|
Szmaragdowa przystań
Zielony, mający już swe najlepsze lata za sobą ford pędził
wyboistą autostradą w kierunku leniwie zachodzącego słońca.
Pomarańczowe promienie obejmowały krągłą maskę wozu, ślizgając
się po metalicznej karoserii. Biało-czarne opony ze świstem cięły
miękki asfalt, prowadząc samochód coraz głębiej w karmazynową
pustkę. Zachód... Tamte okolice nie były zamieszkane nawet
przez zwierzęta, a i rośliny zdawały się ich unikać, gdyż
jedynie niska trawa porastała całe setki kilometrów płaskich
terenów. Czerwone chmury z czarnymi plamami płynęły po
powietrznym oceanie.
Kierowca zapatrzył się w horyzont. Krople potu spływały po
jego nieruchomej twarzy tylko po to, aby wsiąknąć w kołnierz
białej koszuli. Zmrużone powieki ukrywały błękitne oczy, a
spierzchnięte usta były dopełnieniem obrazu człowieka, który
niewiele ma do stracenia. Kurczowo ściskając koło kierownicy i
machinalnie wdeptując wysłużony pedał gazu do oporu,
trzydziestoparoletni mężczyzna podziwiał widok, jakiego wcześniej
nie uświadczył. Widok samotności.
Poruszył dużym pokrętłem, włączając radio. Wnętrze
maszyny wypełniło się wesołym głosem spikera, który wypluwał
z siebie setki słów na minutę, przyciągając uwagę słuchaczy.
- Wciąż świętujemy normandzkie zwycięstwa naszych dzielnych
chłopców, a tymczasem zbliża się kolejna okazja do urządzania
hucznych zabaw. - prezenter mówił szybko i wyraźnie - Jak
donoszą agencje informacyjne, już niedługo wydany zostanie
rozkaz ostatecznego...
Jak na czyjąś komendę stacje radiowe zaczęły się zmieniać.
Z głośników popłynęła głośna muzyka, chwilę potem
zakrzyknął komentator jakiegoś sportowego pojedynku, a następnie
słychać było już tylko szum.
Niespodziewanie samochodem zarzuciło, a spod karoserii rozległo
się donośne rzężenie. Opony zapiszczały, ślizgając się po
ciepłej nawierzchni. Ford zakręcił bączka, przewrócił się
na bok, przekoziołkował i stanął ponownie na kołach, teraz
już przebitych i, podobnie jak dach, wklęsłych. Mężczyzna
podniósł się z pasażerskiego siedzenia i zaczął szarpać
drzwiami. Kiedy te nie chciały ustąpić, kopnął weń kilka
razy aż wreszcie musiały skapitulować. Poobijana postać niezręcznie
wygramoliła się z wraku, zaklęła kilkakrotnie i obeszła
samochód, badając przyczyny wypadku. Tych nie dało się
jednoznacznie stwierdzić, więc zrezygnowany kierowca odszedł
kilka kroków poza jezdnię, zwracając wzrok ku niebu,
pochmurnemu coraz bardziej, lecz wciąż przebijanemu przez
czerwone kosmyki światła. Kiedy spuścił głowę, dostrzegł
majaczące w oddali kształty. Wytężając wzrok zauważył
kilkanaście niewielkich budynków skąpanych w cieniu, jednak
nie mógł dokładnie określić ani ich rozmiarów, ani
przeznaczenia. Zerknął na szczątki pojazdu ostatni raz i począł
maszerować ku niewyraźnym budowlom.
Miasteczko było niewielkie. Przebiegała przez nie tylko jedna
ulica, a wszystkie domy, sklepy i magazyny były ustawione wzdłuż
niej. Kilkadziesiąt metrów za ostatnim z rzędu najdalej wysuniętych
baraków stała nieduża, aczkolwiek nowoczesna stacja paliw.
Kilka zadaszonych dystrybutorów obsługiwała jedna osoba -
stary, wychudzony murzyn, ubrany w pobrudzony niebieski uniform i
tegoż koloru czapkę. Kierowca zbliżył się do niego, widząc,
że tamten intensywnie bada go wzrokiem.
- Czym mogę pomóc? - zagadnął jedyny, jak się zdawało, członek
personelu stacji.
- Miałem wypadek - słabym głosem odrzekł mężczyzna - Jakieś
pół kilometra stąd. Trzeba odholować mój samochód. - głaszcząc
językiem podniebienie, obrócił się dookoła. - Mam nadzieję,
że macie tutaj sprzęt... i dobrego mechanika.
- Najlepsze usługi w rejonie! - rzucił z udawanym entuzjazmem
staruszek - Jutro z rana wezmę się do pracy. Proszę się nie
martwić, nie ukradną. Tu nie ma złodziei.
Poturbowanemu człowiekowi wydawało się, że tutaj w ogóle
nikogo nie ma. Miasteczko świeciło pustkami, a napotkany
mechanik był jedyną osobą w zasięgu wzroku. Na ulicach panowała
cisza, a choć jeszcze było stosunkowo wcześnie, znikąd nie
dochodziły głosy żadnego dziecka. Wiatr gwizdał cicho,
przelatując po licznych zaułkach i oplatając się wokół
kilku niewysokich latarni, ale to jego dźwięk był najgłośniejszy
ze słyszalnych.
- Do jutra - kontynuował czarnoskóry - może pan zostać w
motelu. To ten budynek z dużymi, szklanymi drzwiami i pochyłym
dachem. Dam panu znać, kiedy auto będzie sprawne, ale widząc
pana podejrzewam, że szybko się z naprawą nie uporam.
Ofiara wypadku odwróciła się w stronę wskazanego lokalu,
unikając kpiącego spojrzenia rozbawionego murzyna.
- Byłbym zapomniał, na jakie nazwisko wystawić kwit?
- Eques. Sebastian Eques.
- Nietypowe nazwisko. - zaciekawił się mechanik.- Francuskie?
Kierowca odczuwał zmęczenie przeciągającą się konwersacją.
- Nie.
Ranek był niewątpliwie ciężki. Najpierw przeszywający ból w
ramieniu, następnie odczuwalne zdrętwienie barku, a wreszcie oślepiający
blask słońca, przenikający nawet grube, hotelowe zasłony.
Sebastian zwlókł się ze zbyt miękkiego i zbyt niskiego łóżka,
nałożył poszarpane ubranie i pomaszerował przez niechlujnie
wytapetowany korytarz, wprost do okaflowanej łazienki. Stanął
przed lustrem, stojącym na wysokiej półce ze szczoteczkami do
zębów i różnego rodzaju pastami. Przemył twarz i założył
świeży opatrunek na zranione ramię, korzystając z dostępności
wiszącej na ścianie apteczki. Kiedy upewnił się, że jest
wystarczająco odświeżony i rześki, zszedł do holu,
pozdrawiając przy okazji zgrabną recepcjonistkę. Przemaszerował
przez surowo urządzony korytarz, pchnął szklane drzwi i
przeszedł przez ich próg, jednocześnie zamykając oczy i
rozkoszując się chłodnym wietrzykiem.
Kiedy rozszerzył powieki, przez jego ciało przeszedł przejmujący,
zimny dreszcz, promieniując wzdłuż kręgosłupa. Okolica, którą
dobrze pamiętał z wczorajszego wieczora, nie była ani trochę
podobna do osiedla, na którym się znajdował. Rząd domków
jednorodzinnych ze starannie przystrzyżonymi trawnikami i stojącymi
przed nimi nowymi cadillacami zdawał się leżeć w zupełnie
innej strefie klimatycznej. Promienie słońca, padające przez
zachmurzone niebo zarówno na zabytkową, ratuszową wieżę, jak
i na fontannę pośrodku placu zabaw, były znacznie mocniejsze
niż uprzedniego dnia. Nawet popiskiwania uradowanych dzieci,
warkot samochodów i wesołe rozmowy ludzi brzmiały obco,
nieswojo, chociaż w każdej innej sytuacji byłyby ukojeniem po
wędrówce w samotności.
Nagły błysk oślepił przestraszonego Sebastiana, a następujący
po nim grzmot wyrwał go z szoku. Spojrzał w stronę, z której
uderzył piorun. W oddali, za miasteczkiem, pośród niskich traw
porastających równiny, górowała sylwetka ogromnej budowli.
Wyglądało to jak fabryka; z ziemi wyrastały cztery
kilkusetmetrowe kominy, które wyrzucały w niebo wielkie ilości
smolistego dymu. Gargantuiczny, ceglany hangar, jedną ścianą
połączony z owymi kominami, wyglądał groteskowo w swej
prostocie. Nie posiadał żadnych ozdobników; upiększeń.
Proste, czerwone ściany sięgały nieba, jednak nie pozwalały
go oglądać z powodu braku okien. Jeśli jakieś istniały,
musiały być bardzo małe, gdyż nie sposób było je dostrzec.
Stłumione łomotanie dochodzące z wnętrza niesamowitej
konstrukcji brzmiało jak bicie serca uśpionego zwierzęcia.
Nieopodal spory obszar był zabetonowany, prawdopodobnie służył
jako parking. Być może miał rozmiary miasteczka, albo też było
to złudzenie wywołane położeniem na idealnie płaskiej
przestrzeni..
- Cóż to, Sebastianie, nocowałeś w hotelu? - wysoki, nosowy głos
dotarł do oszołomionego Equesa zza jego pleców. Kiedy się
odwrócił, dostrzegł niskiego mężczyznę, dzierżącego w dłoni
szary pojemnik na drugie śniadanie z wymalowaną na nim sylwetką
alianckiego żołnierza.
- My się znamy? - odparł pytaniem zagadniony.
- Żarty sobie stroisz? - pisnął poirytowany właściciel
patriotycznego pudełka, poprawiając jedną ręką krawat i poły
brązowej marynarki. - Idź lepiej do domu i odpocznij, nie wyglądasz
najlepiej. - wyjął z wewnętrznej kieszeni srebrny zegarek i
zerknął na biało-czarną tarczę. - Muszę iść, spieszę się
na swoją zmianę.
- Pracujesz... tam? - Sebastian drżącą ręką wskazał
nietypowy monument na horyzoncie.
- Halo, to ja - Adam! Jesteś chory, czy co?... Tak! Pracuję tam!
Ty też! Jak całe to miasto zresztą!
Człowiek przedstawiający się jako Adam parsknął, pokiwał głową
z politowaniem, szturchnął kapelusz w geście pożegnania i
wsiadł do ciemnozielonego mercedesa. Kiedy tylko zatrzasnął
drzwi, z nieba lunął rzęsisty deszcz, który rozładował złość
drzemiącą w złowrogo skłębionych, czarnych chmurach.
Sebastian Eques szybkim krokiem maszerował pośród strug
deszczu, nie zważając na kałuże ani na mgłę, która nagle
opadła na miasto, mimo trwania ulewy. Widoczność była
niewielka, jednak mężczyzna wiedział którędy i dokąd iść.
Spostrzegł stację benzynową podczas rozmowy z Adamem; znajdowała
się kilkanaście metrów poza granicą miasta, stojąc na
zabetonowanym kawałku niskiej, jakby spłowiałej trawy, która
porastała dziesiątki kilometrów kwadratowych równin.
Zbliżył się doń, dostrzegając swój wóz zaparkowany przy
dystrybutorze paliwa - naprawiony, z wyklepaną karoserią. Nie
zastanawiając się wiele, wskoczył przez otwarte drzwi i
usadowił się w fotelu kierowcy. Rozejrzał się po wnętrzu
auta w poszukiwaniu kluczyków.
- Niech pan natychmiast wysiądzie z tego samochodu - usłyszał
stanowczy, kobiecy głos. Jego właścicielka, stara, tłusta i
brzydka, marszowym krokiem zbliżała do forda, jednocześnie
wzywając policję skrzekliwym wrzaskiem.
Nim Sebastian zdążył przyjrzeć się histeryczce, za ramię
schwycili go dwaj funkcjonariusze, którzy wyłonili się z gęstej,
mlecznej mgły. Zdecydowanym szarpnięciem wywlekli go na zewnątrz,
zakuli w masywne kajdanki i, nie zważając na protesty
zatrzymanego, wrzucili go do czarnego radiowozu. Następnie obaj
wsiedli do ciemnego combi z krągłym tyłem, zatrzasnęli drzwi
z wymalowanym na nich napisem "policja" i ruszyli, zagłębiając
się we mgle.
Komisariat policji okazał się jednym z największych budynków
w mieście. Potężne, strzeliste wieże zegarowe, które były
zwieńczeniem gotyckiej budowli, miały baczenie również na
pobliskie równiny. Kamienne gargulce strzegły potężnej bramy,
jak i każdego, zdobionego rogu. Okien nie było wiele; kilka
miejsc na nie przeznaczonych albo zabito deskami, albo zamurowano.
Wnętrze było mniej posępne - utrzymane w białych kolorach i
dobrze oświetlone. Recepcjonistka, jak i większość policjantów,
miała własne wydzielone pokoiki, odgrodzone od siebie niską ścianą
oraz nieprzezroczystymi szybami z pleksiglasu. Dobrze pomyślane
rozplanowanie wnętrza powodowało, że na korytarzach nie było
tłoczno. Cele były czyste i puste.
Equesa poprowadzono do pokoju przesłuchań, który od innych nie
różnił się niczym, prócz napisu na drzwiach. Aresztowanego
posadzono na wysokim taborecie i zdjęto mu kajdanki. Po chwili
do pomieszczenia wkroczył grubawy, łysiejący pan, który
przedstawił się jako komisarz Falsus. Podwinął rękawy
jedwabnej koszuli, założył ręce na piersi i przyjrzał się
aresztantowi.
- Pan Sebastian Eques, tak? - zaczął
- Tak - odpowiedział zdenerwowany, ale pokorny i cichy Eques.
- Został pan złapany na próbie kradzieży samochodu pani
Emilii Ba...
- To mój samochód - przerwał mowę Sebastian. Komisarz
popatrzył to na niego, to znowu na swych ludzi, po czym rzekł:
- Tak, to już słyszałem. Jednak...
- Co to jest za miasto?
- Panie Eques... - zaczął dość niezdecydowanie przedstawiciel
prawa - Czy... dobrze się pan czuje? - spojrzał troskliwie na
przesłuchiwanego, znad okularów.
- Znakomicie. Chcę wiedzieć, co to za miejsce i skąd się tu
wziąłem.
- Czy pan wczoraj pił?
- Nie.
- Czy zażywa pan jakieś lekarstwa? - Falsus wydawał się być
naprawdę zaniepokojony.
- Co to za miasto?
Funkcjonariusze popatrzyli po sobie znacząco. Jeden z nich
niespiesznie opuścił pokój, gładząc rękawy swojego
granatowego munduru.
Nagle czasie Sebastian uczuł, że rozproszone światło razi go
coraz mocniej, a poczucie, że na całym komisariacie nie było
jednego zakątka, w którym można by dostrzec cień, przyprawiało
go o drgawki. Po aresztowanym zaczęły spływać krople potu, a
pokój zaczął kręcić się przed oczyma. Oddychanie przychodziło
coraz ciężej; wirowanie przyspieszyło gwałtownie. Uczucie gorąca
było już nie do zniesienia, a utrata przytomności była tylko
kwestią czasu. Poczucie bezsilności ogarnęło Sebastiana, który
nie był już skuty, jednak nie mógł się poruszyć, ogarnięty
sennością. Jego wzrok zaczął słabnąć, przed oczami zatańczyły
gwiazdy, a następnie czarne plamy.
Niespodziewanie drzwi otworzyły się z impetem, a do środka
wkroczyła postać w białym kitlu w towarzystwie znanego już
Sebastianowi policjanta.
- Panie Eques, jestem doktor Baumann - rzekła osoba w bieli, której
twarz rozpływała się w rozgrzanym powietrzu. - Poinformowano
mnie, że nie czuje się pan najlepiej. Czy to prawda? Czy dobrze
pan się czuje? Co się dzieje? - głos lekarza był ciepły i
opiekuńczy.
- Panie Eques? - nad Sebastianem pochyliła się osoba w
granatowej odzieży.
- Nie... - szepnął zapytany.
- Źle się pan czuje, tak? Niech się pan nie martwi - ręka człowieka
w bieli sięgnęła w okolice kieszeni fartucha. - To może być
objaw przedawkowania alkoholu. Nie powinien pan tyle pić, panie
Eques. Mówiłem to panu na poprzednim spotkaniu, i prosiłem, żeby
pan słuchał. Niech się pan nie martwi, zrobię panu mały
zastrzyk i zabierzemy pana do szpitala. Do jutra powinno się
panu polepszyć. Niech pan nadstawi ramię...
- Zastrzyk? - cicho spytał półprzytomny, ale nie usłyszał
odpowiedzi. Pokój rozmył się zupełnie, gwiazdy zajęły
miejsce świateł, a następnie wszystko zlało się w czerń.
Sen wygrał walkę ze zmęczonym umysłem.
Poranne promienie słońca przedarły się przez grubą zasłonę
ciemnych chmur i radośnie skakały po domach małego miasteczka
Szmaragdowa Przystań. Wiatr poruszał bezmiarem traw otaczających
osadę i rozwiewał dym wydostający się z wielkich kominów
Fabryki Metali Odzyskiwalnych. W domach ludzie budzili się ze
snu i wychodzili na ulice, ożywiając statyczny krajobraz.
Sebastian Eques, pracownik FMO, mieszkaniec Szmaragdowej
Przystani, powoli otwierał oczy, rażony słonecznym światłem
przedostającym się przez grube zasłony. Zaspany jeszcze, usiadł
na krawędzi łóżka. Odczuwał ból głowy - wynik wczorajszej
pijatyki, ale wiedział, że przykre uczucie może szybko ustąpić.
Zerknął w stronę biurka, stojącego w kącie śnieżnobiałego,
niemalże sterylnego pokoju. Oprócz kilku gazet, długopisu i
talerza, leżała tam też buteleczka z tabletkami, które
przepisał mu doktor Baumann. Było to lekarstwo na rzadką
chorobę, którą stwierdzono u Equesa stosunkowo niedawno.
Doktorzy nie wtajemniczyli go w szczegóły, ale niezmiernie ważne
było, aby przyjmować lek regularnie - raz na dobę.
Sebastian wydobył pigułkę, przyłożył do ust i, po chwili
nieuzasadnionego wahania, przełknął. W kilka minut dolegliwości
ustały, pozwalając mu niespiesznie się ubrać i zjeść lekkie
śniadanie. Po dokonaniu tego codziennego rytuału, Eques,
elegancki i energiczny młody człowiek, nałożył na siebie
palto, wziął kapelusz i pomaszerował do samochodu.
Z nieba poleciały na niego grube krople deszczu. Rozbiły się o
płaszcz, zwiastując rychłe nadejście potężnej ulewy. Ta
przyszła niedługo później, błyskawicznie pokrywając wodą
każdy fragment jezdni, trawników i domów. Wilgotne były
gargulce na gmachu policji, strzelisty dach ratusza, niskie i
gustowne jednorodzinne domki, drzewka owocowe w ogródkach, plac
zabaw z fontanną pośrodku, przychodnia lekarska stojąca
nieopodal, rząd sklepów przy głównej ulicy oraz magazyny,
stacja benzynowa, i druty wysokiego napięcia, biegnące po słupach
przez morze traw aż do ogromnej fabryki.
Do niej właśnie kierował się Sebastian. Tam pracował, tam
zarabiał na utrzymanie. To FMO była również źródłem prądu
dla całego miasta, gdyż posiadała ogromne generatory, produkujące
znacznie więcej energii, niż tam potrzebowano. Fabryka była
wszystkim - gdyby nie ona, Szmaragdowa Przystań nie powstałaby
- nie byłoby sensu stawiać osady pośrodku niczego. Ten skrawek
cywilizacji istniał wyłącznie w celu umożliwienia pracownikom
szybkiego dotarcia doń z miejsca zamieszkania. Wiedział to każdy
obywatel miasteczka. To było oczywiste - ponad wszystko.
Pomarańczowy pickup stanął na przestronnym, rozległym
parkingu pod wielkimi kominami. Kierowca wysiadł, po czym, nie
fatygując się zamykaniem drzwi na klucz, skórzaną teczką osłonił
głowę przed deszczem i potruchtał pod drzwi. Omijał dziesiątki
nieruchomych aut, zbliżając się do prostopadłościennego,
ceglanego monstrum z metalową bramą doń prowadzącą. Podszedł
do osłoniętych daszkiem drzwiczek, wmontowanych w znacznie większy
portal, przeznaczony dla samochodów ciężarowych.
Nacisnął przycisk dzwonka. Skrzypiąc, stalowa zapora uchyliła
się, a szum zza niej, dotychczas dość cichy, zdecydowanie
przybrał na sile.
- Dzień dobry, Sebastianie. - uprzejmie rzekł umundurowany
portier, wyłoniwszy się z cienistego wnętrza budowli.
- Dzień dobry, Henryku. - odpowiedział zagadniony. - Strasznie
dziś pada, nieprawdaż?
Odpowiedzią było skinienie głową. Eques przeszedł obok rozmówcy
i znalazł się w niewielkim, ciasnym korytarzu, oświetlanym
jedynie nikłym blaskiem pojedynczej żarówki. Podbił kartę
pracownika w automacie umocowanym na ścianie i przekroczył próg
kolejnych drzwi, prowadzących tym razem do niskiego przejścia,
biegnącego prostopadle do poprzedniego. Pracownik wybrał ścieżkę
w prawo, oznakowaną naścienną strzałką z napisem "Szatnie".
Po kilkudziesięciu sekundach wędrówki Sebastian znalazł się
w mrocznej, słabo oświetlonej i zatęchłej przebieralni
pomalowanej na zielony kolor, służącej wszystkim robotnikom i
co za tym idzie - dużej i wielopiętrowej.
Znalazł swoją szafkę, założył kostium weń się znajdujący
- szary, jednoczęściowy - i wrócił znaną drogą aż do
recepcyjnego pomieszczenia. Nie wszedł do niego jednak, lecz
pomaszerował dalej. Wykonawszy kilka skrętów w znane sobie
alejki, Eques dotarł do hali produkcyjnej.
Pomieszczenie było w kształcie sześcianu, ze ściętymi krawędziami
przy suficie. Z metalowych ścian wychodziły dziesiątki rur,
grubych i cienkich, prowadzących do innych rur czy też łączących
się z plątaninami zwisających kabli. Zawory wystawały z
niezliczonych miejsc. Niektóre z nich wypuszczały kłęby gorącej
pary, inne kolorowe pióropusze nieokreślonego dymu. Pod sufitem
podczepione były beczki, kontenery oraz lampy, ale nie było ich
zbyt wiele. Większość oszczędnie dawkowanego światła rozjaśniała
miejsca przy nieskończenie długiej taśmie produkcyjnej, skręcającej
w wiele odnóg, nieustannie przenoszącej kolejne składniki
produkowanych przedmiotów z miejsca na miejsce. Przy tym urządzeniu
krzątały się dziesiątki ludzi, stojących na wielopoziomowych
rusztowaniach i nadzorujących pracę tego metalowego organizmu.
Wszyscy mieli na uszach słuchawki, zagłuszające przeraźliwy
łomot maszynerii i, w razie potrzeby, przekazujące im wiadomości
od przełożonych.
Sebastian miał swe miejsce na parterze konstrukcji, wprost przy
sunącej powoli taśmie. Sprawdzał jakość podjeżdżających
pod jego dłonie elementów. Jeśli dany egzemplarz określonej
części nie spełniał wymogów jakościowych, Eques wrzucał go
do pudła umieszczonego wprost za nim, na widłowym wózku.
Wiedział, że pełni ważną rolę w zakładzie, podobnie jak każdy
jeden jego pracownik. Produkowano tu niezwykle ważne dla przemysłu
Poszycia, więc wykonując swe zadanie przyczyniał się do
rozwoju wielu jego gałęzi. Wiara w znaczenie misji kształtowała
sposób postrzegania pracy przez jej wykonawców. Właściwie nie
było osób niezadowolonych, a jeśli jakaś się znalazła, mogła
wziąć kilkudniowy urlop, który szybko przywróciłby jej humor.
Dyrekcja troszczyła się o swoich ludzi, zapewniając im opiekę
lekarską i czterodniowy wypoczynek w każdym miesiącu.
Otrzymanie zatrudnienia w FMO było marzeniem, które spełniło
się dla kilkuset wybrańców.
Mijały godziny, a wraz z nimi regularne przerwy na posiłek
podawany w stołówce. Popołudnie zbliżało się, ale wewnątrz
fabryki nie można było tego stwierdzić, gdyż nie znajdowało
się tam wiele zegarów czy okien. Nawet, jeśli ktoś wyjrzał
za któryś z lufcików, zobaczył tylko zachmurzone niebo,
strugi deszczu i bezmiar zgniłej zieleni, więc próby określenia
godziny - czy chociaż pory dnia - były bezcelowe.
Pracownik pierwszego stopnia, Sebastian Eques, nr 14167, uważnie
badał kolejny dwucalowy fragment Poszycia, kiedy w jego
plastikowych słuchawkach zabrzmiał kobiecy głos ze spokojem ogłaszający
alarm. Mężczyzna rozejrzał się, a w tym samym czasie w hali
rozbłysły czerwone, szybko migające światła. Praca
momentalnie stanęła; taśma z jękiem zatrzymała się;
metalowe produkty spadły z niej, ciśnięte siłą odśrodkową.
Jakiś robotnik zaczął wymiotować, kilku innych przesłoniło
ręką twarz. Wstrząsnął nimi widok zmasakrowanego ciała
kolegi, który zaczepił rękawem uniformu o tryb maszynerii. Urządzenia
najpierw strzaskały mu rękę, później wciągnęły do połowy,
miażdżąc kości i rozrywając skórę. Przeciągnięty pod taśmą
człowiek wyrzucony został na jej zakręcie, wprost pod nogi
dozorcy, odpowiadającego za wszystkich podwładnych. Ten
momentalnie zbladł, jednak nie na widok krwawych szczątków,
ale na myśl o konsekwencjach, które będzie musiał ponieść.
Kiedy do uszu robotników doszła informacja, aby niezwłocznie
udać się do szatni, niewidoczne dotąd drzwi w jednej ze ścian
rozsunęły się z trzaskiem. Cały personel spoglądał na
trzech mężczyzn w wojskowych mundurach i maskach gazowych, którzy
z pistoletami w ręku wyłonili się ze szczeliny, podbiegając
do ofiary wypadku i wypytując oszołomionego dozorcę o szczegóły
zdarzenia. Nad wejściem do nieznanych części fabryki zajaśniał
napis "Wstęp wzbroniony".
Ból głowy niespodziewanie powrócił ze zdwojoną siłą. Eques
zerwał słuchawki, wieszając je na szyi i padając na ziemię.
W tej chwili marzył o tabletkach, ale inna myśl powoli zwracała
jego uwagę. Wspomnienie, które już dawno uleciało; które już
nie miało powrócić. Zapamiętany widok... Zakazany widok.
Strażnicy!
Widział ich wcześniej. U tego lekarza... Baumanna. Ten człowiek
coś mu zrobił, a później wymazał to z pamięci. A później
przyszli ci dwaj, w strojach podobnych do strażniczych uniformów...
Wszyscy, wraz z uzbrojonymi mężczyznami, opuścili
pomieszczenie kierując się do szatni w celu przesłuchania.
Nikt nie zauważył leżącego w plątaninie rur i kabli Equesa,
odpoczywającego po ataku bólu. Ten po kilku minutach niepewnie
wstał, opierając ręce na kolanach. W głowie wciąż wirowało,
ale słabiej niż przed chwilą. Przytomniejący Sebastian
dostrzegł wciąż otwarte przejście do pomieszczenia straży. Słaniając
się na nogach wkroczył w oślepiająco biały korytarz, oświetlony
jaśniej niż wszystkie inne pomieszczenia fabryki razem wzięte.
Zbudowany z jakiegoś tworzywa sztucznego, wydawał się
przestronniejszy, niż był w rzeczywistości. Jego wysłane
materiałem ściany uginały się po naparciu nań. Podłoga
zapadała się pod nogami.
Odzyskawszy w pewnym stopniu siły, mężczyzna przeszedł przez
automatycznie rozsuwające się drzwi do większego pomieszczenia.
Również był to korytarz, lecz znacznie większy, z kilkoma
parami szklanych drzwi umieszczonych w bocznych ścianach. Ostrożnie
zakradł się do jednego z przejść, wychylając głowę i wytężając
wzrok. Spostrzegł osobę w białym kitlu, siedzącą na fotelu,
tyłem do niego, obsługującą jakąś aparaturę. Przemknął w
przeciwnym kierunku, ale i tam zauważył kilku ludzi, w
podobnych strojach, stojących przed rzędami kolorowych diod i
świecących przycisków. Napis na drzwiach wskazywał, że to
pokój kontrolny. Posuwając się naprzód, Eques dotarł do
pustego pokoju ochrony.
Szkło rozsunęło się po naciśnięciu przycisku w ścianie.
Robotnik powoli wkroczył do środka. Omiótł wzrokiem
pomieszczenie, starając się wychwycić każdy jego szczegół.
Oprócz kanapy, stolika z dystrybutorem wody i kilku krzeseł,
znajdował się tam rząd krągłych ekranów wyświetlających
czarno-biały obraz. Przyglądając się nowoczesnemu osprzętowi,
Eques spostrzegł, że filmowana jest cała hala produkcyjna. Każdy
kineskop ukazywał inny fragment fabryki, a poza tym można było
zobaczyć, co dzieje się przed bramą zakładu. Poznał spacerującego
Henryka, spokojnie popijającego kawę przed budynkiem, kroczącego
po suchym asfalcie.
- Proszę kontynuować pracę - spokojny, kobiecy głos dobiegł
z zawieszonych na karku słuchawek. Maszyny znowu ożyły,
zwyczajowo hałasując.
Przestraszony możliwością wykrycia, Sebastian zwrócił się w
stronę wyjścia. Wrócił do korytarza i jak najszybciej chciał
się skierować do miejsca pracy, kiedy jego uwagę przykuła głośna
rozmowa mężczyzn z pokoju kontrolnego.
- Zwiększyć ciśnienie gazu w HP - zakomenderował pierwszy,
wysoki i łysiejący chudzielec.
- Tak jest. - odpowiedział beznamiętnie jego kompan. - Za
godzinę powinni być zupełnie spokojni.
- Doskonale. Odwołaj straże. - skwitował wymianę zdań
patykowaty łysielec.
Sebastian pospiesznie wrócił do hali, kryjąc się w tej samej
plątaninie rur, w której przeczekał wyprowadzenie pracowników.
Kiedy mundurowi odeszli zamykając otwór w ścianie, a
pracownicy powrócili do zajęć, Eques wyłonił się z cienia,
zakrzyknął zwracając na siebie uwagę i teatralnie zemdlał.
Doprowadzono go przed oblicze Baumanna, który przeprowadził
rutynowe badania i, nie stwierdziwszy nic konkretnego, odesłał
pacjenta na resztę dnia do domu. Sebastian wykorzystał wolny
czas na przemyślenie swego położenia. Wiedział, że nie jest
u siebie, oraz że nie przyjechał do Przystani z własnej woli.
Nie przypominał sobie szczegółów z własnej przeszłości,
ale też nie zaprzątał sobie nią głowy. W pewien sposób czuł,
że nie warto; że kiedyś chciał zapomnieć. Bardziej niż
zamglone sekrety minionych lat interesowały go produkowane w
fabryce Poszycia; jak dotąd nikt nie sprecyzował ich
przeznaczenia, a żaden pracownik nie widział ich ukończonych.
Dziwiło go, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Została też
kwestia strażników - uzbrojonych po zęby w cywilnym zakładzie.
Z biegiem czasu wspomnienie jasno oświetlonych pomieszczeń,
pokoju kontrolnego oraz pomieszczenia ochrony ulegało zatarciu,
aż wreszcie pozostało tylko rozmytą plamą w umyśle
zdezorientowanego człowieka.
Pokój, w którym przebywał Sebastian, nagle zatonął w mroku.
Nerwowe cienie pełzały po ścianach, kryjąc się w kątach;
machając karykaturalnie długimi rękoma i szepcąc nieznane człowiekowi
słowa. Potwory ciemności wypełzały z kolejnych otworów
powstających w podłodze i ścianach. Gromadziły się przed
przerażonym, bezsilnym człowiekiem, przeżywającym na nowo swe
życie, tonącym w morzu rozpływających się wspomnień.
Po bezkresie pamięci kołatała się rozmowa jakichś ludzi,
niewyraźnie mamroczących niespójne zdania o gazie czy...
Eques otrząsnął się z transu i spojrzał na rurkę, biegnąca
pod sufitem przez całe mieszkanie. Podstawił pod nią mały
taboret i wspiął się na niego, z uwagą nasłuchując.
Przystawił ucho do plastikowego węża.
Ledwie słyszalne syczenie dobiegło z rogu pokoju. Sebastian
dojrzał niewielkie nacięcie na przewodzie, będące źródłem
ustającego sporadycznie dźwięku. Przystawił do otworu dłoń.
Poczuł podmuch lekko pachnącego gazu.
Najprędzej jak potrafił wybiegł przed dom, wykopując przy tym
drzwi, a następnie chciwie chwytając hausty świeżego
powietrza. Po kilku minutach deszcz orzeźwił go na tyle, że mógł
spokojnie pozbierać myśli. Pewien jednak był tylko jednego - tę
noc spędzi w samochodzie.
Rankiem, kiedy zbliżała się zmiana, Eques udał się niezwłocznie
do fabryki. Błyskawicznie przebrał się, już w szatni czując
otępienie oraz znany odór żółtawego gazu, a następnie,
walcząc z nim ze wszystkich sił, skierował się do hali
produkcyjnej. Zajął swe miejsce i natychmiast zabrał się do
pracy - nie badał jednak kolejnych fragmentów Poszycia, lecz
wrzucał je pomiędzy tryby taśmy, blokując je na tyle
skutecznie, aby wywołać alarm, zatrzymać maszynerię i zwabić
strażników.
Niewidoczne, wtopione w brudną ścianę drzwi zasyczały i
otworzyły się niespiesznie. Trzech umundurowanych mężczyzn
wyszło, rozglądając się w poszukiwaniu przyczyny awarii.
Kroczyli między poskręcanymi rurami, zaglądając w ważniejsze
ich skupiska, Patrząc też co jakiś czas podejrzliwie na
zdezorientowanych pracowników..
Kiedy zbrojni byli zajęci doglądaniem kolejnych fragmentów
konstrukcji, Sebastian przemknął się do znanego mu już
korytarza. Działał szybko i cicho; wykonywał zaplanowaną
wczorajszego wieczora akcję. Otworzył drzwi do pokoju, w którym
urzędował jeden z ludzi w bieli, wygodnie usadowiony w fotelu
przed rzędem lampek i monitorem. Eques zamachnął się potężnie,
po czym z impetem uderzył w potylicę. Zaatakowany osunął się
na podłogę, pozwalając zdjąć z siebie fartuch wraz z
przyczepionym do niego na piersi kruczoczarnym identyfikatorem.
Przebrawszy się, Sebastian zdecydowanie przeszedł obok
personelu pomieszczenia kontrolnego, ukrywając twarz za dłonią
poprawiającą nieistniejące okulary. Uchylił pobliskie drzwi,
przekroczył ich próg i znalazł się na prowadzącej w górę,
oświetlonej na zielono klatce schodowej. Stopnie były kręte i
wąskie, jednak mężczyzna szybko dotarł do drzwi na ich końcu.
Nie były podobne do poprzednich napotkanych - zbudowane z grubej
stali, miały niewielki otwór w miejscu klamki. Po chwili namysłu
Eques wsunął w szczelinę zdobyczny identyfikator, który
szybko został zwrócony. Po wyjęciu karty wrota szczęknęły i
wsunęły się w ścianę.
Pracownika hali produkcyjnej ogarnęło nagłe przerażenie,
kiedy jego oczom ukazały się przepastne, białe labirynty pełne
ludzi w kitlach oraz umundurowanych strażników. Jeden z
ochroniarzy spojrzał w stronę zamarłego w bezruchu człowieka.
Dobył broń, gładkolufowy pistolet z krótką, obłą kolbą,
po czym schował go po kabury, zbadawszy wzrokiem identyfikator.
Eques nieśmiało postąpił naprzód. Przyglądał się każdemu
szczegółowi tajemniczych pomieszczeń. Sufit był upstrzony
setkami małych żarówek, które dawały mocne światło, jednak
nie na tyle ostre, aby razić oczy. Podłoga była oznakowana różnego
koloru liniami, które prowadziły do poszczególnych pokoi. Te z
kolei zamknięte były seledynowymi, okrągłymi włazami o średnicy
około metra, posiadającymi taki sam czytnik identyfikatorów,
jak drzwi przy klatce schodowej. Pomiędzy wejściami krzątali
się ludzie, operując przy wmontowanych w ściany niewielkich
konsoletach.
Sebastian kroczył wzdłuż zielonej linii, kiedy usłyszał hałas
oznajmiający wznowienie pracy przy taśmie. Zatrzymał się przy
któregoś z czytników kart, po czym wsunął identyfikator do
jego wnętrza. Właz zwrócił klucz, otwierając się bezgłośnie
i szybko. Mężczyzna rozejrzał się dookoła, a następnie
szybko wsunął się w okrągły otwór.
Pomieszczenie wyglądało jak zwykły magazyn. Było mroczne, wyłożone
granatowymi obiciami, a mieściło w sobie setki ułożonych w
stosy pojemników. Eques chwycił jeden z nich; pudło okazało
się nadspodziewanie ciężkie. Na jego powierzchni wygrawerowane
było logo fabryki - kula z okrążającym ją pierścieniem. Oprócz
tego znaku nie było innego nacięcia czy ornamentu; całość
nie posiadała żadnego wieka, jednak przeznaczenie było dziwnie
oczywiste - nie dopuścić, aby to, co znajduje się wewnątrz,
ujrzało światło dzienne. Dopóki, oczywiście, ktoś tego nie
zechce.
Cały budynek przeszył ogłuszający dźwięk syreny alarmowej.
Sebastian stanął jak wryty w oczekiwaniu na pojawienie się
strażników, wbijając wzrok w trzymany przedmiot. Uzbrojeni
wartownicy nadeszli w kilka chwil, przechodząc przez właz z
wycelowaną w intruza bronią. Kiedy kilkunastu ochroniarzy wpełzło
do środka, za nimi wtoczył się gruby, niepozorny człowieczek
w szykownym garniturze. Wyglądał na spokojnego, w przeciwieństwie
do jego obstawy, której członkowie co chwila poprawili ułożenie
pistoletów w dłoni.
- Panie Eques - stanowczo orzekł jeden ze strażników - jest
pan aresztowany za wtargnięcie na teren niedozwolony. Proszę
podnieść ręce.
Sebastian wykonał polecenie, kierując jednocześnie spojrzenie
na małego człowieczka.
- O co tu chodzi? - zapytał.
Niski elegant przybrał zdziwiony wyraz twarzy, ale dość szybko
wydobył z siebie głos.
- Jeśli panu powiem, nie opuści pan tego pomieszczenia.
- Wątpię, czy i bez tego je opuszczę. - Eques trząsł się ze
zdenerwowania, jednak jego wyraz twarzy wyrażał opanowanie.
- Dobrze, więc. Pana wybór.
Człowieczek począł krążyć dokoła magazynu, szukając
odpowiednich słów.
- Jak pan wie - podjął - toczy się wojna. Jednak... rozmiary
konfliktu są znacznie większe, niż się panu wydaje. - słowa
przerywane były donośnym mlaskaniem, które, jak można było
wywnioskować, dawało ich autorowi czas na ich staranne dobranie.
- Czy można jaśniej? - rzekł Sebastian, wpatrzony z wycelowane
w niego, lśniące lufy.
- Nie. Nie będę pana informatorem. - szybko odparł grubas,
poirytowany własną nieporadnością - Straż, zlikwidować go.
Eques skoczył do najbliższego mundurowego, wyrywając mu broń
z ręki. Lewe ramię założył mu na szyję, po czym mocno nim
szarpnął. Schwytany strażnik padł na kolana, stając się żywą
tarczą dla celujących w jego stronę kolegów.
- Odsuńcie się, albo on zginie. - łamliwym głosem odezwał się
Sebastian, przykładając pistolet do skroni zakładnika.
Gwardia człowieczka w garniturze nie przestawała mierzyć w
intruza. Ten schował się za stertę pojemników, zsuwając ramię
z karku nieprzytomnego już żołnierza. Ten padł bezwładnie na
twarz.
- Nie strzelać! - zakomenderował grubas.
Po chwili Eques, domyśliwszy się powodu wstrzymania egzekucji,
wolno wynurzył się zza swej osłony, mierząc w nią ze
zdobycznej broni. Mocniej zacisnął spocone dłonie na kolbie,
starając się przypadkowo nie nacisnąć spustu.
- Mów. - szepnął.
- Spokojnie, bez nerwów - odezwał się ten, który najwyraźniej
był dowódcą oddziału.
Sebastian szybko strzelił w niego, aby po sekundzie ponownie
mierzyć do stosu pojemników. Broń niemal nie miała odrzutu,
jednak głowa zaatakowanego strażnika rozprysnęła się niczym
mydlana bańka, plamiąc granatową wykładzinę oraz spryskując
personel ochrony resztkami tego, co parę sekund temu było mózgiem.
Po plecach Equesa przebiegł zimny dreszcz, a twarz skamieniała
na widok jatki, jaką wywołał strzał z niepozornie wyglądającego
pistoletu.
- Te... pudła, w które pan celuje - zaczął mały człowieczek
- to składniki broni. Nie będę panu tłumaczył sposobu jej
działania, gdyż nigdy by pan nie zrozumiał, ale powiem, że to
właśnie Sebastian Eques, jak i inni pracownicy fabryki
przyczynili się do jej powstania, a konkretnie do produkcji. - mówca
mlaskał coraz częściej, jednak nie przerywało to potoku słów.
Po jego przemowie zapanowała zupełna cisza.
- Kontynuuj.
Nikt się nie odezwał.
- Mów, bo strzelę! - zagroził mężczyzna, jednocześnie
wycierając spoconą dłoń o spodnie.
- To nic nie da. Zabije pan nas wszystkich, a produkcji pan nie
powstrzyma. Takich fabryk na Ziemi są dziesiątki.
- Mam gdzieś produkcję, chcę wiedzieć co się dzieje!
- Został pan uprowadzony - mężczyzna w garniturze rozpoczął
wykład - a następnie wyprano panu mózg i wmówiono, że to
miasto jest pańskim domem. Pracuje pan przy wyrobie broni, ale
myśli, że produkuje "poszycia". Ten stan nieświadomości
utrzymujemy dzięki rozprzestrzenianiu w miasteczku gazu paraliżującego
pewne ośrodki mózgu. To wszystko, co mam do powiedzenia. Czy
teraz odda pan broń?
Przed oczami Sebastiana stanęła twarz doktora Baumanna, tego miłego
człowieka, który pomógł mu zwalczyć uciążliwy ból głowy.
Widział jego gabinet, w którym podano mu zastrzyk... Do którego
zaprowadzili go policjanci, oddając w ręce strażników... Pot
zalał czoło; nagle zrobiło się piekielnie gorąco, a przed
oczami pojawiły się ogniki zwiastujące falę bólu.
- Dla kogo pracujecie? Dla Niemców?
- Jeszcze pan nie rozumie.. - niskim głosem rzekł grubas, ale
była to wypowiedź skierowana raczej do niego samego. - Dla nas,
nas samych. Nikt nie wie o naszym istnieniu. Nie jesteśmy stąd.
Człowieczek w garniturze dotknął ręką twarzy, marszcząc skórę
i podciągając ją. Podniósł zwał tłuszczu z policzków i
chwycił go mocno. Na widok jego następnego, szybkiego ruchu, źrenice
Equesa rozszerzyły się, a usta otworzyły w wyrazie zdziwienia
i przerażenia. Jego palec drgnął.
- Minęła godzina piętnasta, czas więc na wiadomości. Jest
dwudziesty października, a pogoda dopisuje niemal w całej
Europie. Na bezchmurnym niebie mogliśmy zobaczyć błysk, który
wywołała kolejna próbna detonacja bomby atomowej. Jak podaje
rzecznik rządu, nie należy ustawać w doskonaleniu systemów
obrony kraju nawet w tak krótkim okresie od zakończenia wojny.
Kontrolowaną eksplozje przeprowadzono na niezamieszkałym
terenie, dalekim od jakichkolwiek ośrodków miejskich czy
wiejskich. Na pytanie, czemu nie uprzedzono agencji
informacyjnych o planowanej próbie jądrowej, rzecznik nie
odpowiedział. Z innych wieści: odbył się charytatywny mecz piłkarski,
z którego dochody przeznaczone będą na...
KONIEC
Military
militarypolice@wp.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|