Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

POWRÓT DO
AM




 
  <<< poprzednie :::: następne >>>
 

:::: Sic! ::::

Jeden dzień z życia alkoholika


Pukam do drzwi kumpla... czekam... jeszcze czekam... no, w końcu otworzył. Mieciu wykonał energiczny gest mający mi uświadomić, że mogę wejść do środka. Czym prędzej wskoczyłem do cieplutkiego mieszkanka, rozebrałem kurtkę, zdjąłem buty i wręczyłem zniecierpliwionemu Mieciowi tajemniczą reklamówkę zalatującą tanim winem.
- Niech to szlag. Znowu butelka pękła. - marudził pod nosem Mietek i patrzał bezradnie jak nalewka kapie mu na kapcie.
Nic się nie odzywając wszedłem ostrożnie po skrzypiących schodkach na górę jednopiętrowego domku. Obeznany w terenie, już wiedziałem gdzie znajdę pokój kumpla.

Rozejrzałem się jednak podejrzliwie po korytarzu, by sprawdzić czy jest czysto.
- Starych nie ma. Nie bój żaby. - uspokoił mnie.
- Nikogo jeszcze nie ma? - spytałem usadawiając się w najlepszym fotelu Mietka.
- Coś się spóźniają. Ale obiecywali, że na pewno przyjdą.
Czekaliśmy spokojnie na przyjście innych imprezowiczów. Z nudów graliśmy w Deluxe Ski Jump 2.1. Na Althlonie 1,7 nieco ciachała...

Wygrałem dopiero dwie pierwsze skocznie, kiedy usłyszeliśmy ciche pukanie do drzwi. Mietek zerwał się ze swojego stanowiska i ruszył galopem po schodach na dół. Spojrzał przez wizjerek upewniając się, że to nie znowu facet z elektrowni. Całe szczęście część ekipy już stała pod drzwiami. Mogliśmy w końcu zacząć imprezę! Ani się nie obejrzałem, a Mietek, Kaśka, Andzia i Paweł siedzieli w salonie. Ja, niestety musiałem się rozstać z komputerkiem. Śliniąc się zbiegłem do salonu i usiadłem na wcześniej wyznaczonym mi miejscu. Przede mną stała jeszcze pusta szklanka.
- Co jest kurde? Polewaj... - zachęciłem Miecia do współpracy.
Podszedłem na momencik do wieży włączyć jakąś nastrojową muzyczkę. Eminem, Tatu, Arka Noego.... o jest - Fear Factory.

Przycisnąłem dwa guziki i rozbrzmiała niekoniecznie nastrojowa muzyczka. Zawitałem z powrotem przed moją szklaneczkę i łyknąłem jednym duszkiem jej zawartość.
- Ło w mordę! - wykrzywiłem się poskręcany, jakbym zżarł cytrynę. - Co to jest?
Nie otrzymałem odpowiedzi. zobaczyłem natomiast napis na butelce leżącej na środku stołu - "Absolwent". Spojrzałem na Pawła, a ten uśmiechnął się szyderczo.

Chwilę później nadszedł czas na drogą kolejkę. Potem trzecią... czwartą... przyszedł Jacuś z Natalią... pierwsze wino... drugie wino...
Nastrój się jakoś poprawił. Wszyscy się śmiali i rozmawiali. Tylko ja tak jakoś leżałem na podłodze bez ładu i składu. Nie byłem jeszcze pijany... no, może troszkę. Postanowiłem zwiedzić domek, który znam już na wylot. Wstałem powoli i ruszyłem chwiejnym krokiem na górę. Po drodze zaliczyłem szklaneczkę mojej nalewki. Od razu zrobiło mi się cieplej w brzuszku. W pokoju Mietka zastałem większość gości. Wszyscy zgromadzeni przed kompem oglądali niezbyt trzeźwe wyczyny skoczków w kultowej już grze. Jedynie Kasia, jakaś taka osamotniona leżała bezwładnie na łóżku. Położyłem się obok niej i zacząłem rozmowę:
- Czemu nie grasz razem z innymi? - wydusiłem z siebie mocno zniekształcone dźwięki.
- Bylyfytysyzyf... - otrzymałem w odpowiedzi.
- Tak, masz rację... - swoją wypowiedź chyba tylko ja rozumiałem...

Przeszedł Mieciu obok mnie wręczając mi kieliszek czystej....
Łoooooooo....ale jazda... ruszyłem podjarany do monitora. Przejąłem stery i skoczyłem na K250 aż 20 metrów. Nagle coś mi przeskoczyło w brzuchu. Czułem, że muszę do łazienki. Rzuciłem się w stronę najbliższej ubikacji. Niepostrzeżenie jednak podwinęła mi się noga i zaliczyłem bliskie spotkanie z Mietka dywanem. Uznając, że na czworaka szybciej, rozpędziłem się jak dziki i zahamowałem tuż przed drzwiami kibla na pobliskiej ścianie. Z trudem dosięgnąłem klamki... zamknięte. Gdy zacząłem się dobijać usłyszałem:
- Zajęte k**wa! - krzyczał stłumiony głos Mietka, którego echo odbijało się z muszli klozetowej.

Spanikowałem. Jednak mój trzeźwy umysł podpowiadał mi, że jeszcze na dole jest jeden kibelek. Przyjąłem pozycję raczkującego dziecka i zszedłem ostrożnie z dwóch pierwszych stopni. Dalszą część zjechałem na tyłku, co okazało się o wiele szybsze. Chwile później zauważyłem, że jestem w piwnicy. Cofnąłem się delikatnie o parę stopni i już ujrzałem znajomy salon. Ostatkami sił wstałem i niepewnym chodem poszedłem do toalety. Zrobiłem dumnie dwa kroki i niezauważając poległej Andzi przeleciałem resztę trasy na supermana. Trzy metry dalej wylądowałem na czymś miękkim. Odchyliłem nieco głowę, żeby się przyjrzeć cieplutkiemu dywanikowi i zobaczyłem, że mój łokieć przygniata nieco głowę narąbanego Pawła. Zszedłem z niego grzecznie, gdy zaczął wierzgać i odsunąłem go nieco, gdyż blokował drzwi do łazienki. Wparowałem do środka i nachyliłem się energicznie nad sedesem:
- Błeeeeeeeeeee!.... - Wydałem nieprzyzwoity dźwięk i oddałem cały mój obiad na rzecz kanalizacji i oczyszczalni ścieków.
Wyszedłem dumny z siebie, że pierwszy raz nie zabrudziłem Mietkowi dywanu. Doczołgałem się do nawalonej na podłodze Andzi, ułożyłem sobie niezgorszą poduszkę z jej pulchnego brzuszka i poszedłem spać....

Spałbym do białego rana, gdyby nie Mietek, który nie zauważył mojej głowy i "przypadkowo" wycedził w nią z buta. Zerwałem się na równe nogi, depcząc Bogu winną Andzię. Wydałem z siebie przepite dźwięki imitujące przekleństwa i zacząłem biegać w kółko szukając czegoś zimnego do przyłożenia rany. Mój zmysł równowagi, jednak jeszcze w pełni nie wytrzeźwiał i po chwili mogłem podziwiać piękno parkietu Mietka. Wstałem jednak z powrotem i dzielnie trzymając się ściany podszedłem do Mietka oddając skubańcowi w nery - i to z procentem. Nie byłem do końca pewny, czy trafiłem, bo Mieciu nawet nie drgnął... o kurna... to nie Mieciu.... to antyczny zegar ścienny jego dziadka... Ciekawe kto mu taką dużą dziurę zrobił? Eeee... chyba już pójdę...

Po pięciu godzinach twardego spania na podłodze budzi mnie światło słoneczne radośnie wpadające przez okno. Przewracam się na drugi bok, jednak ono nie daje za wygraną. Wiem, że jak już się obudzę, to potem nie zasnę, więc walczę i zaciskam mocno powieki. To na nic. Uciekam się do najgorszego i krzyczę:
- Mietek!!! Żaluzje!!! Aaaach!!! - drę się niepotrzebnie, bo i tak Mietek śpi - <BEEP><BEEP><BEEEEP> - wołam ponownie Mietka. Znów nic.
Postanawiam samodzielnie rozwiązać sprawę niegrzecznego światła i wstaje zmęczony, skacowany, obolały i zjechany, by zasłonić żaluzję. Omijam tu i ówdzie porozrzucane pawie imprezowiczów (z jednego miałem poduszkę) i przekręcam wajchę. Salon powoli ciemnieje, co oznacza że moja misja zakończyła się powodzeniem. Spojrzałem na dziurawy antyczny zegar ścienny dziadka Mietka. Była 12.15....


Zaczął się kolejny nudny, normalny dzień...



Sic!

kernelsic@poczta.onet.pl


<<< poprzednie :::: ^^ do góry ^^ :::: następne >>>