Boleści
I. Fragmenty
Spod zaspanych powiek popatrzył na swoje dłonie. Na zewnątrz wstający dzień witał przykryte śniegiem pustkowia gwałtowną zamiecią. Zimny wicher świszcząc wpadał do pomieszczenia i podrywał lekko uchylone okno do wybijania denerwującego rytmu o framugę. Mocno zbudowany mężczyzna przyjrzał się leżącej obok niego w tumanach kołdry kobiecie o elfich rysach, po czym westchnął i wstał zamknąć okno. W tamtej chwili nie zastanawiało go, dlaczego było otwarte.
Drewnianą podłogę wyściełały niedźwiedzie skóry, cały dom urządzony był przytulnie i przestronnie. Gdy tylko w kominku zaskwierczał ogień, ciepło pozwoliło mu odgonić złe myśli. Sporządził proste śniadanie złożone z chleba, białego sera i miodu. Zagrzał dwa kubki gorącego mleka. Usadowił się w swoim ulubionym miejscu i pijąc przeniósł wzrok ze swej żony na płomienie... wspomnienia palące jak one nieustannie dobijały się drzwiami i oknami do jego głowy, wybijały szyby i budowały kłujące tarany ze zlepków przeszłości.
Miasteczko stało w ogniu, nocne niebo było czerwone od łun. Wokół panował nieznośny zgiełk walki, mieszanina wrzasków umierających, tętentu końskich kopyt, zgrzytu ostrzy i bojowych okrzyków. Pod naporem mającego przewagę liczebną wroga członkowie jego oddziału padali w krótkich odstępach czasu jeden po drugim, jak małe pająki oblegane stadem leśnych, czerwonych mrówek. Nigdy nie widział, żeby ci głównie chłopcy tak walczyli, ale wobec nawałnic orczego pomiotu, wobec fal tych okropnych istot przelewających się przez ulice 150 słabo wyposażonych żołnierzy to było za mało. Krew z własnych ran i ta chlustająca spod okrutnych cięć zadawanych wrogom mieszała się na jego ciężkiej zbroi z błotem. Ścisnął silniej dobrze znany sobie wielki miecz i zaczął przedzierać się z dzika pasją przez zastępy znienawidzonych bestii w samo centrum, gdzie zniszczenie siał ich wódz. Z każdym ciosem bogowie chaosu witali witali kolejne dusze swych sług, które zawsze były ich własnością. Pot zalewał wojownikowi skronie, każdy krok przychodził coraz ciężej. Wreszcie stanął na drodze swojego celu. Słyszał nieustannie jak krzyczy pokonywany Sigurd, widział jak Jakub przebity włócznią wciąż utrzymuje się na nogach, jak opadający z sił dowódca ludzi dwoi się i troi, ale z coraz większym trudem przychodzi mu odpieranie ataków. Dziwna siła napłynęła do jego ciała, a w sercu nie było już nic poza żalem i nienawiścią. Jedno podsycało drugie. Stojący naprzeciwko potężny wódz orków uniósł topór, by zatoczyć nim kolejny krąg udręki...
Rana nie zagoi się nigdy. To było dawno temu. Wszyscy straceni towarzysze, niewybaczalne błędy, naiwna wiara w dobro i sprawiedliwość, czas wojny i bycia najemnikiem; wszystko to jest przeszłością. Skończyłem z tym. Mam dopiero 34 lata, zacznę od nowa. Jestem Grunghaar, tak mnie ochrzcił krasnoludzki ojciec. A teraz pójdę do lasu ściąć choinkę, jak sobie zażyczyła moja pani- zarazem pocieszał i śmiał się z siebie w myślach. Podumał jeszcze trochę o swym przybranym ojcu, kierującym teraz wydobyciem rudy w odległych górach. Zawsze czuł się nieco nieswojo, gdy nie było przy nim tego upartego krasnoluda z poznaczoną siwymi pasmami brodą i o dumnym, dobrym sercu. Gdyby na swej drodze spotykał tylko takich jak on...(przebudziła się) wtedy nie spotkałby jej...
Pół godziny potem Grunghaar ściśle opatulony ciepłym płaszczem wędrował już w kierunku odległej o niecałe dwie mile kniei. Znacznie się wypogodziło i szybko dotarł na miejsce. Las zdawał się być dziwnie cichy, przypuszczał jednak, że to normalne o tej porze roku. Robota poszła mu dosyć zręcznie i prędko znalazł odpowiednie drzewo. Te całe wzajemne obdarowywanie się prezentami było jakimś obcym zwyczajem, ale nie miał nic przeciwko niemu. Wiatr od świtu bardzo przycichł, ciszę zakłócały jedynie rytmiczne uderzenia siekiery, z rzadka odzywał się jakiś kruk. Gdy już zgrabna choinka leżała przymocowana do sań, a zaprzęgnięte psy kwapiły się do drogi Grunghaar pomyślał, iż skoro stracił niewiele czasu a wziął ze sobą łuk mógłby coś upolować. Ku swojemu zdziwieniu przez dłuższy czas nie mógł trafić na trop żadnej zwierzyny. W końcu jednak udało mu się bezszelestnie podejść i upolować w jednej próbie sarnę. Gdy niosąc zdobycz wracał na miejsce, gdzie czekał zaprzęg, pogoda uległa ponownie nieco niewytłumaczalnej zmianie. Okazało się, że ta dziwna cisza nie była zupełnie naturalna. Była to bowiem cisza... przed burzą.
Drzewa po obu stronach mijały tak szybko, że ich kształty stawały się tylko rozmazanymi, czarnymi smugami. Obecny odcinek drogi dosyć stromo prowadził w dół. Psy nie tyle ciągnęły sanie, co uciekały, by ich one nie przygniotły. Wszystko naokoło mijało w przytłaczającym tempie. Grunghaar zapobiegłby tej sytuacji gdyby tylko widoczność sięgała ponad trzy metry. Teraz z trudem utrzymywał równowagę, a ciało sarny dawno już wypadło i roztrzaskało się o grube pnie. W końcu, gdy stary szlak wiodący przez las dobiegał końca i nieco się ustabilizował, odżyła w nim nadzieja, że wszystko dobrze się skończy. Niestety, na moment przed zderzeniem zobaczył przewalone przez drogę drzewo... Jasnym dla niego było, że psy- zręczne jak wilki zapewne nad nim przeskoczą, bardziej jednak zajmowało go to, by samemu wyjść z tego cało.
Złamane żebro, liczne zadrapania i rozcięcie nad prawym okiem to nie były najgorsze obrażenia, jakie odniósł w życiu. W zasadzie uwagę zaprzątała jedynie obolała w kostce noga, gdyż utrudniała szybki chód. Spuścił psy, postarał się stłumić pęczniejący jak ciasto w kucharskim piecu ból głowy, po czym przyłożył odrobinę czystego śniegu do czoła, by oczyścić ranę. Chwilę potem był już w drodze.
- A niech to cholera. Chyba jednak nie jestem wcale taki młody.
Droga była naprawdę uciążliwa i z radością powitał światło palących się w oknach świec. Dziwiło go trochę, że było ich tak dużo. Wraz z bardzo szybko zapadającym zmierzchem coraz bardziej zdawał sobie sprawę , że jest cały przemarznięty. Może to było jedynie omylne złudzenie, ale zdawało mu się, że im jest bliżej, tym szybciej zanika ból w stłuczonych mięśniach i kościach. Do tej pory idąc skupiał się na widoku dwóch księżyców, które rozpoczynały swą wędrówkę po niebie. Chmury zasłaniały je co chwila, jakby jedynym celem ich istnienia było wchłonąć nieco bladego blasku. Teraz przyglądał się już tylko tym licznym świecom w oknach. Po chwili radości na kres i tak o wiele za długiej nawet dla wytrzymałego żołnierza wędrówki i z dotarcia na miejsce przyszło dziwne wrażenie, że wcale nie zbliża się do domu. Na próg dotarł, gdy był poważnie zaniepokojony. Pchnął solidne drzwi i zalał go blask. Blask, ciepło i duszność. Wszędzie- na stole, w oknach, na półkach i podłodze paliły się dziesiątki świeczników.
Cały czas tak naprawdę myślał o niej... Serce podskoczyło mu do gardła
- Uloro?
Szybkim krokiem, pod koniec prawie zaczynając biec wpadł do następnego pomieszczenia. Uderzenia butów o drewnianą podłogę roznosiły mu się echem po głowie. Leżała na łóżku, na plecach. Oczy miała zamknięte. Była...skórą. Ręce legły skrzyżowane na klatce piersiowej, która już nigdy nie miała się unieść. Przypadł do niej. Była całkiem zimna, tak jakby..
Jakby z jej żył wysączono każdą kroplę krwi. Uchylone okno trzaskało zupełnie jak nad ranem, wpuszczając powietrze burzące taniec każdego płomyka. Za nim zobaczył ślady. Coś nieludzkiego, obcego własnej naturze, potwornego wzbierało w nim przez ten cały czas. Gdy wybiegł na zewnątrz ciężki do opisania wrzask rozdarł nocne powietrze. Ciemność otuliła go czule i zagłuszyła moc pomiędzy wzgórzami. Ostatni powiew poruszył jej sukienką, a potem nie było już nic.
W szale pędził, z początku niby po śladach, dalej już na oślep i całkowicie gubiąc kierunek. Biegł tak bez końca, krztusząc się żalem, haustami powietrza, krzykiem. Nagie, czarne konary otaczały go zewsząd i starały się sięgnąć po niego, ale zawsze był szybszy o krok. Nie było w nim normalnego po stracie bliskiej osoby poczucia bezradności wobec tego, co stało się nieodwracalnie -tylko nieznośna pustka, i świadomość, że nie może przestać biec.
Z początku po prostu bał się, nie wiedzieć czemu otworzyć oczu. Później poczuł, że leży w czymś lepkim. Nagle zaszlochał z rozpaczy, nie będąc pewnym co jest jej przyczyną. Nie mógł sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Próbował się rozejrzeć, ale powieki zlepiała jakaś zakrzepła masa. Usłyszał odległe wycie i szorstkie, wilgotne coś poczęło wędrować mu po policzkach. Wreszcie się przemógł. Leżał głową przy pokrytym czarną korą pniu w zasychającej plamie krwi. Otaczały go wilki. To jeden z nich użył swego języka z sobie tylko znanych powodów, by wybudzić go ze snu, a może sprawdzić, czy żyje. Duże płatki śniegu leniwie wirując opadały na ziemię. Przypomniał sobie, i zaszlochał ponownie. Jak małe dziecko, albo przewrażliwiona szlachcianka. Potem w tym płaczu pojawiło się coś nowego. Był nadal głęboki, ale z domieszką podejrzeń i rodzącej się żądzy zemsty.
II. Smak zemsty
Grunghaar pogrzebał ją w miejscu, gdzie często spacerowali. Wygrzebywał z twardej ziemi kamienie, by ułożyć mały kurhan pośród wierzb, nieopodal zamarzniętego strumyka. W piwnicy odnalazł swą lekką zbroję płytową z czarnego metalu wytopionego niegdyś przez ojca. Oczyścił ją dokładnie, starannie naostrzył jedyną broń jaką (poza łukiem) zachował- dobrej roboty kunsztowne elfie ostrze. Starał się zmieścić w sobie gorzką rozpacz. Kiełkował w nim ostrokrzew o kwaśnych owocach zemsty, który zamiast słońcem i wodą żywił się właśnie nią.
Rankiem dwa dni potem skrywając twarz pod kapturem wkroczył na ulice Mortenburgu, rybackiej osady. Swe kroki skierował do karczmy z zamazanym szyldem, na którym pewnie nikt już nie pamięta co pisało. Pod drzwiami w oczyszczonym ze śniegu miejscu, na podartym kocu siedziała jakaś skatowana i pomarszczona, pijana kobieta. Kołysała się nerwowo, jakby wybijając paciorki. Przy tym co chwila do ust przytykała butelkę z jakąś trucizną. Gdy przechodził zwróciła się do niego podstępnym głosem:
- Panie, powróżyć ci?
- Wywróż sobie więcej butelek
Chociaż wewnątrz było cholernie duszno, paru gburów już chciało zacząć narzekać na tałatajstwo, co ciągle przychodzi i wpuszcza chłód. Jedno spojrzenie na przybysza wystarczyło im za dobry powód, by się nie odzywać. Grunghaar rozejrzał się po izbie, podszedł do tłuściocha ze szmatką w ręku i w mało sympatyczny sposób położył monetę na stole. Gdy ten szczerząc żółte zęby nalał mu siuśków, odezwał się po raz pierwszy:
- Czy ostatnio przejeżdżał tędy lub zatrzymywał się jakiś zamożny kupiec?
- Wisz, koleś. Albo przejeżdżał, albo nie- i ponownie na jego gębę wstąpiło coś uchodzące za uśmiech. Paskudny uśmiech.
Grunghaar miał dość tej speluny. Chwycił karczmarza i przyciągnął do siebie. Mina od razu mu zrzedła, a na czoło- jeżeli to możliwe- wstąpiło jeszcze więcej potu. Poszło łatwo- pomyślał równocześnie, gdy grubas zaczął mówić.
- Idź do Lurkera, czerwony budynek na rogu. Gadał z takim po ciemku.
Grunghaar popatrzył mu się jeszcze trochę niewzruszenie w oczy i puścił go. Zostawiwszy niedopite, nędzne piwo zabrał się do wyjścia. Tymczasem jakiś obibok wstał i z miną wstrętnego bandziora zastąpił mu drogę. Przechodząc zwyczajnie pchnął go z powrotem na zaplamioną ławkę, z której tamten dopiero co wstał. Teraz zamiast wpuszczać zimno, wypuścił nieco zatęchłego ciepła na zabłocone podwórze.
Ślady, po których próbował biec tamtej nocy szybko przykryła warstwa białego puchu, który od tygodnia prawie nieustannie spływał z nieba. A jednak domyślał się prawdy. Przeszłość upomniała się o niego za pośrednictwem dawnego przyjaciela...w najgorszy sposób.
Nie miał kłopotów z odnalezieniem budynku. Otworzył mu muskularny strażnik, bez słowa przyjrzał mu się i wpuścił do środka. Za biurkiem, w skórzanym fotelu siedział wychudzony pól-elf o kruczoczarnych, długich włosach spomiędzy których przenikała purpurowa blizna po oparzeniu.. Bawił się zdobnym sztyletem, obracając sztychem w zamyśleniu po kartce pergaminu. W popielniczce tliło się nadpalone cygaro. Grunghaar spostrzegł jeszcze dwóch strażników po bokach- uważnie go obserwowali. Ściany dziwnego biura miały ten sam co budynek, czerwony kolor. Podszedł dzwoniąc cicho pierścionkami kolczugi. Zsunął kaptur i zapytał:
- Miły pan w karczmie rzekł, że możesz coś wiedzieć o przejeżdżającym tędy niedawno czarnowłosym mężczyźnie wyglądającym jak mag, z blizną na lewym policzku, dłońmi w rękawiczkach i z jednym okiem zielonym, a drugim niebieskim.
Lurker pochylił się do przodu i wybuchnął chichotem, jednocześnie dając znak chłopcom.
- Dobrze mi cię opisał, Grunghaarze.
Poczuł żelazny uścisk dwóch par potężnych rąk. Nie musiał się obracać. Pół-elf podszedł z dosyć typową dla pierwszej części jego rasy arogancką postawą i stanął przed nim.
- Nie martw się. W umowie było zaznaczone, by tylko trochę cię uszkodzić. Otter, przynieś ten drewniany sprzęt do łamania rąk.
Wojownik obrał odpowiedni moment i z całej siły uderzył czołem prosto w nos Lurkera. Buchnęła krew.
- Psia mać! Spokojnie, chłopcy...Kurwa, złamałeś mi nos!
Grunghaar szamotał się jak mógł, ale nie był w stanie się wyrwać.
- Zrobimy chyba trochę więcej, niż przewidywała umowa.
Trzeci już wrócił, odpasał mu broń i odrzucił w kąt. Uwagę pół-elfa zaprzątnął chwilowo niedopałek. Wziął go i niebezpiecznie przybliżył do oka Grunghaara.
- Hm, co ty na to?
O ironio, dopiero teraz zauważył, że ma wolne nogi. Rąbnął jegomościa z poszkodowanym nosem w krocze i gdy biedak zgiął się na moment oswobodził się z uchwytów. Moment wystarczył.
Ten z lewej dostał boleśnie z łokcia. Drugi zdążył przewrócić mężczyznę okropnym prostym. Upadł na plecy. Elf i jeden z goryli zbyt zajęci byli sobą, ale drugi osiłek z Otterem uwalili się na niego ciężkimi cielskami i zaczęli go okładać. Poczuł, jak z rozwalonej wargi cieknie czerwień. Ryknął i wyprostowując nogi jak sprężyna z trudem zwalił ich z siebie. Wykorzystał wolne sekundy, by dobyć ostrza leżącego pod ścianą. Świsnęło dwa razy. Z rozciętych arterii polała się ciecz o barwie ścian i pewnych kolczastych kwiatków. Tego, co dostał z łokcia, złapał i pchnął głową na regał z książkami. Odpłynął w błogi sen. Może podrzemać o większych mięśniach.
Lurker cofał się z przerażeniem patrząc na spływające z ostrza strumyki
- N...nie
Mimo całej makabry wojownik nie mógł się powstrzymać od smutnego uśmiechu.
- Pójdziesz ze mną. Zaprowadzisz mnie.
Stary trakt już od kilku godzin przecinał spaloną w olbrzymim pożarze wiele lat temu puszczę. W efekcie na tym terenie rosła bardzo dziwna roślinność. Zmurszałe, nadpalone części drzew wciąż złowieszczo sterczały wszędzie, jakby wynurzone ręce skamieniałych topielców. Ostatnie błaganie o pomoc. Podróż nieznośnie się wlokła, ale nie mogli wymęczać koni, które notabene Grung przywłaszczył sobie od spiczastouchego. Obydwóm już dawno zaschło w gardłach. Jadąc patrzyli tępo w dal, gdzie kreska drogi coraz bardziej się zawężała- jak na bajkowych rysunkach. Nie wszystko przedstawiało się jednak tak bajkowo. Lurker i Grunghaar zawarli pewną umowę: jeden za drugim ma podążać choćby na koniec świata, jeżeli nie- oszukany dopadnie oszusta nawet tam. Zabawne? Tak sobie... Od ich wyjazdu z Mortenburgu minęło 6 dni. Pół-elf ze znanych powodów był czasowo nierozerwalny ze zgorzkniałym wojownikiem. Nie miał nadziei na to, że uda mu się uciec. Zresztą pod względem zgorzkniałości niewiele się różnili. Poza tym dla Lurkera nie było tragedią, gdy cały jego interes runął jak domek z kart- i tak nie miałby gdzie się podziać. Wiele rozmawiali nocując pod gołym niebem, w świetle ogniska. Co mieli robić innego? Dla Grunghaara, który nie sypiał, cisza momentami stawała się nieznośna. Pół-elf w końcu rozwiązał swój język, choć nie obyło się od okazywania człowiekowi pogardy. W codziennym życiu, które już nie wróci, to on był cały czas poddawany takim próbom. Po paru dniach zrozumiał, że to wcale nie jest zbytnio słuszne ani sensowne. Nigdy ksenofobia nie była w nim silna, a przecież jako "nieludzia" często nią w nim pielęgnowano. Opowiedział część swej historii. Życie nie było dla niego łaskawe. Kiedyś obrywał za szlachetność, potem gdy te upadki zniekształciły jego duszę, stał się chciwy. Pierwotnie miał w tym swój cel, ale z czasem popadł on w zapomnienie, aż były tylko czerwone ściany i swędząca blizna natarczywie każąca mu pamiętać. Powiedział, że dość ma swego imienia i chciałby, by Grunghaar nazywał go tak, jak dawno temu- Gawronem. Cichy, nowopoznany i specyficzny przyjaciel z chęcią przysłuchiwał się jego opowieściom, ale z niego trudno było coś wyciągnąć. Pewnego razu odparł tylko, że ma do spłacenia dług. Jechali do opuszczonego zamczyska 60 mil na południe od Middenheimu. Tyle wiedział Gawron. Milczący kompan wiedział coś jeszcze. Wiedział, że ktoś tam go oczekuje.
O zamku krążyły historie wyfruwające niczym słowiki z gardeł zabobonnych. Ludzka niechęć do owego miejsca przejawiała się choćby w tym, że w pobliżu nie było żadnych osad. Nawet takich, których nie ma na żadnych mapach. Podobno żył tam niegdyś pewien okrutnik. Raz do roku składał ofiarę w kamiennym kręgu. Wieść niesie, że porwał córkę burmistrza miasta leżącego na północ stąd i nie udało się jej odnaleźć. A także, że najlepiej nigdy tam nie trafić. Nie tylko raz do roku.
Skąpe zapasy wody zgromadzone w bukłakach i mięso upolowanego przypadkiem ogromnego szczuro-zająca, który wyskoczył na nich z przydrożnej nory szybko się kończyły. Tutaj padał jedynie siekący grad, zazwyczaj ostry jak małe igiełki i sprawiający niemiły ból odsłoniętym częściom ciała. Wieczorem dnia siódmego stanęli u wrót.
Obszar surowej, spękanej ziemi kończył się za zapierającą dech w piersiach swymi rozmiarami przepaścią. Wyglądała ona jakby jakiś szalony bóg oderwał kawałek ziemi tworząc postrzępione krawędzie, a następnie dalszą część zepchnął daleko w dół. Nad samym urwiskiem stało gotyckie, upiorne zamczysko. W okolicach najwyższej wieży można było dostrzec co jakiś czas drobną sylwetkę przelatującego z kryjówki do kryjówki nietoperza lub kruka. Pół-elf miał wrażenie, jakoby ta zbudowana z dziwnego, czarnego kamienia budowla sama była źródłem otulającej ją mgły. A może za przepaścią jakaś wiecznie uśpiona, przerażająca istota z każdym oddechem wydmuchiwała mlecznobiałe opary? Mimo to czarne kontury wyraźnie zarysowywały się na tle groźnie zachmurzonego, miejscami purpurowego nieba. Promienie słońca stroniły od pradawnych ścian jakby bojąc się, że ich dotyk może je pochłonąć. Lurker wyraźnie odczuwał, iż to miejsce wywołuje w nim jakiś nieuzasadniony niepokój.
- Wyśmienicie.
W okamgnieniu zbliżyli się do wejścia. Do majestatycznych, pokrytych płaskorzeźbami kamiennych drzwi prowadził długi rząd nadkruszonych zębem czasu i bardzo stromych schodów. Nie zważając na to Grung prędko wbiegł na sam szczyt. Jako że elf nie był taki żwawy, obrócił się i rzekł:
- Chyba nie myślisz, że będziesz stał sobie gdzieś z tyłu i się przyglądał?
Gawron westchnął i podążył za nim. Drzwi nie miały żadnej klamki, ani kołatki, więc wojownik miał nadzieję pchając je zrobić szczelinę wystarczająco szeroką, by można było się przecisnąć. Niestety, nawet gdy naprężał mięśnie do granic możliwości, kamienna płyta nie chciała przesunąć się ani o cal. Uderzył kilkakrotnie opancerzoną pięścią o wyrzeźbiony pysk demona, co miało pełnić rolę kulturalnego pukania, ale jedynym efektem jaki to przyniosło, było słabo słyszalne, głuche echo.
- Jeśli można coś wtrącić, myślę, że w normalnych warunkach zastalibyśmy tutaj górę gruzów. Wszystko trzyma się kupy dzięki magii- mówił Lurker- w takim wypadku można się dostać do wnętrza albo przez podziemne przejście, albo za pomocą magicznego portalu.
- A jednak, czasem na coś się przydajesz.
Gawrona zdziwiła gadatliwość mężczyzny. Zauważył, że pot spływa z niego strumieniami.
- Dobrze się czujesz?
- Poszukajmy... wejścia.
Grunghaar w czasie swojego życia zdążył się dowiedzieć czegoś o magii, i o ile dobrze pamiętał, każdy portal posiada jakiś klucz. Może to być nawet przelotna myśl. Jeżeli się go nie zna pozostaje liczyć na szczęście. Nigdy go nie miał. Postanowili poszukać w promieniu pół mili jakiegoś wejścia do podziemi. Wśród niesławnych właścicieli zamków modne były podziemne korytarze umożliwiające ucieczkę w czarnej godzinie. Okazało się, że postąpili słusznie. Parę godzin przed świtem noc wciąż była szczególnie jasna. Pod powierzchnią ziemi nie miało to najmniejszego znaczenia. Pół-elf zaimprowizował pochodnię gdy Grung zajmował się żelazną klapą ukrytą w porośniętym kolczastymi krzakami zagłębieniu.
Otworzyła się lekko i ze skrzypieniem. W pierwszych chwilach po zejściu Grunghaar irracjonalnie zaczął się obawiać, że panująca w podziemnych korytarzach ciemność dosłownie połknie ogień pochodni. Dopiero po paru długich sekundach mrużenia oczy przyzwyczaiły się do tego światła na tyle, by mógł iść do przodu. Gawron nie miał z tym kłopotów, ale to nie on prowadził. Przejście było bardzo ciasne i nieregularne. Schodzili coraz głębiej, a pod nogami wyczuwali niekiedy małe kałuże wody. W niektórych fragmentach korytarza wojownik musiał zarówno się schylać, jak i przechodzić bokiem. Parli dalej i dalej, zakręcając, mijając zawalone odnogi, raz natknęli się na głucho zatrzaśnięte i niemożliwe do otwarcia drzwi. Wkrótce los dostarczył im sposobności, by się domyślać, dokąd prowadziły.
Dotarli do skrzyżowania. Coś podpowiadało Lurkerowi, że właściwa droga wiedzie na wprost. Z prawej dobiegały ich odgłosy przypominające mieszanie łyżką w garnku. Grung jednak rozejrzał się, i szybkim krokiem ruszył prawym korytarzem, który był znacznie szerszy. Po niedługim czasie znaleźli się u wejścia do sporej pieczary. W centrum pomieszczenia szykując jakiś niearomatyczny wywar w kotle stała zwrócona do nich plecami zgarbiona starowinka. Zaintrygowany pół-elf sprawdził, czy w razie czego będzie można prędko sięgnąć po sztylet i dziarsko przybliżył się do wykrzywionej, cherlawej postaci. Na rozlicznych półkach poustawiane były przeróżne fiolki, słoiki z obrzydliwościami, i przedmioty przywodzące na myśl ingrediencje do zaklęć. Ale nie... to absurdalne. Pewnie zdziwaczała żyjąc na pustkowiu i lubi sobie pogotować na starość... Tknął ją delikatnie długim palcem w plecy. Odwróciła się błyskawicznie, a on był o krok od wrzaśnięcia i ucieczki jak najdalej stąd. Zobaczył przed sobą obleśną, pomarszczoną twarz- mały, jakby stożkowaty i zielony język lekko wychodzący poza obręb otworu gębowego mieszczącego w sobie sczerniałe, zionące odchodami na metr nieliczne kły. Poza tym wytrzeszczone jedno oko, po drugim zaś gnijącą dziurę i wyrastające z orlego nosa kępki włosów. Babuleńka zlustrowała go uważnie, cmoknęła i zaczęła na cały głos zrzędliwie rechotać obryzgując go kropelkami śliny. Grunghaar z lekkim niepokojem, ale i rozbawieniem przyglądał się wszystkiemu stojąc o krok za kompanem. W końcu jej śmiech przerodził się w niezdrowy kaszel. Po chwili odezwała się piskliwym, zachrypniętym głosikiem.
- Wybadżcie powitanie, alem dawno nie widziała takich pięknisiów. Ja- wiedźma
Kłujoko. Ja- przyjaciel- rzekła pokazując kolejno na siebie i na pół-elfa- Ja- przyjaciel.
- R-rozumiemy -odparł wzburzony, powracający do równowagi psychicznej Lurker
- Rozumiecie? Ach! To musicie być wy! - i z zapraszającym gestem ręki patrząc na stojącego z tyłu wojownika przeszła do krzywego stołu o pięciu nogach. Gdy ten niewyraźnie okazywał, że mu się nie śpieszy, zaskrzeczała:
- Dalejże, przecie nie gryzę... a jak już, to tylko czasami.
Gdy podeszli wygrzebała spod stosu zwojów grubą księgę; na pierwszy rzut oka było widać, że oprawioną w skórę, na drugi, że ludzką. Ponownie użyła palca wskazującego z naciskiem
uświadamiając im, że powinni na owym przedmiocie skupić całą swą uwagę.
- To jedyne, czego pragnicie. Tutyj jyst wszyztko, co chcycie wiedzieć. Wszyzdkie łodpowiedzi. Możycie stać siem mondrzy. Przeczytam wam każdom stroneł, ale musicie coś dla mnie zrobić.
- Nie wydaje mi się, żebym planował cokolwiek dla ciebie zrobić, szalona, biedna kobieto- odpowiedział Grunghaar
Kłujoko ze złowieszczym wyrazem twarzy popatrzyła to na księgę to na nich i podejrzanie pokręciła nosem
- Źle. Można jeich wykorzystać zawsze w inny sposób.
Zgarnęła ze stołu zakrzywiony nóż i szybko, za szybko jak na 70- latkę zamierzyła się nim w szyję Gawrona. Jednocześnie w jej lewej uniesionej ręce pojawiły się syczące wstążki energii.
Lurker okazując nadzwyczajną zręczność zrobił unik, a Grung równie szybko wbił jej miecz w brzuch prawie po rękojeść. Nie krzyknęła- spojrzała ze zdziwieniem w dół, chichnęła i z pyknięciem rozpłynęła się w powietrzu. Zaczęli się nerwowo obracać. Nagle Grunghaar poczuł na karku cuchnący oddech i usłyszał skomplikowane szepty. Wiedział co to znaczy- błyskawicznie się obrócił i jednym ciosem ściął jej głowę... poturlała się po brudnej szmacie i uderzyła w podstawę kotła jak w gong. Ze sklepienia zleciały spłoszone nietoperze.
Gdy emocje opadły, wciąż nieco spięci jakoś nie mieli ochoty śmiać się z tego, co ich spotkało. Gawron znalazł dwa godne uwagi magiczne przedmioty- płaszcz pozwalający się wtopić w otoczenie bardzo podobny do elfich piwawfi i złoconą różdżkę. Wziął jeszcze parę zwojów twierdząc, że można je drogo sprzedać. Oby los dał mu szansę to zrobić, myślał człowiek. Zdecydowali się tutaj odpocząć. Może zapachy ani wspomnienia nie były najprzyjemniejsze, ale później okazja raczej się już nie nadarzy.
III. Sny
Grunghaar powoli zapadając po raz pierwszy od wielu dni w otchłań snu ze stopniowo malejącym skupieniem myślał o gorączkowo oczekiwanej chwili, która ma niebawem nadejść. Nie mógł rozgryźć powodów nienawiści, która kieruje tym, kto zabrał mu Ulorę. Później nawiedziły go niejasne, okropne sny. Pierwsza pojawiła się głowa wiedźmy pod choinką, potem obserwował jak pół-elf chodzi w kółko po identycznych pomieszczeniach, a ich fioletowe ściany wchłaniają atramentową czerwień z wyprutych wnętrzności i z krwi poddawanych torturom. Lurker przynosił pełne wiadra i wylewał je na ściany, uparcie starając się, by zmieniły kolor. Gdy długo nie wracał z kolejną dawką, pobiegł za nim i ujrzał Ulorę w ślubnym welonie pochylającą się nad studnią. Obok niej Gawron czekał, aż poda mu następną porcję "farby". Z głębi okrągłej dziury dochodziły wrzaski, ale wiadro wciąż nie chciało się napełnić. Wbrew sobie nagle poczuł, że musi się jej napić, choćby nie wie co, musi się napić... myśląc, że pewnie ścieka po ścianach, wrócił się, lecz na nich dookoła zobaczył jedynie powtarzające się, krzywe napisy: -TY JĄ ZABIŁEŚ, WYSSAŁEŚ, TY...
Chciał wydrapać sobie oczy... cokolwiek, by przestać to widzieć lecz w tym momencie nadpłynęła z powrotem pełna świadomość i wyręczyła go jak stary, dobry służący swego niedomagającego pana.
Otworzył oczy z ulgą, że senna męczarnia dobiegła końca. Chciał usłyszeć, jak Ulora go uspokaja, że ty tylko koszmar, który już dobiegł końca. Żałosne. Od tamtej nocy, cokolwiek będzie mu się śniło- obudzi się, by żyć w jeszcze gorszym koszmarze.
Lurkera nigdzie nie było.
Podróż przez podziemne, ciasne korytarze skończyła się w momencie, gdy wszedł po drabinie, by zaczerpnąć pierwszy oddech przesyconego starością powietrza, które wypełniało próżnię pustych komnat zamczyska. Trzymając trzeszczącą pochodnię w prawym ręku wyszedł z niewielkiego, wypełnionego zardzewiałymi narzędziami tortur lochu. Znalazł się w wejściowym pomieszczeniu, a za jego plecami spod szpary pomiędzy posadzką a wiekowymi, kamiennymi drzwiami nieśmiało spozierały promienie słońca. Zdawało mu się, ze słyszy jakiś szum, jakby cała budowla żyła i alarmowała samą siebie o nowym przybyszu. Miał do wyboru dwustronne, łukowo opadające schody, które prowadziły na pierwsze piętro oraz drzwi pomiędzy i pod nimi. Tam udał się na początek. Kurz pokrył wszystko gruba warstwą, piętnem czasu. Niegdyś musiało to być coś w rodzaju botanicznego laboratorium. Zniecierpliwiony, przysłuchując się własnemu oddechowi zauważył, że w niektórych miejscach kurz był starty. Na stole stał oparty na nóżce czyjś obramowany portret. Nie mógł dowiedzieć się kogo przedstawiał, gdyż szkło pokrywające płótno zostało zbite w dziesiątki małych odłamków, a jednak tą dziwna sobie właściwością nie rozleciało się, wciąż tworząc całość. Obok leżało podobnie potraktowane, małe lusterko. Udał się na górę i wszedł do środkowego pomieszczenia. Księgi razem z przewróconymi regałami pozrzucane na podłogę wyściełały wyblakły, widoczny w paru miejscach orientalny dywan. Dalej -pusto, pod ścianami znieruchomiałe, tłuste szczury. Kolejny pokój- to samo.
Zbliżył się do następnych na swej drodze drzwi. Miękko nacisnął klamkę i... W dużej, balowej sali panowała uczta. Wytworna arystokracja bawiła się w gry pozorów, zaprzyjaźnieni wymieniali uszczypliwe komentarze, chichoty i ploteczki grasowały nad nimi jak plaga much. Część tańczyła przy bretońskiej muzyce granej przez zaproszoną kapelę. Ci na parkiecie, jak prędko się nieco oszołomiony wszystkim zorientował, składali się z samych młodych kawalerów i dziewcząt. Pomiędzy nimi szwendały się nieliczne samotne osoby z kieliszkami w dłoniach. Zdawało mu się, że wśród nich zauważył szefa karczmy, opryszka który tamże wstał z ławy, pijaną kobietę siedzącą pod drzwiami, a nawet ochroniarzy pół-elfa. Przy podłużnym, suto zastawionym stole siedzieli zaś poważni, sędziwi mężczyźni. Jeden z nich, zajmujący honorowe miejsce gospodarza natychmiast go zauważył i potrząsając przy śmiechu siwymi lokami wskazał przybysza najbliższym towarzyszom. Przeprosił ich i w chwilę potem był już przy Grunghaarze.
- Ach, witaj! Wreszcie przybyłeś. Możesz zdjąć tą zbroję. Proszę, usiądź tutaj przyjacielu i skosztuj skromnego posiłku- mówił z uśmiechem
Wojownik uznał, że to gra warta świeczki i czym prędzej nałożył na swój talerz dziwne czerwone coś. Spojrzał na siedzącego obok mężczyznę i zwrócił się do niego konspiracyjnie:
- Jak ci zleciał czas, przyjacielu?
- Wszystko w najlepszym porządku- odparł przeżuwając pokarm- intryga jest doskonała i będzie gotowa na właściwą porę- po czym zręcznie zaśmiał się ze skończonego przez kogoś w tamtym momencie dowcipu.
Niedowierzając własnym zmysłom przyjrzał mu się dokładnie- przez mgnienie oka zdawało się, że w miejscach rumianych policzków i zielonych, pałających wewnętrzną siłą oczu widzi gnijąca tkankę twarzy i puste oczodoły. Obrócił wzrok w prawo, na innych biesiadników. To samo.
Wszyscy, którzy mieli opróżnić talerze, już to zrobili. Gospodarz zdjął serwetkę, klepnął go w plecy i wstawszy od stołu lawirując pomiędzy tańczącymi, zaprowadził z przyjacielską, jakby chytrą miną do bocznych drzwi. Grung sądził, że zawiedzie go gdzieś, gdzie zapewne knuje tą swoją doskonałą intrygę, by objaśnić szczegóły i pochwalić się efektami pracy. Przed samym wejściem mężczyzna diabelsko się szarpnął, tym samym ruchem obrócił go plecami do drzwi i z ogromną siłą wbił ostry nóż zabrany ze stołu prosto w jego nieosłonięty brzuch. Sekundy płynęły jak lepki syrop: muzyka ucichła- stal zagłębiła się w ciało jak w nadgniłą brzoskwinię- usłyszał powszechny jęk udawanego zdziwienia wśród nagle wpatrzonych w niego balowiczów, ukrywających okropne oblicza za maskami- poczuł, że siła ciosu sprawia, iż tyłem otwiera dwuczęściowe drzwi i wpada do środka, lądując na twardej, zimnej posadzce. Te same drzwi, z dobiegającym zza nich szyderczym śmiechem zatrzasnęły się odcinając dopływ światła.
Krew z rany obficie zalewała mu ręce, strumykami spływała na dół by złączyć się we wciąż rosnącą kałużę. Podchodziła mu również do gardła, gorzka, paląca wędrowała po brodzie za kołnierz. Ostatkiem sił podczołgał się do bliskiej ściany i złapał za ledwie wystającą końcówkę rączki niemożliwie zagłębionego noża. Ślizgała się w palcach, ale wreszcie mocno schwycił i mężnie wyciągnął całość ze śladami żółtego kremu. Szczękał zębami z zimna. Po lewej z przerażeniem dostrzegł Lurkera. Jego oczy były pozbawione źrenic, ślinił się i cicho śmiał w otępieniu.
Usłyszał dźwięk odsuwanego wieka grobu. Spojrzał. I zobaczył. Z sarkofagu z nienaturalną szybkością wyłonił się jego dobry znajomy z dawnych lat- kompan krwawych klęsk, który nie potrafił zapomnieć i popadł w obłęd... teraz potworny wampir. Cienie zbiegały się dookoła, gdy śmiertelnie blady, dawny nadworny mag Carycy wodził wokół niego pazurzastymi dłońmi.
- Widzisssz? Zossstaliśmy tylko my dwaj. Terass będziemy mogli na nowo toczyć sstare bitwy, i żadnej nie przegramy. Nie ma już przeszkód. Śśśmierć nass nie tknie, ssserca zamilkną... Śpij już, śpij...
Gromph