|
Dzień z życia ucznia
Obudziło mnie szczekanie psa sąsiada. "Zdjąłem" za
pomocą snajperki najpierw psa, a potem sąsiada. Dobrze, że
reszta mieszkańców jeszcze spała i nikt się nie wychylił,
aby sprawdzić, co się stało; szkoda nabojów. Powtórzyłem
moje motto: "damn the present day, fuck the present day",
zerwałem kartkę z kalendarza i postanowiłem znowu rzucić się
w bagno, jakie przynosi każdy nowy dzień. Umyłem zęby, przepłukałem
szklanką spirytusu. Wziąłem ze stołu resztkę pieniędzy, które
klasa powierzyła mi w nadziei, że wpłacę je na wspólne konto
(wniosek - dobrze jest być skarbnikiem) i udałem się do sklepu
w celu kupna niezbędnych do życia artykułów spożywczych.
Schodząc po schodach kopnąłem kota. Kot nie zareagował, bo był
od wczoraj bardzo martwy. Napił się kwaśnej wody z kałuży.
W sklepie jakiś tłustawy pan dzielił się z ekspedientką swoją
wizją przyszłości kraju: "oni nas wydoją do reszty,
przez ten rząd zdechniemy z głodu!", Po czym kupił 12
kilo szynki królewskiej i zapłacił dwusetką. Zabawne, pozwoliłem
mu odejść z życiem. Co nie znaczy, że odszedł w całości -
dłoń z banknotem powędrowała do kasy. Dlaczego? Zabrakło 3 zł,
a tasak ekspedientki był nowy i wymagał sprawdzenia w warunkach
bojowych. Po kupieniu żółtego sera (a może białego "z
drugiej ręki') wróciłem do domu - na szczęście miałem
odliczoną kwotę. Zjadłem śniadanie, zarzuciłem zwyczajowe 40
kilo ładunku na plecy (5 % - książki i zeszyty, 95 % -
przybory szkolne: kilka granatów, poręczna dwururka na bliskie
spotkania, snajperka, uzi oraz moje ukochane dziecko - długi na
dwa metry, szeroki na pół metra miecz - używam go w ostateczności,
gdyż nie lubię go brudzić - czasy teraz niepewne, można
chwycić EJC lub inne BSE) i ruszyłem do szkoły, dumy naszego
miasta: Zespołu Szkół Elektroniczno - Militarnych.
Postanowiłem
dla żartu (i możliwości wyżycia się) pójść przez planty.
A raczej po obrzeżu plant; środek zarósł tak, że trudno było
się przezeń przedrzeć, a w środku można było się natknąć
na surwiwalistów, stanowiących kiedyś oddziały policji - parę
naście lat temu mafia legalnie przegłosowała rozwiązanie tejże.
Na jednej z ławek siedziała grupa "złotej młodzieży"
z 13 LO. Łatwo poznać, skąd są - po braku uzbrojenia (wyrzekają
się przemocy, przez co do matury dożywa 9 % uczniów, a tych,
co przeżyli maturę było przez ostatnie 50 lat trzech). Gorzej
rozpoznać, czy to chłopaki, czy dziewczyny - wszyscy tonęli w
tych swoich polarach, nosili krótkie blond-włosy oraz kolczyki
i diament w nosie. Nie wkurzało mnie to - wkurzyło mnie coś
innego: wszyscy przesyłali sobie SMS-y, mimo że siedzieli zaraz
obok siebie oraz śmiali się głośno, kiedy takowy otrzymali.
Rzuciłem im granat - ostatni z niezbyt udanej serii produkcyjnej
(czasem odbijały się, jak chciały - byłbym dostał za to parę
uwag, ale na szczęście jednemu nauczycielowi urwało ręce, a
drugi nie miał do tego głowy). Jeden tylko przeżył, ale urwało
mu nogi. Szybko zebrał się tłum gapiów. "Co, do domu już
nie dojdziesz!" - śmiali się serdecznie. Reszta drogi do
szkoły upłynęła spokojnie - czołgopekaesy były zbyt dobrze
opancerzone, aby z nimi zadzierać. W samej szkole było nudno -
to był koniec miesiąca, więc po serii wyczerpujących
sprawdzianów wszystkim już brakowało amunicji. Dzisiaj jedynie
nauczyciel P.O. oberwał w ramię: wynikało to z braku uwagi
uczniów; nauka przysposobienia obronnego w dzisiejszych czasach
to tak samo, jak nauka alfabetu na studiach polonistycznych.
Droga do domu również wypadła spokojnie - jedynie grupa ku-klux-klanowców
wieszała na drzewie zwolennika gry czarnoskórych w
reprezentacji Polski (łatwo ich poznać - po koszulce z napisem
"kiedyś znowu zagramy w Mistrzostwach Świata!"). Gość
darł się w niebogłosy, więc jakiś dziadek wychylił się z
okna swojego domu: "Bawcie się ciszej dzieci, ciszej trochę
proszę!" "S[...]j dziadku!" - usłyszał miłośnik
ciszy i schował się z powrotem. Jeden z ku-klux-klanowców
jednak powiedział: "Ty, on ma rację! Lepiej poderżnijmy
mu gardło!" "Jak to? I powiesimy go martwego!? Poza
tym okrwawi nam sznur!" Zostawiłem ich z tymi problemami
estetycznymi i poszedłem prosto do domu. Tam zapuściłem moją
ulubioną płytę na wieżę i zabrałem się za odrabianie
zadania. Zadane było wypracowanie na temat: "Dlaczego
Konrad Wallenrod musiał użyć podstępu wobec Krzyżaków?"
Odpowiedź jest jedna, krótka i prosta: "Bo żył w
okrutnych czasach."
Poszedłem spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Mariusz Saint
mariuszsaint@interia.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|