|
Zwykły człowiek
[[ Małe info: Napisanie tego tekstu powodowane było ciasnota
mieszkań w blokach. Sam żyjący w dość przestronnym domu na
dwa tygodnie zmuszony byłem mieszkać w M-3 i o mało nie ześwirowałem
do reszty. Poza tym, nigdy nie wiadomo, co się kryje w człowieku.
Ale . . . ///
Żył sobie pewien człowiek. Ciekawe, prawda? Uczciwie pracował,
chodził do kościoła, co niedzielę, płacił podatki. Można
by powiedzieć: normalny człowiek. Można tak powiedzieć, ale
to nieprawda; bo co to znaczy normalny? Pełnej definicji na
normalnego człowieka nie ma. Ale ten konkretny człowiek był
jednak inny.
Mieszkania w blokach - pojedyncze komórki przestrzeni życiowej
ludzi. Mieszkanie zajmowane przez rodzinę musi być
funkcjonalne, wygodne, ładne. Czasem nawet takie jest. Taka mała
przestrzeń to jednocześnie bardzo duże i bardzo małe pole do
zaznaczenia swojej osoby. Nie osoby. Osobowości.
Człowiek, o którym mowa, zajmował jedno mieszkanie w bloku.
Mieszka w nim od urodzenia; nie wyobraża sobie domu w innym
miejscu. Żyje sam. Nie rozmawia z sąsiadami, bo i po co? Pani z
naprzeciwka - matka z trojgiem dzieci i mężem-pijakiem znowu
zacznie wylewać na niego swe żale, emeryt po prawej nie zna
innego tematu niż program telewizyjny... i tak dalej...
Na szczęście w domu czuje się bezpieczny. Jeszcze chwila i skończy
liczyć te rzędy liczb w biurze, gdzie pracuje, wsiądzie do
autobusu, WRÓCI DO DOMU... Zrobi sobie kolację; porządną, taką
jak lubi. Włączy radio. I nareszcie wejdzie do swojego pokoju.
TEGO pokoju.
Jest to mały pokój, ale dla tego człowieka znaczy bardzo wiele.
Dlatego człowiek ten cały czas trzyma pokój zamknięty na
klucz. I kłódkę. I łańcuch. Można by pomyśleć, że się
obawia tego pokoju, i w pewnym sensie, na którejś płaszczyźnie
podświadomości tak jest. Dzieciaki dziwiły się, czemu jedno,
jedyne okno w bloku jest pomalowane na czarno. Najbezczelniejszy
z bandy młodzików zaczaił się rano na człowieka przy wejściu
bloku, kiedy ten wychodził do pracy, i zapytał. Człowiek mu
nie odpowiedział, tylko odwrócił głowę i poszedł dalej.
Ale my jesteśmy teraz razem z nim, gdy wyciąga z szuflady,
wygrzebuje spod sterty ubrań klucze do pokoju. Gdy gmera nimi
przy zamkach, otwiera drzwi. Zapala światło.
Nie ma w tym pokoju wielkiego, kryształowego żyrandola, który
by rozświetlał cały pokój, nadając mu białej poświaty. Nie
o to tu chodzi. Zamiast tego jest jedna, słaba i już mocno
wyeksploatowana żarówka, osłonięta spartańskim abażurem.
Daje światło kojarzone zwykle z melinami pijackimi. Ale takie
światło tutaj pasuje. Jaśniejsze światło zburzyłoby cała
misterna konstrukcję. Konstrukcję reprezentacji własnej
osobowości w realnym świecie, jak można by ująć w jeszcze
zrozumiałe słowa to, co znajdowało się w tym pokoju. Coś,
czemu człowiek poświęcał większość swojego życia.
Pokój był pełen regałów. I znowu - nie takich z szybkami i
pięknymi okleinami. Były to raczej półki biblioteczne, w
kolorze ciemnego brązu, odrapane i zniszczone. Ale nie chodzi też
o nie. Chodzi o książki. Jeżeli można TO było tak nazwać.
Ale pierwszym elementem, który by przykuł uwagę odwiedzającego
to pomieszczenie, to ściany. Tak. Oblepione od samej podłogi, aż
po sufit pożółkłymi kartkami papieru. Tu prawdopodobnie nie
trzeba dodawać, że były to karty z Biblii. I Koranu. I Tory.
Teksty na kartach dotyczyły sprawiedliwości boskiej i
pokonywania Szatana. Na czerwono była zaznaczona strona z
fragmentem Biblii: "Nazywam się Legion, bo jest nas wielu"...
Zostaje jeszcze sprawa książek na regałach. Papier do nich
zrobiony był ręcznie, z przerobionych kartek z kalendarza i
starych gazet. Papier ten jest gruby, szary i nieforemny. Ale
ponownie, piękny biały papier listowy byłby nieodpowiedni.
Kartki są zeszyte razem czymś dziwnym. Włosami. Nie martwcie
się - człowiek strzyże się przed lustrem i starannie do
foliowego woreczka zbiera swoje włosy. Tak misternie stworzone
książeczki człowiek zapełnia gotyckim, drobnym pismem.
Zapisuje w nich to, co czuje, kiedy czyta gazetę. Ogląda
telewizję. Przechodzi przez swoje miasto. Czasem, w chwili
natchnienia, napisze wiersz, ozdobi rysunkiem; "To jest otchłań,
nicość ponad portalem z kości. Tutaj ciemność w sercu
wszechrzeczy czyni niemożliwe rzeczywistym." Obok tego
umieszcza szkic bramy zrobionej z żeber. Szkic może nie
wykonany profesjonalnie, ale na pewno stworzony z pasja. Jedna półka
jest szczególna. Człowiek umieścił tam swoje ukochane książki:
autorstwa Lovercrafta; najbardziej lubił te o Starożytnych, uśpionych
demonach, potężnych jak bogowie; albumy malarstwa, pełne
chorych wizji. Człowiek przeglądał te książki z
namaszczeniem; robił to rzadko, ale czuł się wtedy spokojny i
bezpieczny. "To proste, to seryjny morderca, pewnie ma meble
z ludzkiej skóry", powie wielu. Nieprawda. Ten człowiek
nigdy nikogo nie skrzywdził. Nie odczuwa takiej potrzeby.
Dlaczego więc interesuje się czymś TAKIM? Lubi zmarłych?
Nekrofil jakiś? Boi się śmierci? Oswaja się z nią? Chce
poprawiać świat, zapisując swoje rozgoryczenie na kartkach?
Nie wiadomo.
Nie wiadomo, co kto nosi w sobie; czy ty, czy ja, pozostawieni
sami ze sobą, nie zaczęlibyśmy tworzyć czegoś... hm...
niestandardowego. Ale to, co kto tworzy, obojętnie gdzie; czy we
własnym umyśle i po godzinie to zapomina, czy w małym pokoju
wyłożonym kartami z Biblii; dopóki nie czyni tym krzywdy sobie
i innym, nie mamy prawa w to ingerować. Niestety... los płata
figle...
Pożar. W bloku, w którym mieszkał człowiek. Wybuchł w
mieszkaniu klatkę niżej. Stało się to pod nieobecność człowieka,
w środku dnia. Ludzie nie powiedzieli strażakom, kto tam
mieszka; nie wiedzieli lub nie chcieli powiedzieć. Strażacy
weszli do mieszkania człowieka sądząc, że być może żyje
tam ktoś, kto nie może samodzielnie wydostać się z
mieszkania; niewiele myśląc wyważyli drzwi od małego pokoju.
Dlaczego? Pytani, sami nie wiedza; po prostu zdziwił ich widok
tak zaryglowanych drzwi wewnątrz mieszkania. I stało się.
Ktoś w okolicy popełniał morderstwa. Rytualne. Wycinał na czołach
ofiar krzyże i zostawiał kartki z Biblii z podkreślonymi
fragmentami mówiącymi o Sadzie Bożym. Tego typu historia.
Wiadomo, na kogo padło w pierwszej kolejności podejrzenie. Człowiek
miał złożyć zeznania, lecz nie zdołał. Powiesił się we własnym
mieszkaniu, w SWOIM pokoju. Dlaczego? Bo się za dużo naczytał
o tej śmierci, powiadali jedni. Bał się kary, ale teraz
wiadomo, kto zabijał, powiadali drudzy. Wszyscy się mylili. Człowiek
zdecydował się zakończyć życie nie dlatego, że bał się
kary, ponieważ był niewinny. Nie dlatego, że naczytał się o
śmierci, gdyż jest to po prostu spłycanie tematu. Więc
dlaczego? Czego się bał? Bał się ludzi; którzy już przedtem
dziwnie na niego patrzyli, a teraz niechybnie przeszliby do
wyzwisk, pukania do jego drzwi; nawet może do linczu. Dlatego
poddał się rozpaczy i zakończył życie.
Jeszcze jedna sprawa. Seryjnym morderca dokonującym rytualnych
mordów był maż-pijak mieszkający naprzeciwko człowieka. Nie
popełniał już więcej morderstw i nigdy go nie złapano. No
proszę. A niby to taki zwykły człowiek.
/// . . . ten temat jest nad wyraz bogaty i jeszcze coś tu
powstanie... :) No i oczywiście, jeśli po lekturze w/w tekstu
nawiedziły Cię jakieś myśli pośrednio bądź bezpośrednio z
nim związane, to wyślij mejla o tym do mariuszsaint@interia.pl. ]]
Mariusz Saint
mariuszsaint@interia.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|