Starymi, ceglanymi murami wstrząsa dreszcz.
Niczym w febrze dygoczą, gdy odbijają się od nich ciche modlitwy, błagania i
przekleństwa. Nie rozumieją.
Nie mogą rozumieć. To tylko stare, nadgryzione
zębem czasu mury. Ślepe i nieme.
Boże, jak bardzo chcemy
żyć!
Wyszedł jakiś czas temu. Po wodę, dla dzieci. Czekały z
nadzieją. Czekały pół godziny, czekały godzinę. Tak ciężko mu się przecież
poruszać! Wróci, ileż to już razy zamieniał nadzieję w cud...
Nie wróci. On
jeden dobrze o tym wie, on siedzi przy drzwiach. On jeden słyszał słaby krzyk
padających na ziemię czterdziestu kilku lat radości, bólu, doświadczeń.
On
wie.
A troje par oczu czeka.
Nie mamy co jeść. Nie mamy co
pić.
Stareńka kobieta kiwa się, siedząc oparta o ścianę. Na jej
kolanach leży kanarek... Kanarek śmierdzi, od dawna jest martwy.
Był taki
dobry, wszystko rozumiał!
Kobieta umiera. Wie o tym.
Jeszcze raz odruchowo
kuli się, słysząc przetaczający się nad nią basowy pomruk odległej eksplozji.
Nie boi się. Skostaniałymi palcami przesuwa drobne paciorki różańca. Po jej
policzku spływa łza.
To już jej nie dotyczy. To już nie jej
sprawa.
Za co to? Za co?
Płacz niemowlęcia cichnie, w końcu
ustaje całkowicie. Płakało dwa dni. Młoda matka uciekła dwa dni temu.
Malutka
duszyczka rozwija motyle skrzydła.
Za nowy świat!
Miasto
dogorywa, przykryte zwiewnym całunem czarnego dymu.
Martwy pomnik ludzkiej
nienawiści.
Z nieba spada deszcz.
Ileż to łez!
Jest chmurne, jesienne
popołudnie.
Takie, jakich wiele.
Axel Prubaj
Hoolaynoga