|
Jeden dzień z życia alkoholika
Pukam do drzwi kumpla... czekam... jeszcze czekam... no, w końcu
otworzył. Mieciu wykonał energiczny gest mający mi uświadomić,
że mogę wejść do środka. Czym prędzej wskoczyłem do
cieplutkiego mieszkanka, rozebrałem kurtkę, zdjąłem buty i wręczyłem
zniecierpliwionemu Mieciowi tajemniczą reklamówkę zalatującą
tanim winem.
- Niech to szlag. Znowu butelka pękła. - marudził pod nosem
Mietek i patrzał bezradnie jak nalewka kapie mu na kapcie.
Nic się nie odzywając wszedłem ostrożnie po skrzypiących
schodkach na górę jednopiętrowego domku. Obeznany w terenie,
już wiedziałem gdzie znajdę pokój kumpla.
Rozejrzałem się jednak podejrzliwie po korytarzu, by sprawdzić
czy jest czysto.
- Starych nie ma. Nie bój żaby. - uspokoił mnie.
- Nikogo jeszcze nie ma? - spytałem usadawiając się w
najlepszym fotelu Mietka.
- Coś się spóźniają. Ale obiecywali, że na pewno przyjdą.
Czekaliśmy spokojnie na przyjście innych imprezowiczów. Z nudów
graliśmy w Deluxe Ski Jump 2.1. Na Althlonie 1,7 nieco ciachała...
Wygrałem dopiero dwie pierwsze skocznie, kiedy usłyszeliśmy
ciche pukanie do drzwi. Mietek zerwał się ze swojego stanowiska
i ruszył galopem po schodach na dół. Spojrzał przez wizjerek
upewniając się, że to nie znowu facet z elektrowni. Całe szczęście
część ekipy już stała pod drzwiami. Mogliśmy w końcu zacząć
imprezę! Ani się nie obejrzałem, a Mietek, Kaśka, Andzia i
Paweł siedzieli w salonie. Ja, niestety musiałem się rozstać
z komputerkiem. Śliniąc się zbiegłem do salonu i usiadłem na
wcześniej wyznaczonym mi miejscu. Przede mną stała jeszcze
pusta szklanka.
- Co jest kurde? Polewaj... - zachęciłem Miecia do współpracy.
Podszedłem na momencik do wieży włączyć jakąś nastrojową
muzyczkę. Eminem, Tatu, Arka Noego.... o jest - Fear Factory.
Przycisnąłem dwa guziki i rozbrzmiała niekoniecznie nastrojowa
muzyczka. Zawitałem z powrotem przed moją szklaneczkę i łyknąłem
jednym duszkiem jej zawartość.
- Ło w mordę! - wykrzywiłem się poskręcany, jakbym zżarł
cytrynę. - Co to jest?
Nie otrzymałem odpowiedzi. zobaczyłem natomiast napis na
butelce leżącej na środku stołu - "Absolwent".
Spojrzałem na Pawła, a ten uśmiechnął się szyderczo.
Chwilę później nadszedł czas na drogą kolejkę. Potem trzecią...
czwartą... przyszedł Jacuś z Natalią... pierwsze wino...
drugie wino...
Nastrój się jakoś poprawił. Wszyscy się śmiali i rozmawiali.
Tylko ja tak jakoś leżałem na podłodze bez ładu i składu.
Nie byłem jeszcze pijany... no, może troszkę. Postanowiłem
zwiedzić domek, który znam już na wylot. Wstałem powoli i
ruszyłem chwiejnym krokiem na górę. Po drodze zaliczyłem
szklaneczkę mojej nalewki. Od razu zrobiło mi się cieplej w
brzuszku. W pokoju Mietka zastałem większość gości. Wszyscy
zgromadzeni przed kompem oglądali niezbyt trzeźwe wyczyny
skoczków w kultowej już grze. Jedynie Kasia, jakaś taka
osamotniona leżała bezwładnie na łóżku. Położyłem się
obok niej i zacząłem rozmowę:
- Czemu nie grasz razem z innymi? - wydusiłem z siebie mocno
zniekształcone dźwięki.
- Bylyfytysyzyf... - otrzymałem w odpowiedzi.
- Tak, masz rację... - swoją wypowiedź chyba tylko ja rozumiałem...
Przeszedł Mieciu obok mnie wręczając mi kieliszek czystej....
Łoooooooo....ale jazda... ruszyłem podjarany do monitora. Przejąłem
stery i skoczyłem na K250 aż 20 metrów. Nagle coś mi
przeskoczyło w brzuchu. Czułem, że muszę do łazienki. Rzuciłem
się w stronę najbliższej ubikacji. Niepostrzeżenie jednak
podwinęła mi się noga i zaliczyłem bliskie spotkanie z Mietka
dywanem. Uznając, że na czworaka szybciej, rozpędziłem się
jak dziki i zahamowałem tuż przed drzwiami kibla na pobliskiej
ścianie. Z trudem dosięgnąłem klamki... zamknięte. Gdy zacząłem
się dobijać usłyszałem:
- Zajęte k**wa! - krzyczał stłumiony głos Mietka, którego
echo odbijało się z muszli klozetowej.
Spanikowałem. Jednak mój trzeźwy umysł podpowiadał mi, że
jeszcze na dole jest jeden kibelek. Przyjąłem pozycję raczkującego
dziecka i zszedłem ostrożnie z dwóch pierwszych stopni. Dalszą
część zjechałem na tyłku, co okazało się o wiele szybsze.
Chwile później zauważyłem, że jestem w piwnicy. Cofnąłem
się delikatnie o parę stopni i już ujrzałem znajomy salon.
Ostatkami sił wstałem i niepewnym chodem poszedłem do toalety.
Zrobiłem dumnie dwa kroki i niezauważając poległej Andzi
przeleciałem resztę trasy na supermana. Trzy metry dalej wylądowałem
na czymś miękkim. Odchyliłem nieco głowę, żeby się
przyjrzeć cieplutkiemu dywanikowi i zobaczyłem, że mój łokieć
przygniata nieco głowę narąbanego Pawła. Zszedłem z niego
grzecznie, gdy zaczął wierzgać i odsunąłem go nieco, gdyż
blokował drzwi do łazienki. Wparowałem do środka i nachyliłem
się energicznie nad sedesem:
- Błeeeeeeeeeee!.... - Wydałem nieprzyzwoity dźwięk i oddałem
cały mój obiad na rzecz kanalizacji i oczyszczalni ścieków.
Wyszedłem dumny z siebie, że pierwszy raz nie zabrudziłem
Mietkowi dywanu. Doczołgałem się do nawalonej na podłodze
Andzi, ułożyłem sobie niezgorszą poduszkę z jej pulchnego
brzuszka i poszedłem spać....
Spałbym do białego rana, gdyby nie Mietek, który nie zauważył
mojej głowy i "przypadkowo" wycedził w nią z buta.
Zerwałem się na równe nogi, depcząc Bogu winną Andzię. Wydałem
z siebie przepite dźwięki imitujące przekleństwa i zacząłem
biegać w kółko szukając czegoś zimnego do przyłożenia rany.
Mój zmysł równowagi, jednak jeszcze w pełni nie wytrzeźwiał
i po chwili mogłem podziwiać piękno parkietu Mietka. Wstałem
jednak z powrotem i dzielnie trzymając się ściany podszedłem
do Mietka oddając skubańcowi w nery - i to z procentem. Nie byłem
do końca pewny, czy trafiłem, bo Mieciu nawet nie drgnął... o
kurna... to nie Mieciu.... to antyczny zegar ścienny jego
dziadka... Ciekawe kto mu taką dużą dziurę zrobił? Eeee...
chyba już pójdę...
Po pięciu godzinach twardego spania na podłodze budzi mnie światło
słoneczne radośnie wpadające przez okno. Przewracam się na
drugi bok, jednak ono nie daje za wygraną. Wiem, że jak już się
obudzę, to potem nie zasnę, więc walczę i zaciskam mocno
powieki. To na nic. Uciekam się do najgorszego i krzyczę:
- Mietek!!! Żaluzje!!! Aaaach!!! - drę się niepotrzebnie, bo i
tak Mietek śpi - <BEEP><BEEP><BEEEEP> - wołam
ponownie Mietka. Znów nic.
Postanawiam samodzielnie rozwiązać sprawę niegrzecznego światła
i wstaje zmęczony, skacowany, obolały i zjechany, by zasłonić
żaluzję. Omijam tu i ówdzie porozrzucane pawie imprezowiczów
(z jednego miałem poduszkę) i przekręcam wajchę. Salon powoli
ciemnieje, co oznacza że moja misja zakończyła się
powodzeniem. Spojrzałem na dziurawy antyczny zegar ścienny
dziadka Mietka. Była 12.15....
Zaczął się kolejny nudny, normalny dzień...
Sic!
kernelsic@poczta.onet.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|