|
ON
Bardzo, bardzo powoli wstała. Cisza, przez którą szumiało
jej w głowie była naturalną częścią miejsca, w którym się
znalazła. Czując znajomy tępy ból w okolicach skroni i czoła,
oraz otępienie i melancholię rozejrzała się dookoła. Pokój
był dość duży, potwornie zaśmiecony i przesiąknięty na
wylot równie znajomą jak ból, wonią papierosów, alkoholu i
skończonej imprezy. Na podłodze leżały trzy osoby, na
tapczanie pod oknem dwie. Na podłodze również znajdowały się
bezsprzeczne dowody na to, co stało się wczoraj. Butelki,
puszki, worki na śmieci i niedbale rzucone najróżniejsze części
garderoby. Błędnym wzrokiem poszukała kogoś znajomego, z kim
tu przyszła, ale nie odnotowała obecności nikogo takiego.
Mrucząc do siebie jakąś melodię, do której nie znała nawet
słów wyszła do przedpokoju. Stamtąd skręciła w prawo, do
kuchni. Otworzyła lodówkę - nie było w niej nic oprócz
surowych filetów rybnych i mleka. Sięgnęła po to drugie. Do
kieliszka stojącego nie wiadomo czemu na kuchence gazowej nalała
sobie malibu, które dziwnym trafem wpadło jej w rękę i mleko.
Nie śpiesząc się z piciem ruszyła w stronę łazienki, ale
rozmyśliła się i weszła do pokoju, w którym, jak wiedziała,
stał sprzęt grający. Rzeczywiście, był tam, a oprócz tego w
łóżku spała dziewczyna, a jakiś całkiem goły chłopak
siedząc na jego skraju wkładał skarpetki. Ta dziewczyna...
- Włącz muzykę - rzuciła do niego bez skrępowania.
Spojrzał na nią zaskoczony i ku jej zdziwieniu zamiast
przyspieszyć tempo ubierania, wstał i powołał do życia coś
co udawało wieżę. Obserwowała go przez kieliszek. Popatrzył
na nią, uśmiechnął się i zaczął wkładać na siebie
pozostałe części garderoby. Ponieważ w pomieszczeniu nie było
krzeseł, ani niczego podobnego, po prostu usiadła przy grającym
sprzęcie.
- Czy możesz mi podać tamten plecak?
Ten chłopak... Sięgnęła po wskazany plecak i podała mu go.
Wyciągnął z niego parę kanapek.
- Jak było? - spytała dość obcesowo, wbrew samej sobie.
- To zależy o co pytasz. - uśmiechnął się jakoś dziwnie i
zabrał się za kanapki.
- Ta rozmowa jest bez sensu - powiedziała czując napływającą
falę mdłości i zmęczenia.
- A co ma sens? Może te kanapki? - widząc jej niemrawe
zaprzeczenie otworzył okno i je wyrzucił. Później, najwyraźniej
z siebie zadowolony uprzejmie przeprosił i wyszedł z pokoju.
Spojrzała na zegarek, który zawsze nosiła na ręce. Była już
dziewiąta. Pociąg miała o jedenastej. Niechętnie wstała,
odstawiła pusty już kieliszek i rozpoczęła penetrację
mieszkania w poszukiwaniu swoich rzeczy. W następnym, największym
i już ostatnim pokoju znalazła jeszcze jedną osobę, która
nieźle musiała sobie dać w nocy do pieca. Pod szafką znalazła
swój jeden but, na półce dwie płyty i paczkę papierosów.
Zostały tylko dwa. W poszukiwaniu zapalniczki zajrzała do łazienki,
gdzie spotkany chłopak rzygał do wanny, zajrzała do kibla i
kuchni i w końcu znalazła ją w swoim drugim bucie, który
znajdował się na balkonie. Zapaliła. Obserwowała dym, który
jak zawsze pięknie rozpływał się w powietrzu. Ponieważ było
potwornie zimno weszła z powrotem do mieszkania. Wyciągając swój
plecak spod jakiejś dziewczyny przypominała sobie niektóre
szczegóły tej nocy. Wyładowując swoją frustrację, smutek i
złość wynikające z czynów popełnionych w odmiennym stanie
świadomości zaczęła kląć, co rozbudziło któregoś chłopaka.
Zabrała po drodze swoją kurtkę, która leżała w jakimś kącie.
Nie żegnając się z nikim zamierzała opuścić ten przybytek
zapomnienia, ale na drodze stanął jej on.
- Mam do ciebie tylko jedno pytanie. - powiedział.
- Hm?
- Czy wiesz, kto jest właścicielem tego miejsca?
- Nie mam najmniejszego pojęcia. - odpowiedziała z determinacją,
po czym kiwnęła mu na pożegnanie i wkroczyła na klatkę
schodową. Jej myśli nadal nie uznawały faktu, że impreza już
minęła i za nic nie chciały nadążać za tym co robiła.
Nadal otępiała wyszła na dwór i wywaliła się. Nie chciało
jej się nawet denerwować. Wstała i ruszyła w stronę
przystanku autobusowego. Jakiś facet podszedł do niej i zapytał:
- Która godzina?
"To wszystko zaczyna być nudne" - pomyślała. Wyjęła
z kieszeni mały scyzoryk i patrząc w twarz facetowi podcięła
sobie żyły.
***
Najpierw stwierdził, że leży. Następnie, że chce mu się
palić, później, że pić, a na końcu że jest goły. Z tego
wszystkiego płynął tylko jeden słuszny wniosek: tej nocy była
impreza. Zastanawiając się jak się tu znalazł i jak bardzo
zaszalał wstał i zapalił. Od razu zaczął myśleć nieco jaśniej.
Zauważył, że w łóżku, z którego akurat się podniósł, leży
jakaś dziewczyna. Nie bardzo zdziwiony zaczął rozglądać się
za czymś, co mógłby włożyć na swoje grzeszne ciało. Znalazł
tylko skarpetki.
- Włącz muzykę - usłyszał przepity głos należący do
dziewczyny, która stała w progu. Burza jej włosów zasłaniała
twarz, w ręce trzymała kieliszek z drinkiem, a na sobie miała
długą spódnicę i podarty czerwony sweter. Coś mu się
przypominało, ale nie tracąc czasu na zbędne myśli podszedł
do sprzętu i specjalnie dla niej nastawił bardzo smutną
piosenkę. Popatrzył na nią. Obserwowała go. Już wiedział skąd
ją zna, uśmiechnął się, wbrew samemu sobie. Zaczął wkładać
resztę ciuchów, które znalazł w rozmaitych zakamarkach łóżka.
Ona usiadła. Zastanawiał się, czy go poznała. Chyba jednak
nie.
"Może zareaguje na dźwięk mojego głosu?" - pomyślał.
- Czy możesz mi podać tamten plecak? - zapytał myśląc o tym,
jak wielki błąd popełnia.
Poznała go. Nie wiedząc co zrobić zaczął grzebać w plecaku
i wyjął z niego jakieś kanapki. "Kurwa, będę musiał je
zjeść" - pomyślał widząc w jakim są stanie.
- Jak było? - spytała, jakby wiedząc o czym myślał gdy ją
zobaczył. - To zależy o co pytasz. - starał się robić dobrą
minę do złej gry i zaczął jeść kanapki.
- Ta rozmowa jest bez sensu. - powiedziała rezygnując z
kwestii, o których nie chciał rozmawiać.
Dostrzegł swoją szansę.
- A co ma sens? Może te kanapki? - odparł i z całą siłą
wyrzucił je przez okno, co sprawiłoby mu radość, gdyby nie
jej wzrok, który mówił wszystko to, do czego nie chciał wracać.
To był tak dawno... Udając beztroskiego przeprosił ją, w
szczególny sposób i czym prędzej wyszedł kierując się do
innego pokoju. Leżało tam parę osób. Obudził Aidana, którego
znał i próbował wyciągnąć od niego gdzie schował zapas
alkoholu na poranek. Aidan, co nietrudno było stwierdzić, nie
był w szczytowej formie, ale zdołał wybełkotać, że wszystko
już zużył. Wściekły zaczął kląć, co rozbudziło jakiegoś
chłopaka, którego nigdy dotąd nie widział. Ruszył do łazienki,
by zrobić sobie zimny prysznic. Wchodząc zauważył, że ktoś
tam już jest. Był to jakiś facet, który mył zęby. Patrząc
na niego zastanawiał się, czy nie zwariował. Facet spojrzał
mu w oczy i przemówił:
- Wszystko pójdzie zgodnie z planem.
To było szczytem bezsensu. Facet opłukał usta, włożył sobie
do kieszeni szczoteczkę i ruszył do pokoju, w którym leżał
Aidan. Chciał pójść za nim, ale się rozmyślił i właśnie
miał wleźć do wanny, gdy poczuł się jakoś nieswojo. Nie
panując nad sobą gwałtownie zaczął zwracać całą zawartość
swojego żołądka. Gdy skończył ruszył chwiejnie do drzwi,
ale nagle poczuł, że nogi robią mu się ciężkie, ściana
ucieka gdzieś do dołu i to było wszystko co zdążył
zarejestrować.
***
Stig nie zamierzał pić. Szedł tam tylko i wyłącznie po to
by, jak sam sobie tłumaczył, pogłębiać więzy towarzyskie.
No i miał swoją misję. Włożył na siebie ulubiony sweter w
czarno niebieski paski, stare sprane dżinsy, wziął ze sobą
tylko parę butelek i ruszył na przystanek, gdzie umówił się
z koleżanką, która podobno znała organizatora tej imprezy.
Przyspieszył kroku. Czuł wewnętrzne podniecenie i cieszył się
na myśl, co go tam czeka. Spotkał ją na umówionym miejscu i
wspólnie ruszyli wolnym krokiem. Nie musieli się spieszyć, było
jeszcze wcześnie. Ona była dziwnie milcząca, zresztą on też
się zamyślił. Nie wiadomo kiedy stanęli przed ciemnymi
drzwiami z wygrawerowanymi inicjałami gospodarza. Zapukali, lecz
nie było odpowiedzi. Stig nacisnął klamkę i drzwi ustąpiły.
Weszli. Ona natychmiast poszła do jakiegoś pokoju. On zrzucił
swoją kurtkę i zaczął zdejmować buty. Gdy właśnie
zastanawiał się co dalej robić, do przedpokoju wskoczył kot.
Był cały biały. Prychnął na Stiga i godnie unosząc ogon
poszedł sobie dalej. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.
Otworzył. Zobaczył dwóch chłopaków i dwie dziewczyny.
Wszyscy głośno się śmiali i śmiało wtoczyli się do
mieszkania. Kiedy zdejmowali plecaki słychać było brzęczenie.
Stig powtórzył sam do siebie, że nie będzie pić, i odważnie
ruszył w głąb mieszkania. Wyszedł na balkon, spojrzał w dół.
Jakieś dwadzieścia metrów pod nim biegła zaśnieżona ścieżka,
po której co jakiś czas przechodzili jacyś spóźnieni
przechodnie. Postanowił się odprężyć, wrócił do kuchni,
gdzie zostawił swój plecak i wyjął butelkę. "Tylko parę
kieliszków..." - pomyślał usprawiedliwiając samego
siebie. "W imię pogłębiania więzi towarzyskich." -
kontynuował monolog. Poczuł znajomą błogość i uśmiechem
zaprosił jakiegoś chłopaka, który wszedł, do swoich trunków.
***
Cholerna kurwa! - powiedziała już nie wiadomo który raz tej
nocy. Eilis przechodziła załamanie nerwowe. Głębokie i w ogóle.
Siedzący naprzeciwko niej chłopak ze zrozumieniem kiwał głową,
choć myślami był zupełnie gdzie indziej. Widząc, że
dziewczyna zbiera siły do kolejnej wiązanki, sięgnął po
butelkę i wlał prosto do gardła prawie całą jej zawartość.
Eilis w tej chwili nienawidziła wszystkich ludzi, ale z wdzięcznością
przyjęła pomoc towarzysza niedoli. Oboje siedzieli w
najmniejszym pokoju tego mieszkania, w którym ona znalazła się
trochę przypadkiem. Po drodze do domu spotkała dwóch kolegów,
którzy wybierali się właśnie na tą imprezę. Dołączyła się
do nich, po drodze wstąpili po jeszcze jedną dziewczynę. Eilis
była mimo wszystko zadowolona, że trafił jej się taki
towarzysz. Siedzieli tak razem już od dłuższego czasu, a on do
tej pory nie zaczął zanudzać jej swoimi problemami. Była mu
za to wdzięczna. Postanowiła ruszyć się do kuchni, ponieważ
skończyły się zapasy z jej plecaka. Pomógł jej wstać i ciężko
usiadł z powrotem. Ruszyła opierając się o ściany w stronę
kuchni, ale wydawało jej się, że słyszy pukanie do głównych
drzwi. Zamaszyście otworzyła, ale nikogo nie zauważyła. Nie
przejmując się tym wznowiła swoją wędrówkę. W kuchni stała
jedna dziewczyna. Właściwie nie stała, tylko opierała się o
zlew. Gdy Eilis weszła, spojrzała na nią i z wielką, niczym
nie tłumioną nienawiścią rzuciła się na nią. Biorąc pod
uwagę, w jakim stanie była Eilis, nie miałaby szans na obronę,
gdyby nie to, że rozwścieczona dziewczyna była w bardzo zbliżonym
stanie i jej ruchy nie były zbyt precyzyjne. Eilis, chciała
zrobić unik, ale straciła równowagę i przewróciła się. Jej
przeciwniczka, jakby to przewidując, również wylądowała na
ziemi i z wielkim zapałem próbowała wydrapać jej oczy. Kiedy
kotłowały się na podłodze do kuchni wszedł jakiś facet i
nie zwracając na nie uwagi postawił butelkę malibu na stole,
zdjął buty i wyjął coś z kieszeni. Eilis, która miała
rozbitą wargę, podbite lewe oko i podarte ubranie uzyskała w
tej walce przewagę i zdołała wstać. Wykorzystując możliwości,
jakie to daje zaczęła kopać napastniczkę wkładając w tę
czynność cała wściekłość. Gdy uznała, że nie ma już siły,
wyszła z kuchni zapominając po co tam poszła i wróciła do
swojego towarzysza niedoli. Ten nie zauważył żadnej różnicy
w jej wyglądzie, ponieważ zajęty był próbami zapalenia
papierosa popsutą zapalniczką. Zabrała mu ją i rzuciła jak
najdalej. Spojrzał na nią zdegustowany jej wyczynem i dopiero
wtedy zauważył podarte ciuchy i błyski w oczach. Natychmiast
się zmienił, zamyślił, a potem wolno do niej podszedł i ją
objął. Pomyślała, że nigdy nie czuła się tak bezpiecznie.
Postanowiła mu to wynagrodzić.
***
- Załóżmy się - powiedział Kolin do swojego nowego znajomego.
- Który z nas wymyśli coś głupszego, wygra.
Kolin, był już mocno podcięty, a wtedy zabawa zawsze miała
dla niego najwięcej uroku. Pewny siebie uśmiechał się do
swoich butów, jednocześnie dopijając wino z kieliszka.
- Dobrze - zgodził się nowy znajomy.
- Jeśli ja wygram... - Kolin przez chwilę próbował myśleć -
...dostanę od ciebie ten piękny scyzoryk - powiedział
uradowany pomysłem.
- W porządku - odparł właściciel scyzoryka - ale jeśli ja
wygram, ty wstaniesz wcześnie rano i zdzielisz kogoś butelką w
głowę.
- Nie ma sprawy! No to zaczynamy!- wrzasnął uradowany Kolin.
Wziął zapalniczkę, która leżała na podłodze, zerknął na
nowego znajomego, którego spotkał na tej imprezie i udał się
z nią do pokoju. Wziął przypadkowy but i włożył ją do
niego. Następnie pomaszerował z tym wszystkim na balkon i położył
but dokładnie tak, aby wskazywał północ i południe. Spojrzał
ze śmiechem na swojego przeciwnika i dopił resztę zawartości
kieliszka. Ten, nie zrażony wcale tym, że ma godnego
przeciwnika, zabrał mu kieliszek, poszedł z nim do kuchni i
postawił go na kuchence gazowej włączając przy tym palnik.
Kolin uznał, że z kimś takim nie można wygrać i zaczął
szukać swojego plecaka, ponieważ zostawił w nim paczkę
papierosów i płytę, którą chciał zademonstrować swojej
koleżance. Po niemałych wysiłkach osiągnął zamierzony cel.
Koleżankę znalazł. Właśnie próbowała się powiesić w
pokoju obok. Odradził jej to i zaprosił do słuchania z nim
muzyki. Sam się zataczając pomógł jej iść i może nawet udałoby
się im, gdyby nie to, że na drodze stanął im przypadek. Okazało
się, że pokój, gdzie stał sprzęt grający jest już zajęty.
Postanowili wyjść na balkon. Kolin zapalił i poczęstował
papierosem swoją koleżankę. Ta z rozkoszą się zaciągała, a
ponieważ było bardzo zimno przysunęła się do niego. Wyjrzał
za barierkę. W blasku latarni zobaczył zaśnieżoną ścieżkę,
na której leżał martwy chłopak. Ten chłopak... Poczuł, że
upada, potem, że ktoś go podnosi z ziemi, w następnej chwili
spojrzał znowu w dół. Nikogo tam nie było. Jego koleżanka
patrzyła na gwiazdy, a gdy zobaczyła, że wrócił do siebie
zaczęła rozmowę, a raczej monolog.
- Zaczęłam już myśleć, że śmiesznie byłoby się zabić...
- spojrzała na niego, a nie widząc reakcji kontynuowała.
- Tak... śmiesznie, w końcu, jak mówi on, życie to nie film,
musicie zabijać! Nie ma tam nic o zabijaniu siebie, ale
przyznasz, że można to tak zinterpretować. - ponieważ Kolin
dalej nic nie mówił, bo dalej myślał o tym, co mu się
przywidziało. To było tak rzeczywiste... - Prawie już zapomniałam
- mówiła ona dalej - że kiedyś postanowiłam tego nie robić.
Wbrew pozorom, jest to ważne, tak jak postanowienie, że nigdy
go nie zdradzę... że wszystko co powie on jest w pełni
prawdziwe. Kolin nie miał pojęcia o czym właściwie ona mówi,
zresztą przyzwyczaił się, że na imprezach różni ludzie obnażają
swoje pogmatwane wnętrza. Tak, tak, niewiele rozumiał. Ale nie
przeszkadzało mu to, nie. Sam czasem popadał w taki nastrój,
ale raczej wtedy, gdy był sam. Wrócili do mieszkania, ponieważ
zimno stało się nie do wytrzymania. Ona poszła do łazienki.
Położył się na podłodze i próbował uporządkować myśli,
które go męczyły. W końcu uznał, że jedynym lekarstwem będzie
dobicie się, a raczej: dopicie. Sięgnął po dziwną białą
butelkę, która stała na podłodze i poddał się. Jak zwykle.
***
Siedziała na podłodze i w skupieniu pisała list, ten który
miał być ostatnim. Praca ta całkowicie ją pochłonęła. Nie
zwracała uwagi na otoczenie, na wszystko co działo się w tym
przeklętym mieszkaniu. Przyszła tu w dwóch celach. Wiedziała
już, że jednego z nich nie będzie w stanie osiągnąć. Właśnie
przygotowywała się do popełnienia drugiego. Pisała. Gdy była
w połowie, do pokoju wszedł on i usiadł naprzeciwko niej.
- Mam do ciebie tylko jedno pytanie. - powiedział i spojrzał
jej w oczy.
- Czy wiesz, kto jest właścicielem tego miejsca?
Wiedziała już co zrobić. On nie przestawał patrzeć na nią
pytająco, a gdy wiedział już, że ona nie ma zamiaru
odpowiedzieć, spojrzał na kartkę, którą pracowicie zapełniała
literkami, potem na nią, a następnie powiedział.
- Nie zrobisz tego. Nie zrobisz. Nie umiesz wyrwać się z tej
nudy, z codzienności. Nie jesteś warta nawet tyle, by pojąć w
co się wmieszałaś. - to mówiąc wstał i wyszedł z pokoju.
Długą chwilę siedziała nieruchomo, w końcu zabrała się do
kończenia listu. Kiedy wszystko było gotowe, nic już nie czuła.
Wiedziała, że już dalej nie może. Musi to zrobić. Postanowiła
jeszcze zapalić. Teraz nie groził jej już rak płuc. Nic już
jej nie groziło. Niczego nie musiała się bać. Paczka papierosów
leżała na półce. Były w niej już tylko cztery fajki. Zapaliła
jednego, ale postanowiła sięgnąć po następnego. Gdy go wyciągnęła
zobaczyła na nim zdanie, napisane czerwonym cienkopisem: nigdy
nie popełniaj samobójstwa, bo możesz kiedyś tego żałować.
Kiedy wpatrywała się jak głupia w papierosa przyszedł jej
kolega i zaproponował słuchanie muzyki, zgodziła się. Wyszli,
później ogarnęło ją nic...
***
Kiedy się obudziła, jego już nie było. Wstała, ubrała się.
Na łóżku leżał jakiś otwarty plecak. Nie było w nim nic,
poza paroma okruszkami. Ruszyła do przedpokoju, ale tam nikogo
nie było. Nikogo też nie słyszała. Weszła do jednego pokoju,
pusto. Wkroczyła do kuchni i szybko przeszła do łazienki, ani
żywej duszy. Nigdzie nie mogła znaleźć zegarka. Weszła do
ostatniego pokoju, tego na końcu mieszkania, który był największy.
Tam również nikogo nie zauważyła. Na podłodze leżała tylko
kartka. Wzięła ją do ręki i pokonując strasznego kaca zaczęła
czytać.
"Wielcem rada, że mogę mówić, a przede wszystkim myśleć.
Czując całą odpowiedzialność jaka na mnie spoczywa z powodu
rzeczy powyższych, co jakiś czas się załamuję i potrzebuję
oparcia. Może nim być jakiś szczegół z przeszłości,
muzyka, wspaniały tekst znaleziony niespodziewanie w dziwnym
miejscu lub po prostu osoba, która uosabia te wszystkie rzeczy.
Gdy dochodzę do siebie, czyli znowu jestem w swoim zwykłym
stanie ducha, ze swoim zwykłym krzywym spojrzeniem na świat,
czuję się okradziona z uczuć, których nie jestem w stanie doświadczać.
Rozumując w ten sposób dochodzę do wniosku, że nigdy nie
jestem szczęśliwa. A to, że inni też nie są, nie jest żadną
pociechą. Witając się z sobą codziennie po przebudzeniu nie
zauważam, bo nie chcę, tego w jak paskudnym stanie się znajduję.
Wiedząc wiele rzeczy, a nie potrafiąc tego wykorzystać tracę
poczucie własnej wartości i z rozpaczą uciekam przed
wszystkim, przed sobą też, bo ja sama czuję do siebie największą
odrazę. Uciekając tak zapominam o martwieniu się o przyszłość
i popełniam niewybaczalne błędy. Nigdy naprawdę nie wiedząc
czym jest szczęście, wmawiam sobie, że kiedyś je osiągnę.
Umierając nie myślę po raz pierwszy o rzeczach wyraźnych, wolę
te fantastyczne i nie osiągalne jak na przykład niebo i wieczne
przebaczenie. Nie mogę zaufać tobie, jeśli nie rozumiem samej
siebie. Jesteś dla mnie przypadkową postacią, która dziwnym
trafem stanęła na mojej drodze i to czyta. Zaczynając ten nędzny
tekst, nie myślałam wcale o konsekwencjach i innych
niepotrzebnych bzdurach. "
To było wszystko. podpis był nieczytelny. Odłożyła kartkę i
zaczęła szukać swoich rzeczy błąkając się po mieszkaniu.
Miała dziwne wrażenie, że nikogo w nim nie ma, już od wielu
lat. Wiedziała jednak na pewno, że tej nocy była tu impreza.
Znalazła w końcu wszystkie swoje ubrania, jej plecaka nigdzie
jednak nie było. Chciała wyjść, ale drzwi były zamknięte od
zewnątrz, na specjalny zamek. W mieszkaniu nie znalazła nigdzie
telefonu. Usiadła na podłodze, próbując zebrać myśli. Coś
było nie tak, czuła to. Pomijając całą tą głupią sytuację
- być zamkniętym w nieznanym mieszkaniu. Trafiła tu
przypadkiem... Dodatkowo niepokojem napełnił ją tamten list...
Wyszła na balkon. Było potwornie zimno. Jak sięgnąć wzrokiem
zaśnieżone alejki i trawniki. Weszła do kuchni. Ze zdziwieniem
podniosła kartkę, która leżała na stole i w skupieniu, na
jakie pozwalał jej stan, zaczęła czytać.
"Lądując tutaj nie myślałem nigdy, że nie będę mógł
otrząsnąć się z tych strasznych emocji, które mogą prowadzić
jedynie do przyspieszenia końca i do zmarnowania ostatnich przed
nim chwil na patrzenie się w pustkę i nigdy, ale to nigdy nie
pozwolę już sobie przebywać w tym destruktywnym stanie ducha,
od którego traci również ciało, jeśli oczywiście zajdzie to
za daleko.
Idąc tego dnia do siebie nic nie podejrzewałem, nie wiedziałem,
że to po prostu choroba, która atakuje znienacka, jak zawsze,
gdy zaistnieją dogodne warunki. Wiem, że wszyscy cierpią, a
teksty typu: "trzymaj się", tylko utwierdzają w
przekonaniu, że nic nigdy nie będzie jak trzeba na tym wielkim
świecie. Już dawno przestałem wierzyć w rzeczy proste i wymyślone,
więc cudowne i piękne. Doświadczenie uczy, że mimo wszystko
lepszy od świata urojonego, jest ten realny, w którym wszystko
przemija. Tak więc, kończę ten krótki list i kończę...
wszystko. "
Ten tekst był bez podpisu. Przez chwilę stała niezdecydowana,
zastanawiając się czy coś jest jeszcze w porządku. Po dojściu
do zdrowego wniosku, że nic, znowu wyszła na balkon. Spojrzała
w dół. Leżał tam w kałuży krwi jakiś chłopak. Ten chłopak...
Była sama. Nie wiedziała gdzie jest i co się stało. Nie miała
pojęcia, jak się wydostać z tego przeklętego mieszkania. Nie
wiedziała nawet, kto jest jego właścicielem. Nie widząc na
razie ratunku, wróciła do mieszkania. Zamęt w jej głowie nie
pozwalał zdobyć się na żadną rozsądną decyzję. Gdy nie
wie się co zrobić, jest tylko jedna rada: pójść spać,
zamiast bez celu kręcić się w kółko. Zgodnie z tą radą, którą
usłyszała dawno temu, położyła się i zasnęła przeczuwając
najgorsze.
***
Usiadł, rozejrzał się. Znajdował się w mieszkaniu, w którym
tej nocy była impreza. Z wysiłkiem wstał i wtedy zauważył
białego kota, którego widział już wcześniej. Kot jak gdyby
nigdy nic podszedł do niego i zaczął ocierać mu się o nogi.
Zlekceważył go i ruszył do łazienki. Po drodze przypomniał
sobie, po co tu przyszedł i głośno zaklął. Nagle wpadł na
jakiegoś faceta. Bardzo zdziwiony cofnął się i spojrzał na
dziwną postać. Facet nic nie mówiąc zerknął na niego pytająco.
Zakłopotany, przemówił.
- Cześć...yy to znaczy dzień dobry... - i spojrzał na faceta.
Ten przestając zwracać na niego uwagę z pogardą zrobił w tył
zwrot i ruszył w stronę innego pokoju. Zaintrygowany podążył
za nim. Facet wszedł do pomieszczenia, w którym na podłodze leżały
dwie osoby, a na tapczanie pod oknem kolejne dwie. Wyciągnął z
jakiegoś kąta zniszczoną kurtkę, następnie wyjął scyzoryk
i włożył go do kieszeni. Później wyszedł do przedpokoju.
Nie wiedząc co zrobić zaczął sprawdzać, czy wśród leżących
tu osób, nie ma kogoś, z kim tu wczoraj przyszedł. Nie znalazł
jednak nikogo takiego, jedyne co osiągnął to to, że obudził
jakiegoś chłopaka, którego nie znał. Nie wiedząc co dalej
robić wyszedł do przedpokoju zabierając po drodze swój
plecak, kurtkę i buty. Wchodząc do przedpokoju usłyszał, że
ktoś za nim idzie. Gdy się odwrócił, zobaczył tego chłopaka,
którego niechcący obudził. Trzymał on pustą butelkę i szedł
w jego kierunku. Rozglądał się przy tym, jakby czegoś szukał.
Potem, usłyszał chyba, że ktoś jest w łazience i stanął za
drzwiami, tak, żeby osoba wychodząca go nie zauważyła. Po
chwili rzeczywiście z łazienki wyszedł chłopak. Zza drzwi wyłonił
się tamten i z wielką siłą walnął go butelką w głowę.
Butelka rozleciała się na kawałeczki, a zaatakowany chłopak
padł bez jednego jęku na ziemię. Widząc to, postanowił nie
wnikać o co tu chodzi i jak najszybciej wydostać się z tego
miejsca. Wyszedł, ale schodząc po schodach doszedł do wniosku,
że nie czuje się zbyt dobrze. Oprócz normalnego kaca, męczyły
go wyrzuty sumienia, że nie umiał dotrzymać postanowień i
zobowiązań. Wyszedł wreszcie na dwór i natychmiast zrobiło
mu się zimno. Próbując sobie przypomnieć którą drogą tu
przyszedł, ruszył w prawo. Obejrzał się jeszcze raz i
dostrzegł jego. Od razu wiedział, że to musi być on. Wiedział,
że nie ucieknie, a mimo to zaczął biec ze wszystkich sił. Gdy
poczuł, że opuszczają go resztki sił, stanął. On stał tuż
za nim.
- Nie udało się. - powiedział on.
- Nie. - przyznał z rezygnacją i poddając się zupełnie usiadł
i zapłakał.
***
Obudziły go głośne przekleństwa. Gdy podniósł głowę
zobaczył nad sobą dziewczynę w czerwonym swetrze, która wyciągała
spod innej plecak. W głowie mu szumiało, przewrócił się na
plecy i zamknął oczy. Suszyło go potwornie, ale nie miał siły
wstać. Poczuł że zasypia. Obudziły go głośne przekleństwa.
Wściekły otworzył oczy. Obok niego stał jakiś chłopak i klął
soczyście. Potem zniknął za drzwiami. Sam miał już zacząć
kląć, ale przypomniał sobie o tym, co wyrabiał w nocy. Uśmiechnął
się do samego siebie i przewrócił na lewy bok, by spać dalej.
Obudził go jakiś inny chłopak, który szukał kogoś nie
przejmując się za bardzo tym, czy kogoś nie budzi. Właśnie
miał wstać i powiedzieć mu co o tym sądzi, ale przypomniał
sobie swoje zadanie. Ostrożnie, by się nie przewrócić wstał
i biorąc po drodze jakąś białą butelkę ruszył za tamtym chłopakiem
do przedpokoju. Tamten jednak odwrócił się i bacznie mu przyglądał,
więc porzucił pierwotny plan. Usłyszał, że ktoś jest w łazience.
Zaczaił się za drzwiami. Pamiętając o zakładzie dokonanym w
nocy trzasnął wychodzącego stamtąd chłopaka w głowę. Udało
się bez żadnych problemów, przypadkowa ofiara padła nie
wydawszy z siebie nieprzyjemnych dźwięków. Butelka rozleciała
się na kawałki. Gdy podniósł głowę w przedpokoju nie było
już nikogo. Wszedł do łazienki i wsadził głowę pod kran.
Czuł jak zimny strumień wody przywraca mu przynajmniej częściowo
zdolność trzeźwego myślenia. Ponieważ w okolicy nie było żadnych
alkoholi, zresztą i tak nie zamierzał pić tak z rana, napił
się wody z kranu. Gdy wyszedł z łazienki zaniepokoił się
tym, że ofiara jego ataku dalej leży bez ruchu na ziemi.
Pochylił się nad nim, ale natychmiast wyprostował się przerażony.
Delikwent, którego załatwił miał całkiem zakrwawioną głowę
i... Uspokajał się głębokimi wdechami. Nie chciał tego...
Nie uderzył mocno, to ta butelka... Już odrobinę
spokojniejszy, ale nadal z trzęsącymi się rękami i
rozbieganym wzrokiem złapał trupa za nogi i zaczął ciągnąć
na balkon. Rozejrzał się, czy nikt nie idzie i z wielkim wysiłkiem
przerzucił ciało przez barierkę. Nie patrząc nawet na efekt
popędził do kuchni, wyjął ze swojego plecaka kartkę i długopis
i zaczął szybko pisać. Zadowolony z siebie pobiegł do łazienki,
wziął pierwszą z brzegu ścierkę i zaczął usuwać ślady
morderstwa. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i poszedł na
balkon spalić zakrwawioną szmatę.
"Ucieknę..." - zaczął dodawać sobie otuchy. "Nikt
mnie nie zna, nikt nie będzie pamiętać, że ktoś taki jak ja
tu był" - myślał gorączkowo zbiegając po schodach.
Znalazł się na wolnej przestrzeni. Odetchnął głęboko i
ruszył w stronę swojego domu. Żałował, że w ogóle przyszedł
na tą imprezę. Nikogo tam nie znał, usłyszał o niej
przypadkiem jadąc autobusem. Z opisu tej dziewczyny wynikało,
że przyjdzie tam dużo osób, które nie będą się znały.
Teraz sobie przypomniał. Mówiła też coś, czego wcześniej
nie rozumiał. Pytała się, czy właściciel dokładnie
zaplanował, we wszystkich szczegółach, przebieg wypadków. Czy
wszystko gotowe. Do kogo kierowała to pytanie? Ze wszystkich sił
próbował sobie przypomnieć, ale nic z tego nie wyszło. Odwrócił
się. Skręcił w uliczkę, w której znajdował się monopolowy,
do którego wstępował idąc w druga stronę. Po raz kolejny
zaklął i próbował przypomnieć sobie twarz tej dziewczyny.
Tak, to była ta sama, która pierwsza go dziś obudziła. "Jak
miała na imię?" - myślał.
Odwrócił się. Nikogo tam nie było. Skręcił w prawo. Był już
blisko domu. Poczuł się lepiej, wiedział, że już nikt nie
skojarzy go ze śmiercią tamtego chłopaka. Wzdrygnął się. To
było okropne. Odwrócił się.
"Wariuję" - uspokajał się. To wszystko, jak łatwo
się domyślić, źle na niego działało. Ta dziewczyna... Pamiętał,
że mówiła o czymś jeszcze. Chyba spieszyła się na dworzec
kolejowy. Tak, jechała autobusem na dworzec. Była mowa o... śmierci...
Jakimś morderstwie, sądził, że chodzi o film. To morderstwo
zostało popełnione... na schodach. Tak, na schodach. Skręcił
w lewo. Jego oczom ukazał się blok, w którym mieszkał już od
kilku lat, ale nigdy jeszcze nie czuł takiej ulgi na jego widok.
Przyspieszył kroku i stając przed drzwiami na klatce schodowej
zaczął szukać kluczy. Nie było ich ani w spodniach, ani w
kurtce. Zdjął plecak i starannie go przeszukał. Leżały na
samym dnie. Otworzył drzwi. Zaczął wchodzić do góry. mieszkał
na drugim piętrze. To zabójstwo, o którym słyszał... było
na schodach... Odwrócił się. Miał nerwy w strzępach, ale to
co zobaczył... Winda. Spokojnie do niej wszedł i pojechał szczęśliwy
do siebie. Wpadł do mieszkania i zamknął je na wszystkie
cztery zamki. Uśmiechnął się z wysiłkiem, zdjął kurtkę i
buty, plecak rzucił w kąt. Podreptał do kuchni i zrobił sobie
drinka. Taaak. Wreszcie spokój. Położył się w fotelu i
rozkoszował się zawartością kieliszka. Przymknął oczy.
Kiedy je otworzył, przed nim stał kot. Był cały biały i
patrzył na niego jakoś dziwnie. Nie miał kotów, ani w ogóle
zwierząt. Chciał wstać, ale było już za późno. Zanim
kieliszek zdążył rozbić się na tysiąc kawałków, nie żył.
***
Było jeszcze wcześnie. Facet stanął przed ciemnymi drzwiami z
wygrawerowanymi inicjałami właściciela mieszkania. Pewnym
ruchem zapukał, ale nie było odpowiedzi. Nacisnął klamkę.
Drzwi nie były zamknięte. Wszedł równym krokiem do środka,
zamknął drzwi i rozejrzał się. Ze śmiertelną powagą poszedł
do łazienki i położył tam ścierkę. W jednym z pokoi ustawił
jakąś białą butelkę. Przeszedł do innego i wyjął z
kieszeni paczkę papierosów. Wysypał z niej wszystkie, oprócz
czterech i na jednym z nich napisał coś starannie czerwonym
cienkopisem. Paczkę położył na półce, a resztę fajek zabrał
ze sobą. Z przedpokoju zabrał telefon, a z kuchni zegar, który
wisiał na ścianie. Opróżnił też prawie całkowicie lodówkę.
Wszystko to włożył do worka na śmieci i wyszedł z mieszkania.
Pozbył się niepotrzebnych rzeczy i sprawdził czy ma scyzoryk i
zapalniczkę. Wszedł do budki telefonicznej i wystukał numer.
- Witaj, jesteś na dzisiaj gotów? - zapytał osobę po drugiej
stronie.
- Tak... ale, ile? - odpowiedział niepewny męski głos.
- Trzy osoby. Za każdą dostaniesz godziwe honorarium. Tak jak
się umawialiśmy. I jeszcze jedno. Masz nie pić. Nie wolno ci
się zapomnieć.
- Jasne... ale...
- Żegnam.
Facet odłożył słuchawkę, ale tylko po to, by wystukać
kolejny numer.
- Witaj. Nie przychodź. Nie ma takiej potrzeby.
- ... Muszę go zobaczyć. Wiem, że w jakiś sposób się o tym
dowie i przyjdzie. To było tak dawno...
- Jak sobie życzysz, ale i tak wiem, co chcesz zrobić. Wiem do
jakiego stanu chcesz się doprowadzić.
- To... nieważne. Ale... Czy on tam będzie?
- Tak.
- ...
- Żegnam.
Odłożył słuchawkę. Pewny siebie ruszył w stronę miasta.
spojrzał na zegarek. Zostało jeszcze pięć godzin...
***
Odłożył czytaną książkę na bok. Głęboko się zamyślił
i podniósł słuchawkę telefonu. Po skończonej rozmowie wstał,
włożył płaszcz i wyszedł na miasto. Wiedział, gdzie ją
spotka. Wsiadł do autobusu i od razu ją zauważył. Stała
samotnie oparta o szybę. Kiedy podszedł mimowolnie się wzdrygnęła.
Opowiedział jej o nowym planie. Spytał, co o nim sądzi.
Powiedziała, że wszystko powinno być zaplanowane w
najmniejszych szczegółach. Zgodził się z nią chętnie. Spytał,
czy ona tam będzie. Nie odpowiedziała. Dał za wygraną i spoglądając
na chłopaka, którego pod jego spojrzeniem gwałtownie
zainteresowały czubki butów, wysiadł z autobusu. Śmiertelnie
poważny poszedł obejrzeć miejsce. Był to zwykły blok, w
samym prawie centrum miasta. Wdrapał się po schodach i stanął
przed ciemnymi drzwiami. Na widok wygrawerowanych inicjałów uśmiechnął
się szeroko.
***
- A więc kto za tym stoi?
- Właściciel mieszkania.
- Chyba nie sądzisz, żeby być tak bezczelnym, żeby zrobić to
we własnym mieszkaniu?
- Właśnie tak sądzę. Wszystkie ofiary, jak dowiedziono,
znajdowały się w tym mieszkaniu.
- Wszystkie?
- Tak, łącznie z tą ostatnią, znalezioną na podłodze, którą
zaskoczono gdy spała.
- Ale, kto to zrobił, zaplanował?
- Odpowiedzią są inicjały wygrawerowane na drzwiach.
- O i N?
- Tak.
- A więc to...
- Tak, On.
KataszA
asztaka@gazeta.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|