|
Najlepszy snajper
Jest rano. Pies sąsiada szczeka. Znowu. Nie pozwala się wyspać
staremu człowiekowi. A tyle razy prosiłem sąsiada, tego młodego
niewdzięcznika... aby nie wypuszczał psa tak wcześnie rano. A
on się tylko uśmiechał.. "Tak proszę pana, oczywiście"...
i dalej go wypuszczał. Siadał na schodach i zapalał papierosa.
Po prostu ma mnie gdzieś. Czy dla takiego traktowania przelewałem
krew, swoją i wroga? Potrzebowali mnie, a teraz, gdy już nie
jestem potrzebny, wyrzucili mnie. MNIE! Dali mi dom i trochę
pieniędzy, abym umarł tutaj, aby wszyscy o mnie zapomnieli, bo
to dla nich niewygodne. A najgorsze jest to, że ja się bez żadnego
oporu poddałem! Zamydlili mi oczy obietnicami o bohaterstwie i sławie,
jak niegdyś, a ja znowu dałem się nabrać. I gniję w tej
klatce, w tym domu na przedmieściu, otoczony ludźmi - owcami,
którzy nie rozumieją nic z tego, co się dzieje, pracują, jedzą,
śpią, nie wiedzą o tym, co się stało, nie wiedzą, kim
jestem! Zaraz się dowiedzą... Dosyć tego!
Obok łóżka mam karabin snajperski. Dobry Boże, ile on
przeszedł! Bywało czasem nawet tak, że rozmawiałem z nim. A
teraz leży, już tyle lat!
Cóż za przyjemność go znowu ująć! I to sklejone złamanie
na kolbie... kiedy uciekałem przez las, straciłem równowagę i
spadłem ze zbocza... leżałem wtedy zagrzebany w ściółce i słuchałem
okrzyków pościgu... myślałem, że to koniec i tęskniłem do
spokojnego życia, ale do życia, a nie wegetacji!
Chwyciłem karabin i ustawiłem się na pozycji. Wszystko w porządku.
Nie maskowałem się, nie chowałem. Nie dbałem o to, że ktoś
usłyszy strzał, kiedy mnie dogoni, czy łatwo będzie mu
dostrzec moją pozycję. Bo to ma być mój już ostatni występ.
Czułem się niemalże nagi, tak stojąc na balkonie, z karabinem
w ręku. Ale niech wszyscy patrzą. Niech wiedzą.
Jest. Otworzył bramę, wypuścił psa. Teraz siada na schodach,
zapala papierosa. Właściwie on praktycznie niczym nie zawinił.
Ale ja nie mam wątpliwości. Podczas wojny wyleczyłem się z
tej choroby. Wielu towarzyszy broni umarło na nią. Tylu ich było...
Wszyscy koledzy z wojska zginęli w pierwszych dwóch latach
wojny. Z naszego oddziału snajperów wojnę przeżyłem tylko ja.
Potem już nie zapamiętywałem twarzy, tak szybko znikały... i
pojawiały się nowe... zlewały się w jedno...
Ale teraz jestem tylko ja i cel. Pies. To okrucieństwo strzelać
do zwierząt. Wilczury wroga, powalające na ziemię twojego
przyjaciela i rozszarpujące mu gardło.
BANG!
Echo wystrzału rozległo się po okolicy. Pies leży teraz w kałuży
krwi, a jego właściciel patrzy na mnie przerażonym wzrokiem.
Widzę, znam ten wzrok mimo, że chłopak stoi daleko ode mnie.
To jest mój tryumf, nagroda za umiejętne podejście i
zaskoczenie ofiary. Teraz tylko przeładować - już, wycelować,
cholera, ręka nie jest już taka pewna... BANG! Leży martwy na
schodach. Robota skończona.
Mundur schowałem do skrzyni na strychu. Otworzyłem teraz tą
skrzynię. Mundur galowy, piękny. Dostałem go, kiedy już mnie
wyciągnęli spośród ruin, nakarmili, umyli. Powiedzieli, że
wojna już się skończyła. Nie docierało to do mnie, nie byłem
w stanie tego pojąć. Walka stanowiła moje ostatnie piętnaście
lat życia. Nienawidziłem każdej pory roku: wiosna i jesień -
deszcz i błoto; zima - chłód, śnieg, na którym widać cię
doskonale; lato - upał nie do wytrzymania. Tego, że wojna trwała
piętnaście lat, też się dowiedziałem tego dnia. Dla mnie to
przez ten czas nie miało znaczenia. W koszarach były ściany,
na których kreski oznaczały dni. Potem tygodnie, potem miesiące.
Lata. Nie mogłem i nie chciałem na to patrzeć. Zresztą
koszary zbombardowano i trzeba było uciekać do lasu. Trzeba było
do zwierzyny strzelać z ręcznie zrobionego łuku, bo brakowało
nabojów.
Wkrótce przyjedzie policja. Pewnie będą chcieli mnie
zaaresztować. Nic z tego. Włożyłem mundur, symbol mojej starości
i zgorzknienia. Nigdy więcej! Nie pozwolę się poniżać.
Słychać syreny policyjne. Wspaniale. Zszedłem po schodach do
ogrodu, podszedłem do ogrodzenia. - Witam, panie władzo! A cóż
się tu dzieje?
- Panie starszy! Proszę do domu! Nie widział pan, co się tu
stało!?
- Ależ widziałem, i to dokładnie. To strzelał taki jeden
wariat...
- Tak!? A gdzie on uciekł?
- Niedaleko, jest teraz zupełnie niedaleko...
Szybko wyciągnąłem zza pleców karabin i bez celowania strzeliłem
policjantowi stojącemu dalej, przy samochodzie, w nogę. Ciężko
było opanować chęć przestrzelenia mu tętnicy udowej. Trzeba
przyznać zszokowanemu policjantowi, że wahał się bardzo krótko.
Wprawdzie i tak byłbym szybszy, ale nie o to tu chodziło. Poczułem
gwałtowne, szybkie uderzenia w klatkę piersiową. Zabawne, więc
nie czuje się wtedy bólu... moje ofiary, nie czuły bólu, na
szczęście... Zrobiło mi się ciemno przed oczami, niebo pojawiło
się mi przed oczami... czyli upadłem... więc tak się umiera...
- Wolny od wsz..tkiego... naresz...ie... - wyszeptałem.
Mariusz Saint
mariuszsaint@interia.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|