ciągu miesiąca (w każdym
razie, gdy ostatni raz tędy przejeżdżał to jeszcze go nie było). Przebył
nieskończoną ilość korytarzy, aż stanął przed drzwiami z tabliczką: "Prezes
tegoż ustrojstwa - Ełgieniusz Wielki". Zapukał, zaproszono go do środka i
rozpoczęto rozmowę. Prezes okazał się sympatycznym staruszkiem, który nie miał o
komputerach pojęcia, ale miał za to duuużo kasy. I był bardzo dobrze wychowany,
nawet w pewnym sensie staroświecki. Mówił bardzo uprzejmie, był niezwykle
zadbany i wyczulony na punkcie dobrych manier. Rozmowa płynęła szybko i
przyjemnie, nadszedł moment, kiedy należało podpisać umowę o pracę. Wniebowzięty
mężczyzna już składał podpis, gdy nagle...
"Jingle bells, jingle
bells
jingle all the way..."
rozległo
się z kieszeni nowego pracownika. Co za wstyd! Zapomniał włączyć wibrator!
Nie wyłączył dźwięku...
-Co pan sobie myśli?! - huknął prezes najwyraźniej
wyprowadzony z równowagi - Cóż to za nietakt! A ja myślałem, że rozmawiam z
poważnym człowiekiem... Toż pan nie wie, że w miejscach publicznych komórki się
wyłącza?
-Wiem, przepraszam, to się już nie powtórzy. - wybąkał zmieszany
posiadacz Nokii.
-Akurat. Już ja znam takich jak pan. A co do tych
plastikowych grających pudełek, zastępujących ludziom tradycyjne metody
komunikacji, jak chociażby listy to...
-Przepraszam, to naprawdę
nieszczęśliwy przypadek. – przerwał niepewnie niedoszły pracownik.
-Zjeżdżaj
mi pan z oczu, ale już! - ryknął dobrze wychowany
staruszek.
-Ale...
-Żadnych ale.
Prezes wypchnął biedaka za drzwi. "To
koniec."-pomyślał mężczyzna i wtedy po raz kolejny usłyszał "Jingle Bells".
Dzwoniła Ona. Pytała o przebieg rozmowy. Gdy dotarło do niej, że się nie udało
powiedziała tylko: " Żegnaj kochanie, nie ma pracy - nie ma ślubu. Odchodzę.
Powodzenia. Pa." Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. „ To koniec.” -
powtórzył po raz kolejny. Nie do końca pamięta, co się działo dalej. Wie, że
wysłał do znajomych zbiorowego SMS-a, o tym, że ślubu nie będzie. Potem... co
potem? To, co zrobił prześladowało go w snach od dzieciństwa. Od zawsze bał się
tego momentu. Co zrobił? Z całej siły trzasnął niebieską Nokią o beton, a ona
roztrzaskała się na kawałki... A on stał i patrzył. "To koniec." A potem
zapłakał...
Tak wyglądał najszczęśliwszy dzień jego życia...
* * *