Filthy Deed

I.

"Ach jak to dobrze jest wyjść świeży spod prysznica! Dobra teraz tylko uczeszę włosy, żel i jest ok. Spotkanie mam za godzinę, powinienem zdążyć". Para z łazienki rozchodzi się po całym mieszkaniu zostawiając ślad swojej wizyty na oknach. Postać nie ubierając się siada przed biurkiem, bierze walizkę leżącą na ziemi i wyjmuje część teczek na stół. "Cholera, jeszcze jedna... Hm musimy zacząć działać intensywniej", myśląc przegląda zawartość kolejnych teczek. Włosy schną same, bez pomocy suszarki, Postać liczy na naturalnie wyglądające włosy. "Trzeba zapalić, bez tego mam mętlik w głowie". Wyjmuje z jednej z dziesięciu przegródek w walizce paczkę papierosów. Zapala. Dym miesza się z pozostałościami pary, wędrując do uchylonego okna. Zakrztuszenie, charchnięcie, bieg do łazienki i wyplucie flegmy. "Znowu będę chory". Wraca do pokoju by zamknąć okno. Kichnięcie. "Cholera, nie możesz się ode mnie odczepić?". Idzie do łazienki aby umyć twarz. Odkręca kurek i nagle chlust! Woda nie wypłynęła z kranu, lecz z węża którym się mył. "Kur**!! Ja nie mogę, jak można było zapomnieć przekręcić bieg wody?? Mam mokre włosy, kur** zmarnowany żel i uczesanie". Ze złością kopie w sprawcę całego zdarzenia. Czynność się powtarza - uczesanie, żel i jest ok. "Spotkanie mam za 30 minut, będę musiał ekspresowo wysuszyć włosy". Otwiera małą gablotkę za lustrem. W jedynym kontakcie w łazience ładuje się elektryczna szczoteczka do zębów. Postać wyjmuje kabel z ogromną siłą. Przeliczyła się. Kontakt natychmiast puścił kabel i szczoteczkę wraz z ładowarką poleciała w powietrze. Mężczyzna powoli patrzył na lot. W górę, potem w dół... Prosto w środkowy palec jego prawej nogi. 
- Aaaaaa - odezwał się wreszcie.
Wyjął szczoteczkę z palca i zaznaczając trasę swojej wędrówki krwią, skierował się do kuchni po plaster. "A niech go 15 minut do konferencji, a ja mam jeszcze mokre włosy!". Zatamował krwawienie i podłączył suszarkę. Gotowy wreszcie spojrzał na zegarek -> 13:25. "Jeszcze 5". Biegiem wyłączył wszystkie zapalone światła w domu, po drodze pochwycił klucze z tapczanu w salonie i zamknął frontowe drzwi. Klatka schodowa, codziennie ta sama: szara, nudna i to rozchodzące się echem "dzień dobry". "Skąd ci ludzie do cholery będą wiedzieć, że ten dzień będzie dobry?". Z dołu do swojego mieszkania wchodziła starsza pani.
- Dzień dobry kawalerze! - powiedziała.
- Nie - odpowiedziała postać patrząc na nią swoimi lodowatymi oczyma - Nie jest dobry.
Babcia wzruszyła ramionami i poszła swoją drogą. "Nareszcie jakaś odskocznia od normalności". Wyszedł na podwórko. Miejsce jego dziecinnych zabaw. Pamięta nadal jak wchodząc na jedno drzewo, spadł i złamał sobie rękę. 2 tygodnie w szpitalu. Nagle przy pobliskim drzewie zobaczył dziecko próbujące zrobić to samo co on w przeszłości. Biegiem rzucił się w jego kierunku zostawiając na chodniku walizkę. "Jeszcze 5 metrów spokojnie, zdążę". Dziecko tymczasem już kołysało się na jednej gałęzi. "Jezu, pomóż mi, przysięgam rzucę palenie lecz dopomóż mi teraz aby mnie nie zawiodła moja kondycja!". Chłopiec stracił równowagę i leci w dół. Postać robi bohaterski skok i ląduje na brzuchu w trawie pod drzewem. Niestety zbyt szybko. Dziecko spadło na jego buty. Głośny płacz. Do mężczyzny i dziecka podbiegają jakieś młode kobiety:
- Co pan wyprawia! Jak pan może! Toż to dziecko, przecież je boli jak siedzi na pana butach!
- Kobieto, właśnie chciałem uratować mu życie!
- Jakie życie, przecież właśnie marnuje mu pan dzieciństwo! Może jakiegoś zakażenia dostać lub coś.
"Dobra suko, jak chcesz, ja rezygnuje". Wstał i ruszył w kierunku chodnika. Walizki nie było. "Skurw****! Co ja teraz zrobię? Jeszcze to babsko, nie dość że nie dziękuje za uratowanie życia to jeszcze mi walizkę ukradli". Zrezygnowany siada na chodniku i spogląda na pozostałe dzieci. "Mam pomysł", wstaje i idzie do pobliskiej piaskownicy.
- Witajcie nie widzieliście może czy ktoś zabierał stamtąd jakąś czarną walizeczkę?
Dzieci spojrzały na niego niczym na złodzieja:
- Ja, ja widziałam - powiedziała jąkając się dziewczynka.
Chwila ciszy.
- To tamci chłopcy.
Postać rozgląda się.
- Jacy chłopcy?
- Zadaje pan za dużo pytań - dziewczynka wyciąga rękę.
- Nie mówisz chyba poważnie? - z lekkim dźwiękiem ironii w głosie.
Dziecko chowa rękę i wraca do zabawy. "Znalazła się, k.." i wyciąga 10zł.
- Mogę pana do nich zaprowadzić
- W porządku, poczekaj tu na mnie zaraz wrócę.
"Muszę wziąć glocka". Po krótkim sparingu po schodach i burknięcia do przechodzącego sąsiada był już na dole.
- Możemy iść.
Droga nie była długa i nie ciekawa. Aż do momentu kiedy dziewczynka oznajmiła, że boi się dalej iść. Palcem wskazała na blok nr 24.
- Mieszkania 7.
Mężczyzna skierował się do budynku. Zbliżając się zdążył ocenić teren znajdujący się przed nim. Nie było to takie ładne podwórko jak u niego. Obskurne, wszędzie zgniłe śmieci, leżące od bardzo długiego czasu. Klatka schodowa niczym się nie różniła, oprócz tym, że czuć było alkohol, rzygi oraz szczyny. "7 tak". Zapukał. Krótka przechadzka po schodach... Puk, puk.
- Kto tam - usłyszał piskliwy głos.
- Łysy - odpowiedziała postać.
- Podaj hasło, Gruby wprowadził - doszedł głos tuż zza drzwi.
Mężczyzna wyjął natychmiast glocka i posłał 3 strzały. 2 w centrum drzwi i 1 w zamek. Słychać było głośny lamet. Kopnięcie w drzwi, kolejny krzyk bólu. Mężczyzna o piskliwym głosie uderzył głową o drzwi i padła na dwudrzwiową szafę. Zmieniając jej lewą stronę z brązowego koloru na czerwony. Z pokoju wyleciał kolejny oprawca:
- Hej co się tam... 
3 strzały i znowu cisza. "Ale burdel...", postać przetrząsa mieszkanie. "Jest! Moja walizeczka". Nagle słychać strzał strzelby. Mężczyzna widzi jak część śrutu uderza w ścianę i czuje ogromny ból ramienia. Szybki obrót. Odgłos przeładowywania shotgun'a. 2 strzały z glocka. Łuski ze strzelby spadają na podłogę, wydając metaliczny dźwięk. W tym samym czasie kolejne 3 odpowiedzi z pistoletu łączą się z nimi niczym symfonia. Mała migrena po postrzale, obraz zaczyna się rozmywać. "Weź się w garść, masz to po co przyszedłeś, teraz zmywaj się stąd!". Chwiejnym krokiem Postać kieruje się do klatki schodowej. "Chyba puszczę pawia, jeszcze ten palec mnie uwiera". Podwórko. Z oddali słychać dudniący bas muzyki. "Ich kumple, szybko muszę się gdzieś schować!". Mężczyzna idzie do pobliskiego sklepu. Przez całą drogę nerwowe obroty w tył z pistoletem. "Nareszcie bezpieczny", szarpie za klamkę. Zamknięte. "Niedaleko mieszka Marek, tylko jeżeli zdążę dojść". Zmęczony niczym po ciężkiej tygodniowej pracy kieruje się do mieszkania kolegi. Dwie aleje później migrena się nasila... "Jeszcze kilka kroków. Boże pomóż mi". Już widać podwórko, za chwilę klatka. "Jeszcze trochę, jeszcze kil...

Avatar