ZA NOWY ŚWIAT! (3)


Już nie był człowiekiem. Zatracił swoje ja, zamordował je z premedytacją. Patrzył, ale nie widział. Słuchał, ale nie słyszał. Odbierał bodźce, ale nie czuł.
Nie czuł zimna, nie czuł smrodu, nie czuł lęku. Za nic miał podmuchy wiatru.

A wiatr dął ołowiany.

Kim był wcześniej? Nieważne. Może lekarzem, może prawnikiem, może nauczycielem. Może miał rodzinę... A może nie. Może ktoś na niego czekał... Może modlił się za jego powrót...
A jeśli nie?
To naprawdę nieważne.

Ilu takich jak on słuszna sprawa wielkich uwięziła w matni, z której nie ma wyjścia? Ilu takich jak on zabrały Marsowe rydwany?

Niektórych pamięta.
Niektórych znał.
Niektórzy byli mu bliscy.

Przesypuje się piasek w klepsydrze. Jak niewiele ziarenek już pozostało!

Odruchowo zmrużył oczy, gdy tuż przed nim w powietrze wystrzeliła fontanna ziemi.
Tacy sami jak on, niczemu nie winni.
Kilkaset metrów dalej. Okopana nienawiść, rozpacz i beznadzieja.

Krzyk. Obok. Głośny, wysoki, rozdzierający, pisk bardziej. I ciche mlaśnięcie, gdy ciało przewraca się, pada na lepkie błoto.
Ile on mógł mieć lat? Szesnaście? Może siedemnaście?
Kolejny biały krzyż.

Żadne uczucie nie przebija zakrzepłej skorupy. Uczucia od dawna nie istnieją.

Seria błysków tak szybkich, że zlewających się w jeden. Powietrze rozstępujące się z trwożliwym szacunkiem. Setna część sekundy.

Zdmuchnięty płomyk.

I znowu krew miesza się z błotem. Jeszcze jedna bezimienna ofiara, która niczego nie zmieni. Jeszcze jedna bezimienna ofiara tak nieistotna, że mieszcząca się w granicach błędu statystycznego przyszłego, papierowego rozrachunku.

A nikt nie opłakuje błędów statystycznych.

Axel Prubaj Hoolaynoga