|
Gwiazda
Naciągnął na siebie w pośpiechu koszulę, spodnie i w
przedpokoju narzucił na plecy czarny płaszcz. Powodowany jakimś
odruchem wyszedł z domu bez uprzedniego zawiadomienia rodziców
czy nawet rodzeństwa. Jak lunatyk błądził przed chwilą po
przepastnych wnętrzach domu jednorodzinnego gdzieś na Górnym
Śląsku. Po pobieżnym zlustrowaniu tarczy zegara ściennego coś
wpadło mu do głowy i teraz właśnie stał ubrany pod
zachmurzonym niebem.
Było dość ciepło jak na zimę, plus dwa. Śnieg się stracił
i na ziemi leżały tylko duże połacie lodu, powstającego z
roztopionego puchu podczas nocy, gdy temperatura spadała do dość
niskich wartości. Zamiast, białych gwiazdek z nieba spadała
kurtyna małych kropel, szczelnie przylegających do wszystkich
kawałków materii. Było prawie bezwietrznie. Zabrakło prądu,
bądź była jakaś awaria w elektrowni, czego następstwem były
ciemności panujące teraz wokół.
Ostrożnie stąpając, skierował swoje kroki w stronę najbliższego
przystanku linii 294. Było ślisko. Pomimo dodatniej temperatury
powietrza przy gruncie chwytał już mróz. Na drodze panowała
gołoledź, tak niebezpieczna dla kierowców. Woda z kałuż
powstałych po roztopach dostawała się do prawego buta, który
niedawno został uszkodzony, przez kawałek szkła, leżący na
ulicy.
Do odjazdu autobusu było jeszcze 10 minut. Wędrowiec miał więc
troszkę czasu by poobserwować ciemność. Gdy wychodził z domu
szczekał pies, a gdzieś w oddali wyła syrena karetki. Błoto
plaskało pod naciskiem jego nóg. Cicha, nastrojowa muzyka
rozbrzmiewała w jego uszach. Baterie w discmanie zaczęły się
powoli wyczerpywać. Na szczęście w kieszeni znajdowały się
zapasowe, nowe dwa "paluszki". Szybki ruch kciuka i
klapka zamykająca otwór z zasilaniem się otworzyła, po czym
nastąpiła wymiana. Muzyka odzyskała swoją moc.
Jakaś kobieta śpiewała w dźwięcznym języku elfów pieśń o
niezrozumiałych słowach. Co z tego, że nie rozumiał tekstu,
skoro go czuł. Śpiewowi towarzyszył flet, kobza i cymbały.
Opowiadała o świecie, wymiarze wolności a pomimo to nie było
tam szczęścia. Nie zawsze, gdyś wolny jak ptak, w twoim
posiadaniu szczęście się znajduje.
Ciemność styczniowego wieczoru rozjaśniły reflektory autobusu.
Wewnątrz okazało się, że jadą w nim tylko dwie osoby, nie
licząc podróżnika. Szyby były zaparowane, od oddechów
wszystkich ludzi, którzy podróżowali tym środkiem transportu
podczas całego dnia. Na oknach znajdowały się westchnienia,
kichnięcia i śmiechy nie zdających sobie z tego sprawy istot.
Na kolejnym przystanku wsiadła jakaś para. Osobnik ze słuchawkami
podróżował zwrócony tyłem do kierunku jazdy. Kierowca pomijał
większość postojów, bo któż normalny jeździ o tej porze
autobusem.
Na jednym z przystanków, przez spotniałą szybę, jego oczom
ukazało się młode drzewo w zbroi z lodu. Piękny i zarazem
przerażający widok. Coś co daje życie, także to życie
potrafi unieruchomić i zdusić na pewien czas... Muzyka go w tym
utwierdziła. Zaczęły się pojawiać pierwsze blaski świateł
z latarni. To rozpoczynało się miasto. Droga, którą pokonywał
na jednym z tylnich siedzeń, była mu doskonale znana. Niemal
codziennie przebywał ja podczas wędrówki do szkoły. Miał
mokro w prawym bucie.
Na ostatnim przystanku wysiadł, bo dalej już nie mógł zajechać.
Skierował się w stronę tak dobrze znanego rynku i fontanny.
Stanął przed ratuszem spojrzał na zegar i poszedł na dworzec.
Miał gdzieś, że moknie w tej mżawce. Obserwował przechodniów
swoimi ciemnymi oczyma. Widział ich, myślał nad tym po co tu
przemykają w pośpiechu. Oni mieli swój cel, do którego teraz
zmierzali. Jaki był jego punkt docelowy?? Dworzec. A co potem?
"Na styk" zdążył na ostatni pojazd MZK odjeżdżający
w stronę jego okolic. Tradycyjnie zasiadł na "swoim"
miejscu. Teraz było całkiem pusto. Kierowca mógł wreszcie puścić
swoją muzykę na wszystkich głośnikach rozmieszczonych pod
sufitem. Wysiądę troszkę wcześniej i przejdę się na nogach
- pomyślał. I tak też zrobił.
Było już zimniej i wreszcie światło się pojawiło. Ulica
mieniła się iskierkami lodu. Przestało mżyć. Przemknął
obok kolejnego więźnia lodowej zbroi. W oddali na zakręcie
pojawiło się kilku podpitych zbirów. Trudno trzeba było przejść
obok nich. Nawet słuchawki nie zagłuszały ich pijackich głosów.
Odległość między grupą a pojedynczym człowiekiem
drastycznie się zmniejszała. 100, 75, 50, 25 metrów i w końcu
kontakt bezpośredni.....
Teraz pewnie Drogi Czytelniku czekasz, aby się coś wydarzyło.
No i się wydarzy, ale nie to czego byś się spodziewał.
Najzwyczajniej w świecie przejdą obok siebie i każdy pójdzie
w swoją stronę. Po co zabijać czy kaleczyć tego biednego nie
mającego celu ludzika? Chociaż, kto wie, może to byłoby
lepsze. Szukacie zmyślonych opowieści a nie dostrzegacie tych
co macie przed oczyma.
Przed wejściem do domu zwrócił głowę w stronę tego kawałka
nieba, na którym teraz nie było chmur. Zobaczyłem gwiazdę...
Zrobiło mi się głupio i tak jakoś ciężko, ten kolosalny
kamień na moim sercu narastał od dłuższego czasu, ale teraz
jego waga przekroczyła pewną wartość graniczną i przytłoczyła
mnie zupełnie. Moje serce ledwie biło pod naciskiem tych
wszystkich skumulowanych rzeczy. Zobaczyłem gwiazdę, nie wiem
jaki to gwiazdozbiór. To nieistotne. Nie mogłem się powstrzymać.
Uroniłem kilka łez, które spadły na ziemię i zmieszały się
z błotem. Przyłapałem się na tym, że znów myślę o Niej. Płakałem
nad sobą i moją decyzją podjętą wtedy przy towarzystwie
gwiazd. Straciłem Ją...
Nie porzucajcie swoich Gwiazd.
Grey Wolf vel Royal Gryffin
phantazm@interia.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|