|
Nowy, stary dzień
Dzień, jak co dzień, budzę się rano, wkurza mnie okropny
przeraźliwy dźwięk budzika, wyrywa mnie z krainy wiecznie
zielonych lasów i łąk, krainy mojej dziwnej fantazji, gdzie
nie ma przemocy, króluje przyjaźń, nikt nie zabija, nie
kradnie, nie gwałci... Wszyscy się rozumieją, nie wytykają
siebie nawzajem palcami, nie zgrzytają zębami, nie mają
ironicznie zmrużonych oczu, nie wzruszają ramionami w geście
bezradności.....
Pipipipip!!!!!
I znowu budzik...
Trzeba obudzić się już do końca. OK wstaję, podchodzę do
lustra, przecieram zaspane oczy i co widzę? Ja. Ta sama twarz,
co wczoraj. Te podkrążone oczy jeszcze czerwone od siedzenia do
późnej nocy przed kompem. W imię czego???? Dla zabawy? Nie,
nie wiem.
W wielkim pośpiechu wpadam do kuchni, zabieram kromkę chleba i
nerwowo ją gryzę, przełykając szybko, popijam łykiem zimnej,
wczorajszej herbaty. Spoglądam na zegarek i wybiegam z domu,
zatrzaskując za sobą drzwi. Biegnę na autobus. Jest zimno,
zapomniałem czapki.
Jestem już na przystanku, okropny tłok. Autobus nie nadjeżdża,
zaczyna padać śnieg. Ludzie przestępują z nogi na nogę,
rozcierają zmarzłe ręce. Wszystko jest takie szare. Zajechał
długi przegubowy bus, wyładowany po brzegi. Wciskam się na siłę,
tak już jestem w środku. Zaparowane szyby, okropny zaduch.
Kierowca ma trudności z ruszeniem, koła bezwładnie kręcą się
w zaspach, ale maszyna zaczyna się poruszać. Na ostrych zakrętach
wszyscy lecą na siebie ( bez śmiechów :P )
Kolejny przystanek. Ci to już nie mają tyle szczęścia, co ja,
nie ma już kompletnie żadnego miejsca.
Upchani w środku niczym śledzie w puszce.
Na horyzoncie wyłania się posępny ogromny budynek, przed nim
kilka samochodów jak to zawsze rano. STOP, wysiadać.
Ludzie wylewają się jak jakaś chmara szarańczy, ale w
przeciwieństwie do niej, nie są tacy szybcy, po prostu ociągają
się, jakby szli na skazanie. Za szkołą stoi paru chłopaków,
dopalają papierosa, oddech paruje, z peta unosi się szary dym.
Wchodzę przez ogromne drzwi do holu. Z tęsknotą obserwuję
ostatnie blaski dnia, od teraz będzie mi towarzyszyć tylko
sztuczne światło lamp neonowych
Rozlega się dzwonek, spotykam znajomych rzucam to tradycyjne:
"cześć" oni odpowiadają i idą dalej w swoją stronę.
Wpadam do klasy mówię: Bry pani profesor, przepraszam za spóźnienie.
Siadam na tym samym, co zawsze miejscu, wyciągam książki...
Dzwonek. Wychodzę z klasy żeby po pięciu minutach przybyć do
następnej. Dzwonek.
Kolejna lekcja. Zostałem wywołany do rozwiązania jakiegoś
zadania, co nieco wiedziałem, ale i tak nie poszło mi
rewelacyjnie. Siadaj trójka!! Dzwonek.
Następna klasa, następna lekcja. Belfer sprawdza zadanie i
zaczyna nowy temat. Przysypiam w połowie i na chwile znowu
jestem wolny. Ej panie Kowalski, obudź się pan!!!! Zostałem właśnie
brutalnie oderwany od mojej krainy szczęśliwości. Spoglądam
za okno, szare, bezlistne drzewa, pokryte cienką warstwą śniegu,
ale nie śniegu białego, lecz... szarego. Dzwonek
Koniec lekcji na dzisiaj. Ubieram niedbale kurtkę, owijam się
szalem i wychodzę z miejsca mojej edukacji. Zaczyna się ściemniać.
Na ulicy załączono latarnie, blade światło oświetla chodniki
zasypane śniegiem. Dochodzę do przystanku. Pada deszcz, śnieg
powoli się topi.
Nadjeżdża bus, przy okazji błoto z pod koła ochlapuje jakaś
dziewczynę. Jestem w środku. Siadam gdzieś w połowie autobusu.
Przed moim oczami przewijają się jakieś widoki, nie mające żadnego
znaczenia. Nagle robi się jaśniej, przejeżdżam obok
hipermarketu. Masa świateł, kolorowe neony, choinki, mikołaje
nakłaniają do zakupów, hostessy pod uśmiechem kryją złość,
jakiś mężczyzna pcha wózek pełen po brzegi zakupów, obok
siedzi żebrak. Jadę dalej, sztuczna łuna sztucznej atmosfery
oddala się powoli. Gdzieś w oddali słychać jeszcze fałszującą
kobietę, która śpiewa już, któryś raz z rzędu to samo.
Nikną światła wielkiego miasta.
Wjeżdżam w las. Ciemno. Pojedyncze latarnie pojawiają się by
za chwilę zniknąć w mroku.
I wreszcie jestem na miejscu, miejscu zwanym dom. Zmarzniętymi
palcami wkładam klucz do zamka, przekręcam i wchodzę. Miłe
ciepełko, czuję już zapach obiadu. Wchodzę do góry.
Matka kręci się koło pieca. Jestem w moim pokoju, te same ściany
to samo okno i ten sam widok, co zawsze. Jem obiad, który wcale
nie jest taki smakowity jak się wydawało, ale posiada jedną
zaletę - jest ciepły. Zasiadam w miękkim fotelu przed
telewizorem. Pierwszy program, 1984 odcinek Mody na sukces, ja
wysiadam. Drugi program: reklama, jakiś facet pierd... o
atmosferze świąt i że najlepiej ją stwarza Kola Koka. Kolejny
program: przygody super, hiper, makro, hipo bohatera w zamierzchłej
przeszłości, gdy potwory prześladowały ludzi ( tak jakby
ludzie teraz nie mieli problemów) Znowu reklama, zapowiedź
jakiegoś dennego filmu, audiotele.
Następny program a tam w domu wielkiej siostry grupa imbecyli,
którzy są tam po to tylko żeby zgarnąć jak najwięcej kasy i
żeby stać się sławnymi dzięki swojemu wyuzdaniu i braku
wstydu
- Nie, nie prawda!! - Oni są tam po to żeby się dobrze bawić!!
Popatrz tylko na Janusza - ktoś powiedział
Nie aż tak pomieszane w "musku" ( ;P) nie mam , żeby
oglądać to coś , idę lepiej na spacer. ( wiem musk pisze się
mózg )
Wychodzę. Zatrzaskuję drzwi. Idę wzdłuż wystaw sklepowych,
setki i tysiące kolorowych żarówek, dziesiątki uśmiechniętych
gęb jakichś facetów przebranych w czerwone ciuchy - to "mikołaje"
- przecież to tylko przebrani pajace, taki wyidealizowany typ
amerykańskiego Mikołaja - mikołaj wspólnik w interesach,
pomagający jedynie w tym by przyciągnąć więcej klientów.
Jestem na rynku, nie żeby było tłoczno, ale ludzi jest tu
sporo. Wśród idących dostrzegam jedną wyróżniająca się
postać, bije od niej jakby jasne światło, te oczy... Staję w
miejscu, idący z przeciwka popychają mnie, stoję dalej. Ona
nadchodzi. Patrzę jak zauroczony, nie mogę oderwać spojrzenia
od jej oczu, uśmiecham się, ona też i... przechodzi obok.
Odwracam się, ale jej nie widzę, szukam jej błędnym wzrokiem
wśród tłumu zmierzających niewiadomo dokąd. Nie ma Jej...
Zniknęła... Czy jeszcze kiedyś Ją spotkam?
Idąc do domu rozglądam się.
Niestety... staję przed drzwiami, zaczyna bardziej sypać śniegiem.
Zasiadam za biurkiem. I zaczynam się uczyć, ale nie potrafię
się skupić. Wyglądam za okno i widzę drzewka ubrane w
kolorowe lampki, udekorowane złotymi, srebrnymi łańcuchami,
przecież jest dopiero 29 listopada...
Już próbują stworzyć "atmosferę świąt"... Kończę
odrabiać lekcje.
Siadam przed kompem, gram chwilkę, patrzę na zegarek, jest już
23.
Biorę prysznic, ponownie siadam nad książkami i o 24 kładę
się spać.
Patrzę w szary sufit.
Te oczy, to spojrzenie. Oczy niczym dwa nieskazitelne zwierciadła,
które odbijają niebo w bezchmurną, gwieździstą noc...
Powoli zamykam powieki. Może spotkam Ją, chociaż we śnie. Myślę
jeszcze chwile i oddaję się słodkiej niemocy, spływa na mnie
sen.
Te oczy....
Zasypiam. Spod powieki wypływa łza, płynie powoli po policzku
by na końcu spaść na szarą poduszkę...
Te OCZY....
Pipipipipipi !!!!!!! I znowu wstaje nowy - stary dzień
Royal Gryffin
phantazm@interia.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|