Już nie był człowiekiem. Zatracił swoje ja,
zamordował je z premedytacją. Patrzył, ale nie widział. Słuchał, ale nie
słyszał. Odbierał bodźce, ale nie czuł.
Nie czuł zimna, nie czuł smrodu, nie
czuł lęku. Za nic miał podmuchy wiatru.
A wiatr dął ołowiany.
Kim
był wcześniej? Nieważne. Może lekarzem, może prawnikiem, może nauczycielem. Może
miał rodzinę... A może nie. Może ktoś na niego czekał... Może modlił się za jego
powrót...
A jeśli nie?
To naprawdę nieważne.
Ilu takich jak on
słuszna sprawa wielkich uwięziła w matni, z której nie ma wyjścia? Ilu takich
jak on zabrały Marsowe rydwany?
Niektórych pamięta.
Niektórych
znał.
Niektórzy byli mu bliscy.
Przesypuje się piasek w klepsydrze.
Jak niewiele ziarenek już pozostało!
Odruchowo zmrużył oczy, gdy tuż
przed nim w powietrze wystrzeliła fontanna ziemi.
Tacy sami jak on, niczemu
nie winni.
Kilkaset metrów dalej. Okopana nienawiść, rozpacz i
beznadzieja.
Krzyk. Obok. Głośny, wysoki, rozdzierający, pisk bardziej. I
ciche mlaśnięcie, gdy ciało przewraca się, pada na lepkie błoto.
Ile on mógł
mieć lat? Szesnaście? Może siedemnaście?
Kolejny biały krzyż.
Żadne
uczucie nie przebija zakrzepłej skorupy. Uczucia od dawna nie
istnieją.
Seria błysków tak szybkich, że zlewających się w jeden.
Powietrze rozstępujące się z trwożliwym szacunkiem. Setna część
sekundy.
Zdmuchnięty płomyk.
I znowu krew miesza się z błotem.
Jeszcze jedna bezimienna ofiara, która niczego nie zmieni. Jeszcze jedna
bezimienna ofiara tak nieistotna, że mieszcząca się w granicach błędu
statystycznego przyszłego, papierowego rozrachunku.
A nikt nie opłakuje
błędów statystycznych.
Axel Prubaj
Hoolaynoga