Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

POWRÓT DO
AM




 
  <<< poprzednie :::: następne >>>
 

:::: Royal Gryffin ::::

Nowy, stary dzień


Dzień, jak co dzień, budzę się rano, wkurza mnie okropny przeraźliwy dźwięk budzika, wyrywa mnie z krainy wiecznie zielonych lasów i łąk, krainy mojej dziwnej fantazji, gdzie nie ma przemocy, króluje przyjaźń, nikt nie zabija, nie kradnie, nie gwałci... Wszyscy się rozumieją, nie wytykają siebie nawzajem palcami, nie zgrzytają zębami, nie mają ironicznie zmrużonych oczu, nie wzruszają ramionami w geście bezradności.....

Pipipipip!!!!!
I znowu budzik...
Trzeba obudzić się już do końca. OK wstaję, podchodzę do lustra, przecieram zaspane oczy i co widzę? Ja. Ta sama twarz, co wczoraj. Te podkrążone oczy jeszcze czerwone od siedzenia do późnej nocy przed kompem. W imię czego???? Dla zabawy? Nie, nie wiem.
W wielkim pośpiechu wpadam do kuchni, zabieram kromkę chleba i nerwowo ją gryzę, przełykając szybko, popijam łykiem zimnej, wczorajszej herbaty. Spoglądam na zegarek i wybiegam z domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Biegnę na autobus. Jest zimno, zapomniałem czapki.

Jestem już na przystanku, okropny tłok. Autobus nie nadjeżdża, zaczyna padać śnieg. Ludzie przestępują z nogi na nogę, rozcierają zmarzłe ręce. Wszystko jest takie szare. Zajechał długi przegubowy bus, wyładowany po brzegi. Wciskam się na siłę, tak już jestem w środku. Zaparowane szyby, okropny zaduch. Kierowca ma trudności z ruszeniem, koła bezwładnie kręcą się w zaspach, ale maszyna zaczyna się poruszać. Na ostrych zakrętach wszyscy lecą na siebie ( bez śmiechów :P )
Kolejny przystanek. Ci to już nie mają tyle szczęścia, co ja, nie ma już kompletnie żadnego miejsca.
Upchani w środku niczym śledzie w puszce.
Na horyzoncie wyłania się posępny ogromny budynek, przed nim kilka samochodów jak to zawsze rano. STOP, wysiadać.
Ludzie wylewają się jak jakaś chmara szarańczy, ale w przeciwieństwie do niej, nie są tacy szybcy, po prostu ociągają się, jakby szli na skazanie. Za szkołą stoi paru chłopaków, dopalają papierosa, oddech paruje, z peta unosi się szary dym. Wchodzę przez ogromne drzwi do holu. Z tęsknotą obserwuję ostatnie blaski dnia, od teraz będzie mi towarzyszyć tylko sztuczne światło lamp neonowych

Rozlega się dzwonek, spotykam znajomych rzucam to tradycyjne: "cześć" oni odpowiadają i idą dalej w swoją stronę. Wpadam do klasy mówię: Bry pani profesor, przepraszam za spóźnienie.
Siadam na tym samym, co zawsze miejscu, wyciągam książki...
Dzwonek. Wychodzę z klasy żeby po pięciu minutach przybyć do następnej. Dzwonek.
Kolejna lekcja. Zostałem wywołany do rozwiązania jakiegoś zadania, co nieco wiedziałem, ale i tak nie poszło mi rewelacyjnie. Siadaj trójka!! Dzwonek.
Następna klasa, następna lekcja. Belfer sprawdza zadanie i zaczyna nowy temat. Przysypiam w połowie i na chwile znowu jestem wolny. Ej panie Kowalski, obudź się pan!!!! Zostałem właśnie brutalnie oderwany od mojej krainy szczęśliwości. Spoglądam za okno, szare, bezlistne drzewa, pokryte cienką warstwą śniegu, ale nie śniegu białego, lecz... szarego. Dzwonek
Koniec lekcji na dzisiaj. Ubieram niedbale kurtkę, owijam się szalem i wychodzę z miejsca mojej edukacji. Zaczyna się ściemniać. Na ulicy załączono latarnie, blade światło oświetla chodniki zasypane śniegiem. Dochodzę do przystanku. Pada deszcz, śnieg powoli się topi.

Nadjeżdża bus, przy okazji błoto z pod koła ochlapuje jakaś dziewczynę. Jestem w środku. Siadam gdzieś w połowie autobusu. Przed moim oczami przewijają się jakieś widoki, nie mające żadnego znaczenia. Nagle robi się jaśniej, przejeżdżam obok hipermarketu. Masa świateł, kolorowe neony, choinki, mikołaje nakłaniają do zakupów, hostessy pod uśmiechem kryją złość, jakiś mężczyzna pcha wózek pełen po brzegi zakupów, obok siedzi żebrak. Jadę dalej, sztuczna łuna sztucznej atmosfery oddala się powoli. Gdzieś w oddali słychać jeszcze fałszującą kobietę, która śpiewa już, któryś raz z rzędu to samo. Nikną światła wielkiego miasta.
Wjeżdżam w las. Ciemno. Pojedyncze latarnie pojawiają się by za chwilę zniknąć w mroku.

I wreszcie jestem na miejscu, miejscu zwanym dom. Zmarzniętymi palcami wkładam klucz do zamka, przekręcam i wchodzę. Miłe ciepełko, czuję już zapach obiadu. Wchodzę do góry.
Matka kręci się koło pieca. Jestem w moim pokoju, te same ściany to samo okno i ten sam widok, co zawsze. Jem obiad, który wcale nie jest taki smakowity jak się wydawało, ale posiada jedną zaletę - jest ciepły. Zasiadam w miękkim fotelu przed telewizorem. Pierwszy program, 1984 odcinek Mody na sukces, ja wysiadam. Drugi program: reklama, jakiś facet pierd... o atmosferze świąt i że najlepiej ją stwarza Kola Koka. Kolejny program: przygody super, hiper, makro, hipo bohatera w zamierzchłej przeszłości, gdy potwory prześladowały ludzi ( tak jakby ludzie teraz nie mieli problemów) Znowu reklama, zapowiedź jakiegoś dennego filmu, audiotele.
Następny program a tam w domu wielkiej siostry grupa imbecyli, którzy są tam po to tylko żeby zgarnąć jak najwięcej kasy i żeby stać się sławnymi dzięki swojemu wyuzdaniu i braku wstydu
- Nie, nie prawda!! - Oni są tam po to żeby się dobrze bawić!! Popatrz tylko na Janusza - ktoś powiedział
Nie aż tak pomieszane w "musku" ( ;P) nie mam , żeby oglądać to coś , idę lepiej na spacer. ( wiem musk pisze się mózg )

Wychodzę. Zatrzaskuję drzwi. Idę wzdłuż wystaw sklepowych, setki i tysiące kolorowych żarówek, dziesiątki uśmiechniętych gęb jakichś facetów przebranych w czerwone ciuchy - to "mikołaje" - przecież to tylko przebrani pajace, taki wyidealizowany typ amerykańskiego Mikołaja - mikołaj wspólnik w interesach, pomagający jedynie w tym by przyciągnąć więcej klientów.
Jestem na rynku, nie żeby było tłoczno, ale ludzi jest tu sporo. Wśród idących dostrzegam jedną wyróżniająca się postać, bije od niej jakby jasne światło, te oczy... Staję w miejscu, idący z przeciwka popychają mnie, stoję dalej. Ona nadchodzi. Patrzę jak zauroczony, nie mogę oderwać spojrzenia od jej oczu, uśmiecham się, ona też i... przechodzi obok. Odwracam się, ale jej nie widzę, szukam jej błędnym wzrokiem wśród tłumu zmierzających niewiadomo dokąd. Nie ma Jej... Zniknęła... Czy jeszcze kiedyś Ją spotkam?
Idąc do domu rozglądam się.

Niestety... staję przed drzwiami, zaczyna bardziej sypać śniegiem. Zasiadam za biurkiem. I zaczynam się uczyć, ale nie potrafię się skupić. Wyglądam za okno i widzę drzewka ubrane w kolorowe lampki, udekorowane złotymi, srebrnymi łańcuchami, przecież jest dopiero 29 listopada...
Już próbują stworzyć "atmosferę świąt"... Kończę odrabiać lekcje.
Siadam przed kompem, gram chwilkę, patrzę na zegarek, jest już 23.
Biorę prysznic, ponownie siadam nad książkami i o 24 kładę się spać.

Patrzę w szary sufit.

Te oczy, to spojrzenie. Oczy niczym dwa nieskazitelne zwierciadła, które odbijają niebo w bezchmurną, gwieździstą noc...
Powoli zamykam powieki. Może spotkam Ją, chociaż we śnie. Myślę jeszcze chwile i oddaję się słodkiej niemocy, spływa na mnie sen.
Te oczy....
Zasypiam. Spod powieki wypływa łza, płynie powoli po policzku by na końcu spaść na szarą poduszkę...
Te OCZY....


Pipipipipipi !!!!!!! I znowu wstaje nowy - stary dzień



Royal Gryffin

phantazm@interia.pl


<<< poprzednie :::: ^^ do góry ^^ :::: następne >>>