|
Przyjdzie czas
Słońce wstawało z trwającego niemal tydzień letargu,
leniwie obejmując swymi ramionami coraz to większe połacie
terenu. Z mroku, który panował nad wiecznie białą krainą, wyłaniały
się kolejne wydmy, pagórki i kikuty drzew, które niegdyś
wznosiły ponad trawiastą przestrzenią swe bujne korony. Cienie
resztek dawnej świetności prześlizgiwały się po śniegu,
robiąc się coraz dłuższe, aż do momentu, w którym słońce
zaczęło osiągać zenit. Ciemne piktogramy znikały, pozwalając
bieli zawładnąć okiem, które spoglądało na okolicę.
Źrenica kurczyła się, atakowana jasnością bijącą zarówno
z nieba, jak i z ziemi. Jej niespokojne ruchy zdradzały niepokój
człowieka, który uważnie czegoś wypatrywał, utkwiwszy wzrok
w horyzoncie ozdabianym gdzieniegdzie pulchnymi wypukłościami.
Mężczyzna nie był ani wysoki, ani dobrze zbudowany, chociaż
na pierwszy rzut oka zdawało się, że jest wręcz przeciwnie.
Ubrania z wilczej skóry przydawały mu masy, stwarzając iluzję
tęgości. Twarz, owinięta nieudolnie skrawkiem podartej płachty,
nie zdradzała żadnych emocji. Oczy były rozbiegane, ale zimne,
wpatrujące się gdzieś w dal. Nogi, odziane w grube, wysokie,
ciemne buty, zakopane się po kolana w białym puchu w próbowały
przeciwstawić się dmącemu z szatańską siłą wiatrowi.
Wzrok postaci napotkał to, czego szukał. Zza wzgórza wyłaniała
się sylwetka wysokiego mężczyzny, odzianego w długi płaszcz,
którego poły swobodnie tańczyły do melodii wichru. Krok po
kroku, wbijając stopy w skrzypiący śnieg, persona zbliżała
się do obserwatora.
Stanęli twarzami ku sobie. Ten niższy, w wilczej skórze, zdjął
zasłaniający aparycję szal szybkim ruchem, ukazując złamany
nos oraz nieco skrzywiony podbródek. Jego sąsiad postąpił
odwrotnie - zarzucił na głowę kaptur, chociaż nie miał nic
do ukrycia; jego twarz była taka, jak setki innych spotykanych w
każdym zakątku świata - nie tyle nijaka, co bez wyrazu.
Ubrany w czerń, oczekiwany najwyraźniej przybysz sięgnął po
miecz, którego pochwę miał uczepioną pasa. Długie, cienkie
ostrze zabłysnęło, przedzierając się przez lodowate
powietrze i wydając przy tym cichy świst. Mężczyzna przyjął
pozycję szermierczą, chwytając broń w prawą rękę, a lewą
nogę wysuwając w tył. Zatoczył nadgarstkiem koło, po czym
szybko zaatakował, obejmując rękojeść obiema dłońmi.
Wcześniej, dużo wcześniej...
- Panie! Co pan za ceregiele odstawiasz? Ino się zjadą co roku
takie chłystki, od razu jakieś pretensje do człowieka - tłusta,
przepocona kobieta dawała upust swym, najwyraźniej długo
skrywanym, uczuciom - Bier pan, albo nie! Nie będziesz mi tu
rzyci zawracał, kiedy poważna klientela trzy łokcie obok rwie
się złożyć zamówienie!
Zrezygnowany, popatrzał na "poważną klientelę", na
którą składali się głównie grubi, obwinięci w jedwabne płaszczyki
kupczykowie, dorabiający na boku przemytem lub prowadzeniem
burdeli. Zdjął ręce z przegniłej lady, po czym skierował się
do pomieszczenia, które tutejsi zwykli nazywać "toaletą".
Mimo, że łatwiej było owe miejsce utożsamić z oborą, w
niewielkim, mrocznym pomieszczeniu znajdował się wychodek (z którego,
sądząc po zapachu, nie wybierano zawartości od tygodni), balia
z wodą oraz odłamek lustra, które niegdyś mogłoby nawet
uchodzić za lustro.
Nachylił się nad misą, chcąc przemyć twarz, ale zrezygnował,
ujrzawszy weń rzeczy pochodzenia organicznego, nie nadające się
jednak do pielęgnacji skóry. Spojrzał zatem w lustro, a
zobaczył w nim szatyna w dość młodym wieku, z krótkimi włosami,
przyodzianego w powłóczystą, podniszczoną szatę,
charakterystyczną dla wędrownych kupców. Westchnął, obrócił
się na pięcie i wyszedł z pokoiku, trzaskając spróchniałymi
drzwiami. Przeszedł przez salę główną gospody, gdzie przed
kilkoma momentami właścicielka zrugała go za krytykę potrawy
jej autorstwa. Zręcznie wyminął oświetlane kominkowym ogniem
stoliki, zajęte przez pijanych, rozwrzeszczanych "poważnych
klientów", energicznie otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz.
Mimowolnie obrócił się i zawiesił wzrok na jedynej osobie, która
nie pasowała do brukowego towarzystwa.
Średniego wzrostu blondynka z kręconymi włosami, kształtnym
ciałem i twarzą, którą zdobiły duże, zielone oczy umknęła
wcześniej jego uwadze. Przez poderwany nagle do pracy umysł
przemknął nagle błysk. Znał ją, ale nie wiedział skąd. Mogło
być, że zderzyli się ze sobą na targowisku, ale pewności nie
miał. Kiedy siedziała teraz tam, w kącie, patrząc gdzieś, być
może nawet na niego, zdawała się być cieniem, nie rzucanym
przez nic widocznego.
Wiatr musnął jego lice, strącając z nich krople potu. Odwrócił
się od nieznajomej i odetchnął świeżym, nocnym powietrzem.
Doszedł do niego zapach dzikich jabłek, porastających niczyje
drzewa zdobiące centrum niewielkiej mieściny. Postąpił kilka
kroków wprzód, wstępując w bujną trawę, zerknął na księżyc,
po czym usłyszał znajomy głos.
- Gdzie się szlajasz, knurze niedomyty? Parszywy wieprzu, wracaj
mi natychmiast, ruszamy nazajutrz, a ty po oberżach będziesz się
włóczył? Kram sama zwinęłam, kiedy ty się za niedomytymi
dziwkami rozglądałeś, ale koni o świcie zaprzęgać nie będę!
Niska, dość ładna, ale wyjątkowa zadziorna kobiecina nadciągała
od strony rozbitego opodal namiotu, przy którym wypoczywała
para koni, zwykle wykorzystywana do ciągnięcia stojącego obok
nich wozu.
Dopadła go niczym sęp padlinę, po czym zasypała salwami
przekleństw, złorzeczeń i wyzwisk, jakich nie powstydziłby się
najgorszy męt w tej dziurze, a jakie były dość niecodzienne w
ustach kochającej i wrażliwej, przynajmniej z definicji, żony.
Kiedy atak ustał, mężczyzna bez słowa ruszył do
prowizorycznego domu, który sam stawiał przez godzinę, a który
w końcu okazał się "jak dla wieprza, mężu drogi, ale
ten wieprz musiałby być wyjątkowo świński".
Tętent kopyt rozbudził kupca w samym środku nocy. Rozejrzał
się po pomieszczeniu, otępiały i zdezorientowany. Przez na wpół
prześwitującą płachtę, służącą za ścianę, dostrzegł
pomarańczową łunę na granatowym, bezchmurnym niebie. Zebrał
cały zapas dobrej woli, jaki w nim jeszcze się ostał, po czym
ostrożnie, aby nie zbudzić małżonki, wychylił głowę na
zewnątrz.
Pomyślał, że noc wyjątkowo dziś jasna, rozglądając się
wokół, ale też dość głośna. Postawił stopę na wilgotnej
trawie, a następnie, rozbudzony już, stanął w wyproście - i
niemal został stratowany przez przebiegającego konia, rżącego
i wierzgającego kopytami. Zaraz potem uniknął zderzenia ze świnią,
wilczych rozmiarów psem, dwoma krowami i rozgdakanym drobiem, pędzącym
na łeb, na szyję w głębię ciemnego lasu. Spojrzał w stronę
miasteczka i uświadomił sobie, co jest przyczyną zwierzęcej
gonitwy.
Kolejne budynki stawały w ogniu. Żywioł szybko pożerał
drewniano-ceglane zabudowania, nie powstrzymywany przez nikogo.
Gryzący dym rozprzestrzenił się już po całej okolicy,
spokojnie podróżując w bezwietrznym powietrzu. Gorąco zbliżało
się, w kierunku wskazywanym przez złote jęzory. Mężczyzna
czuł żar, usypiający i hipnotyzujący zarazem.
Dziwiła kupca ogłuszająca cisza, która zapanowała po
oddaleniu się zwierząt. Szmer wiatru nie był zakłócany żadnymi
krzykami; nikt nie wołał o pomoc, a dogorywającego miasta
nawet nie próbowano ratować. Trzaskanie płonącego drzewa łączyło
się z dźwiękiem zawalających się chat w symfonię
zniszczenia nie powodując ni ogólnego przerażenia, ni paniki,
ani też jakiekolwiek innej reakcji.
Z czasem dało się wyodrębnić jednostajny, powtarzający się
dźwięk. Było to ciche, głuche dudnienie, niesione echem wśród
zgliszczy i dalej, tam, gdzie niszczycielska natura już nie sięgała.
Odgłos stawał się coraz wyraźniejszy i stojący bez ruchu, półnagi
mężczyzna rozpoznał tętent końskich kopyt uderzających o
udeptany grunt.
Z rozedrganego od gorąca powietrza wyłoniły się sylwetki jeźdźców.
Wpierw niewyraźne, nabierały kształtów opuszczając teren będący
pod władaniem ognia. Pięciu konnych powoli przemierzało drogę
wiodącą z miasta, kierując się wprost na obozowisko kupca. Każdy
z nich jechał na brązowej maści rumaku, objuczonym kilkoma
niewielkimi pakunkami. Wszyscy uzbrojeni byli w miecze,
przewieszone na plecach, bądź też przypasane u boku. Nie wyglądali
jednak jak rycerze, a raczej jak renegaci lub najemnicy. Mieli na
sobie utkane z grubych, łańcuchowych oczek kolczugi; posiadali
również żelazne naramienniki, a mimo rynsztunku jechali niemal
bezgłośnie.
Ten, który wysunął się na czoło, ruchem ręki nakazał swym
kompanom zatrzymać się. Sam ścisnął lejce, zdzielił swe
zwierzę mocnym chlaśnięciem i zbliżył się do nieruchomego
obserwatora. Zbadał go wzrokiem, spojrzał na obozowisko i znów
na zamarłego, czy to z przerażenia, czy też ze zdziwienia, mężczyznę.
Jeździec sięgnął po swój oręż - długi miecz o drewnianej
rękojeści obwiązanej skórą, który był tyleż ostry, co
lekki. Przystawił grawerowane ostrze do gardła kupca.
Ruchy nieznajomego były niesamowicie szybkie. Handlarz, w
ostatniej chwili odzyskawszy przytomność umysłu, ledwie uniknął
cięcia, które gdyby trafiło, niechybnie skróciłoby go o głowę.
Upadł na plecy, przeturlał się na brzuch, po czym, podpierając
się rękoma, zerwał się do szaleńczego biegu do namiotu.
Chciał krzyczeć, ale głos uwiązł mu w gardle, powstrzymywany
szaleńczymi, nierówno nabieranymi haustami powietrza.
Dopadł miejsca swego niedawnego wypoczynku w chwili, kiedy podjeżdżający
doń jeden z członków orszaku rzucał płonącą pochodnię. Żarzący
się kawał drewna upadł wprost na zadaszenie i nieco przygasł
przy lądowaniu na zroszonym materiale, aby po chwili zapłonąć
jasnym płomieniem. Ogień szybko się rozprzestrzenił, zacieśniając
krąg dokoła śpiącej kobiety.
Kupiec odsunął się od bijącego gorącem, jaśniejącego
namiotu. Robiąc kilka chwiejnych kroków w tył, natknął się
na zamachniętą pięść konnego, który bez pośpiechu zdążył
zeskoczyć ze swego rumaka. Okryta czarną rękawicą nabijaną
ćwiekami dłoń trafiła wprost w nos, druzgocząc jednocześnie
kości policzkowe. Napastnik podniósł drugą rękę, w której
dzierżył miecz, i uderzył, nie siląc się nawet na przyjęcie
jakiejkolwiek postawy.
Ostrze przebiło brzuch handlarza lekko, przechodząc przezeń
niczym przez mokrą glinę. Z rany popłynęła struga krwi, a
raniony, natychmiast straciwszy przytomność, osunął się bezwładnie
na ziemię.
A dni, miesiące i lata mijały...
Bajarz z nikłym skutkiem próbował uspokoić rozwrzeszczane
dzieci, które zbierały się, aby wysłuchać jego historii i
proponowały, o czym to ona może traktować. Siedzące na podłodze
szkraby, powoli usypiające w leniwym blasku wielu płonących w
przestronnej sali świec, miały zadziwiająco duży zapas
energii i nie pozwalały zmorzyć się przez sen. Starzec,
usadowiony w wygodnym, drewnianym fotelu, wyraźnie już
zdenerwowany rozbawieniem słuchaczy, uderzył nagle trzymaną w
dłoni laską o wymoszczoną miękkim materiałem podłogę.
Jedno z dzieci, przestraszone srogością staruszka, odruchowo
odskoczyło w tył, trącając niechcący przechodzącą oberżystkę,
rozlewającą piwo pozostałym klientom tego porządnego, cichego
lokalu. Potężna kobieta zatoczyła się, zaklęła, a następnie
upadła wprost na masywnego woja, chciwie żłopiącego złocisty
trunek.
Wysoki, umięśniony żołdak zakrzyknął, obrzucił kobietę
kilkoma obelżywymi uwagami i schylił się po hełm, który spadł
z ławy przy uderzeniu oberżystki. Ujął część swego wyposażenia
w ręce i starł z tego arcydzieła sztuki płatnerskiej krople
piwa, rozbite o srebrzystą powierzchnię. Odłożył szyszak,
usadowił się wygodniej na taborecie i poprawił
zielonogranatowy płaszcz, który zdążył się zaplątać w
nogi zydla, po czym spojrzał uważnie na swego rozmówcę.
- Urwanie głowy z tymi babami. - wojak począł kontynuować
przerwaną nagłym wypadkiem dyskusję - Nieważne. Mówiłeś,
że kogo tu widziałeś? Po kiego diabła miałby tu zawitać
jeden z najbardziej poszukiwanych zbójów w okolicy? I po jaką
zarazę waść go podpatrujesz?
Niski, zakapturzony człowiek, siedzący naprzeciw woja, milczał,
wpatrując się ponurym wzrokiem w nieokreślony punkt.
- Nieważne. - podjął żołnierz - Natomiast ważna jest cena.
Niech się złudnie nie zdaje, że skoro jesteśmy w słabo strzeżonym
grodzie, to... czyn... będzie tani. O, nie, waść zapłacisz,
jeśli ma być zrobione. I tak masz szczęście, że mnie spotkałeś.
Zapewne nikt inny zlecenia by nie przyjął, a ja tu jestem wyłącznie
przejazdem. No, bo widzi waść, odłączyłem się od oddziału,
ale cicho - nie żeby lewizna, ale...
Przemowę przerwał milczący "zleceniodawca", który,
nie wynurzając głowy spod przepastnego kaptura, sięgnął dłonią
pod poły swego obszernego płaszcza i wyciągnął kiesę wypełnioną
monetami. Twarda waluta zabrzęczała, rzucona na stół, co
spowodowało nagłe rozszerzenie źrenic samotnego wojownika, który
aż pochylił się na tak piękny widok.
- Ciszej, waść - syknął uśmiechający się woj, szybko sięgając
po skórzany woreczek - Jedno trzeba tobie przyznać. Dobry z
waszmości dyskutant.
Oboje upili łyk piwa.
- Umowa dobita, więc. - orzekł żołdak - Przyznam, iż wpierw
suponowałem, że mości pan żarty sobie stroi, chcąc
strudzonego wojaka do głupoty pchnąć. Ale teraz, to co innego.
A powiem waści, że nie spodziewałem się, że interes ubiję
na tym diabelnym pustkowiu. Odkąd trwa ta przeklęta zima, mój
talent do targowania się zniżkuje. Ile to już... Trzy lata?
Cztery? Ten cholerny mróz jak trzymał, tak trzyma, ubił mi
stado krów i małżonkę. - mężczyzna przystawił do ust kufel
- To były dobre krowy - powiedział zniżonym głosem, zasmucony
na to ckliwe wspomnienie.
Zakapturzony rozmówca poruszył się, znudzony przeciągającą
się rozmową.
- Nieważne, do diaska - rzekł woj, na którego chmielowy trunek
zaczął wywierać widoczny wpływ. - Jak waść mówiłeś?
Wysoki, w czerń przyodziany i z mieczem, tak? Nietrudno będzie
go odszukać. Większość tutejszych to rolnicy, z wyglądu
biedni, od kiedy ta cholerna zima pokryła cały gówniany świat.
Mądrze byłoby się zastanowić, jak rzeczonego sukinsyna zwabić
w zasadzkę. Nie jestem tchórzem, na bogów, ale chyba waść
nie sądzi, że porwę się na najsłynniejszego chłystka w tym
rejonie ot tak, rzucając mu w twarz rękawicę?
Cichy zleceniodawca wstał, zdecydowanym i szybkim ruchem odsuwając
taboret spod nóg.
- Zająłem się tym - powiedział cicho, kierując się w stronę
drzwi.
Było cicho, jasno i zimno. Nogi zapadały się po kolana w
idealnie biały puch, a ręce drżały mimo wilczej skóry, w jaką
były owinięte. Słońce, będąc w zenicie, zdawało się być
jedynie ozdobą na błękitnym niebie; ozdobą niedającą
jakiegokolwiek ciepła, nie napawającą również otuchą ludzi,
którzy co rano patrzyli weń z nadzieją, że roztopi wreszcie
lody skuwające ogromne połacie ziemi.
Wypatrując nadejścia oczekiwanego gościa, mężczyzna utkwił
wzrok w oddali. Nie zwracając uwagi na szczypiący mróz, ani na
drażniący oczy wiatr, trwał niewzruszony na swym stanowisku.
Drgnął. Ujrzał go. Przyszedł. Właściwie nie miał prawa nie
przyjść - płatni zabójcy są honorowi i zawsze dotrzymują
umowy. Wykonują zlecenie. A kupiec zlecił mu zabicie
najpewniejszej na przynętę osoby - samego siebie. Kiedy wysyłał
doń posłańca, miał w oczach widok rzuconej pochodni, która,
tląc się złowrogim ogniem, upadła wprost na jego i jego małżonki
namiot. Widział twarz człowieka, który rzucił rozpaloną żagiew.
Widział ich wszystkich, tak jak i słyszał wrzask zbudzonej gorącem
kobiety, docierający do jego podświadomości wtedy, kiedy leżał
przebity grawerowanym ostrzem.
Odziany w czerń morderca podszedł do wskazanej mu ofiary. Błyskawicznie
schwycił miecz, zapierając się nogami w skrzypiącym śniegu.
Cofnął lewą stopę, lewą rękę lekko uniósł, odchylając ją
w tył. Zataczał w powietrzu okręgi, wprost przed twarzą
handlarza, widząc dokładnie jego twarz, lecz nie kojarząc jej
z tym konkretnym zdarzeniem.
Zaatakował, siekąc od góry. Oponent uchylił się, nie wyciągnął
jednak żadnej broni. Płaszcz asasyna zawirował, kiedy ten ciął
z obrotu, znowu jednak nie trafiając. Były handlarz zaczął się
wycofywać, robiąc drobne kroki w kierunku pniaka, wystającego
z ziemi nieopodal. Ustawił się plecami pod słońce, tak, aby oślepić
zamaskowanego najeźdźcę. Ostrze ponownie utrafiło w pustkę,
chybiając odchodzącego celu. Zleceniobiorca tym razem chciał
uderzyć po prostej, w pierś. Brał zamach, kiedy kupiec nagle
uskoczył.
Zza pnia wychyliła się postać okuta w zbroję, jaką zwykli
nosić królewscy wojownicy - niepełną, z ochraniaczami na
piszczele, tors i głowę, zakrytą po części, seledynową
peleryną. Pokaźnych rozmiarów zbrojny dzierżył w dłoni długi,
drewniany łuk. Lewą dłonią sięgnął do zawieszonego na
plecach kołczanu. Wyjął zeń strzałę, napiął cięciwę, a
następnie zwolnił uchwyt. Pocisk wystrzelił z morderczą prędkością;
ciał powietrze ze świstem głośniejszym od wiatru. Trafił
prosto w pierś zdziwionego najemnika, przebijając jego serce na
wylot i wychodząc plecami.
Zabójca upuścił miecz, wyprężył się z bólu i zatoczył.
Upadł na kolana, a po chwili legł na wznak. Krew wypływała z
rany, brudząc śnieżnobiałą powierzchnię i kontrastując z
nią tak, jak życie kontrastuje ze śmiercią.
Kupiec podszedł niespiesznie do ciała, przyglądając mu się z
namysłem. Ten był pierwszy. Na resztę przyjdzie czas. Nieważne
gdzie ani jak. Przyjdzie czas...
Military
militarypolice@wp.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|