Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

POWRÓT DO
AM




 
  <<< poprzednie :::: następne >>>
 

:::: Military ::::

Szmaragdowa przystań


Zielony, mający już swe najlepsze lata za sobą ford pędził wyboistą autostradą w kierunku leniwie zachodzącego słońca. Pomarańczowe promienie obejmowały krągłą maskę wozu, ślizgając się po metalicznej karoserii. Biało-czarne opony ze świstem cięły miękki asfalt, prowadząc samochód coraz głębiej w karmazynową pustkę. Zachód... Tamte okolice nie były zamieszkane nawet przez zwierzęta, a i rośliny zdawały się ich unikać, gdyż jedynie niska trawa porastała całe setki kilometrów płaskich terenów. Czerwone chmury z czarnymi plamami płynęły po powietrznym oceanie.
Kierowca zapatrzył się w horyzont. Krople potu spływały po jego nieruchomej twarzy tylko po to, aby wsiąknąć w kołnierz białej koszuli. Zmrużone powieki ukrywały błękitne oczy, a spierzchnięte usta były dopełnieniem obrazu człowieka, który niewiele ma do stracenia. Kurczowo ściskając koło kierownicy i machinalnie wdeptując wysłużony pedał gazu do oporu, trzydziestoparoletni mężczyzna podziwiał widok, jakiego wcześniej nie uświadczył. Widok samotności.
Poruszył dużym pokrętłem, włączając radio. Wnętrze maszyny wypełniło się wesołym głosem spikera, który wypluwał z siebie setki słów na minutę, przyciągając uwagę słuchaczy.
- Wciąż świętujemy normandzkie zwycięstwa naszych dzielnych chłopców, a tymczasem zbliża się kolejna okazja do urządzania hucznych zabaw. - prezenter mówił szybko i wyraźnie - Jak donoszą agencje informacyjne, już niedługo wydany zostanie rozkaz ostatecznego...
Jak na czyjąś komendę stacje radiowe zaczęły się zmieniać. Z głośników popłynęła głośna muzyka, chwilę potem zakrzyknął komentator jakiegoś sportowego pojedynku, a następnie słychać było już tylko szum.
Niespodziewanie samochodem zarzuciło, a spod karoserii rozległo się donośne rzężenie. Opony zapiszczały, ślizgając się po ciepłej nawierzchni. Ford zakręcił bączka, przewrócił się na bok, przekoziołkował i stanął ponownie na kołach, teraz już przebitych i, podobnie jak dach, wklęsłych. Mężczyzna podniósł się z pasażerskiego siedzenia i zaczął szarpać drzwiami. Kiedy te nie chciały ustąpić, kopnął weń kilka razy aż wreszcie musiały skapitulować. Poobijana postać niezręcznie wygramoliła się z wraku, zaklęła kilkakrotnie i obeszła samochód, badając przyczyny wypadku. Tych nie dało się jednoznacznie stwierdzić, więc zrezygnowany kierowca odszedł kilka kroków poza jezdnię, zwracając wzrok ku niebu, pochmurnemu coraz bardziej, lecz wciąż przebijanemu przez czerwone kosmyki światła. Kiedy spuścił głowę, dostrzegł majaczące w oddali kształty. Wytężając wzrok zauważył kilkanaście niewielkich budynków skąpanych w cieniu, jednak nie mógł dokładnie określić ani ich rozmiarów, ani przeznaczenia. Zerknął na szczątki pojazdu ostatni raz i począł maszerować ku niewyraźnym budowlom.
Miasteczko było niewielkie. Przebiegała przez nie tylko jedna ulica, a wszystkie domy, sklepy i magazyny były ustawione wzdłuż niej. Kilkadziesiąt metrów za ostatnim z rzędu najdalej wysuniętych baraków stała nieduża, aczkolwiek nowoczesna stacja paliw. Kilka zadaszonych dystrybutorów obsługiwała jedna osoba - stary, wychudzony murzyn, ubrany w pobrudzony niebieski uniform i tegoż koloru czapkę. Kierowca zbliżył się do niego, widząc, że tamten intensywnie bada go wzrokiem.
- Czym mogę pomóc? - zagadnął jedyny, jak się zdawało, członek personelu stacji.
- Miałem wypadek - słabym głosem odrzekł mężczyzna - Jakieś pół kilometra stąd. Trzeba odholować mój samochód. - głaszcząc językiem podniebienie, obrócił się dookoła. - Mam nadzieję, że macie tutaj sprzęt... i dobrego mechanika.
- Najlepsze usługi w rejonie! - rzucił z udawanym entuzjazmem staruszek - Jutro z rana wezmę się do pracy. Proszę się nie martwić, nie ukradną. Tu nie ma złodziei.
Poturbowanemu człowiekowi wydawało się, że tutaj w ogóle nikogo nie ma. Miasteczko świeciło pustkami, a napotkany mechanik był jedyną osobą w zasięgu wzroku. Na ulicach panowała cisza, a choć jeszcze było stosunkowo wcześnie, znikąd nie dochodziły głosy żadnego dziecka. Wiatr gwizdał cicho, przelatując po licznych zaułkach i oplatając się wokół kilku niewysokich latarni, ale to jego dźwięk był najgłośniejszy ze słyszalnych.
- Do jutra - kontynuował czarnoskóry - może pan zostać w motelu. To ten budynek z dużymi, szklanymi drzwiami i pochyłym dachem. Dam panu znać, kiedy auto będzie sprawne, ale widząc pana podejrzewam, że szybko się z naprawą nie uporam.
Ofiara wypadku odwróciła się w stronę wskazanego lokalu, unikając kpiącego spojrzenia rozbawionego murzyna.
- Byłbym zapomniał, na jakie nazwisko wystawić kwit?
- Eques. Sebastian Eques.
- Nietypowe nazwisko. - zaciekawił się mechanik.- Francuskie?
Kierowca odczuwał zmęczenie przeciągającą się konwersacją.
- Nie.

Ranek był niewątpliwie ciężki. Najpierw przeszywający ból w ramieniu, następnie odczuwalne zdrętwienie barku, a wreszcie oślepiający blask słońca, przenikający nawet grube, hotelowe zasłony. Sebastian zwlókł się ze zbyt miękkiego i zbyt niskiego łóżka, nałożył poszarpane ubranie i pomaszerował przez niechlujnie wytapetowany korytarz, wprost do okaflowanej łazienki. Stanął przed lustrem, stojącym na wysokiej półce ze szczoteczkami do zębów i różnego rodzaju pastami. Przemył twarz i założył świeży opatrunek na zranione ramię, korzystając z dostępności wiszącej na ścianie apteczki. Kiedy upewnił się, że jest wystarczająco odświeżony i rześki, zszedł do holu, pozdrawiając przy okazji zgrabną recepcjonistkę. Przemaszerował przez surowo urządzony korytarz, pchnął szklane drzwi i przeszedł przez ich próg, jednocześnie zamykając oczy i rozkoszując się chłodnym wietrzykiem.
Kiedy rozszerzył powieki, przez jego ciało przeszedł przejmujący, zimny dreszcz, promieniując wzdłuż kręgosłupa. Okolica, którą dobrze pamiętał z wczorajszego wieczora, nie była ani trochę podobna do osiedla, na którym się znajdował. Rząd domków jednorodzinnych ze starannie przystrzyżonymi trawnikami i stojącymi przed nimi nowymi cadillacami zdawał się leżeć w zupełnie innej strefie klimatycznej. Promienie słońca, padające przez zachmurzone niebo zarówno na zabytkową, ratuszową wieżę, jak i na fontannę pośrodku placu zabaw, były znacznie mocniejsze niż uprzedniego dnia. Nawet popiskiwania uradowanych dzieci, warkot samochodów i wesołe rozmowy ludzi brzmiały obco, nieswojo, chociaż w każdej innej sytuacji byłyby ukojeniem po wędrówce w samotności.
Nagły błysk oślepił przestraszonego Sebastiana, a następujący po nim grzmot wyrwał go z szoku. Spojrzał w stronę, z której uderzył piorun. W oddali, za miasteczkiem, pośród niskich traw porastających równiny, górowała sylwetka ogromnej budowli. Wyglądało to jak fabryka; z ziemi wyrastały cztery kilkusetmetrowe kominy, które wyrzucały w niebo wielkie ilości smolistego dymu. Gargantuiczny, ceglany hangar, jedną ścianą połączony z owymi kominami, wyglądał groteskowo w swej prostocie. Nie posiadał żadnych ozdobników; upiększeń. Proste, czerwone ściany sięgały nieba, jednak nie pozwalały go oglądać z powodu braku okien. Jeśli jakieś istniały, musiały być bardzo małe, gdyż nie sposób było je dostrzec. Stłumione łomotanie dochodzące z wnętrza niesamowitej konstrukcji brzmiało jak bicie serca uśpionego zwierzęcia.
Nieopodal spory obszar był zabetonowany, prawdopodobnie służył jako parking. Być może miał rozmiary miasteczka, albo też było to złudzenie wywołane położeniem na idealnie płaskiej przestrzeni..
- Cóż to, Sebastianie, nocowałeś w hotelu? - wysoki, nosowy głos dotarł do oszołomionego Equesa zza jego pleców. Kiedy się odwrócił, dostrzegł niskiego mężczyznę, dzierżącego w dłoni szary pojemnik na drugie śniadanie z wymalowaną na nim sylwetką alianckiego żołnierza.
- My się znamy? - odparł pytaniem zagadniony.
- Żarty sobie stroisz? - pisnął poirytowany właściciel patriotycznego pudełka, poprawiając jedną ręką krawat i poły brązowej marynarki. - Idź lepiej do domu i odpocznij, nie wyglądasz najlepiej. - wyjął z wewnętrznej kieszeni srebrny zegarek i zerknął na biało-czarną tarczę. - Muszę iść, spieszę się na swoją zmianę.
- Pracujesz... tam? - Sebastian drżącą ręką wskazał nietypowy monument na horyzoncie.
- Halo, to ja - Adam! Jesteś chory, czy co?... Tak! Pracuję tam! Ty też! Jak całe to miasto zresztą!
Człowiek przedstawiający się jako Adam parsknął, pokiwał głową z politowaniem, szturchnął kapelusz w geście pożegnania i wsiadł do ciemnozielonego mercedesa. Kiedy tylko zatrzasnął drzwi, z nieba lunął rzęsisty deszcz, który rozładował złość drzemiącą w złowrogo skłębionych, czarnych chmurach.

Sebastian Eques szybkim krokiem maszerował pośród strug deszczu, nie zważając na kałuże ani na mgłę, która nagle opadła na miasto, mimo trwania ulewy. Widoczność była niewielka, jednak mężczyzna wiedział którędy i dokąd iść. Spostrzegł stację benzynową podczas rozmowy z Adamem; znajdowała się kilkanaście metrów poza granicą miasta, stojąc na zabetonowanym kawałku niskiej, jakby spłowiałej trawy, która porastała dziesiątki kilometrów kwadratowych równin.
Zbliżył się doń, dostrzegając swój wóz zaparkowany przy dystrybutorze paliwa - naprawiony, z wyklepaną karoserią. Nie zastanawiając się wiele, wskoczył przez otwarte drzwi i usadowił się w fotelu kierowcy. Rozejrzał się po wnętrzu auta w poszukiwaniu kluczyków.
- Niech pan natychmiast wysiądzie z tego samochodu - usłyszał stanowczy, kobiecy głos. Jego właścicielka, stara, tłusta i brzydka, marszowym krokiem zbliżała do forda, jednocześnie wzywając policję skrzekliwym wrzaskiem.
Nim Sebastian zdążył przyjrzeć się histeryczce, za ramię schwycili go dwaj funkcjonariusze, którzy wyłonili się z gęstej, mlecznej mgły. Zdecydowanym szarpnięciem wywlekli go na zewnątrz, zakuli w masywne kajdanki i, nie zważając na protesty zatrzymanego, wrzucili go do czarnego radiowozu. Następnie obaj wsiedli do ciemnego combi z krągłym tyłem, zatrzasnęli drzwi z wymalowanym na nich napisem "policja" i ruszyli, zagłębiając się we mgle.
Komisariat policji okazał się jednym z największych budynków w mieście. Potężne, strzeliste wieże zegarowe, które były zwieńczeniem gotyckiej budowli, miały baczenie również na pobliskie równiny. Kamienne gargulce strzegły potężnej bramy, jak i każdego, zdobionego rogu. Okien nie było wiele; kilka miejsc na nie przeznaczonych albo zabito deskami, albo zamurowano.
Wnętrze było mniej posępne - utrzymane w białych kolorach i dobrze oświetlone. Recepcjonistka, jak i większość policjantów, miała własne wydzielone pokoiki, odgrodzone od siebie niską ścianą oraz nieprzezroczystymi szybami z pleksiglasu. Dobrze pomyślane rozplanowanie wnętrza powodowało, że na korytarzach nie było tłoczno. Cele były czyste i puste.
Equesa poprowadzono do pokoju przesłuchań, który od innych nie różnił się niczym, prócz napisu na drzwiach. Aresztowanego posadzono na wysokim taborecie i zdjęto mu kajdanki. Po chwili do pomieszczenia wkroczył grubawy, łysiejący pan, który przedstawił się jako komisarz Falsus. Podwinął rękawy jedwabnej koszuli, założył ręce na piersi i przyjrzał się aresztantowi.
- Pan Sebastian Eques, tak? - zaczął
- Tak - odpowiedział zdenerwowany, ale pokorny i cichy Eques.
- Został pan złapany na próbie kradzieży samochodu pani Emilii Ba...
- To mój samochód - przerwał mowę Sebastian. Komisarz popatrzył to na niego, to znowu na swych ludzi, po czym rzekł:
- Tak, to już słyszałem. Jednak...
- Co to jest za miasto?
- Panie Eques... - zaczął dość niezdecydowanie przedstawiciel prawa - Czy... dobrze się pan czuje? - spojrzał troskliwie na przesłuchiwanego, znad okularów.
- Znakomicie. Chcę wiedzieć, co to za miejsce i skąd się tu wziąłem.
- Czy pan wczoraj pił?
- Nie.
- Czy zażywa pan jakieś lekarstwa? - Falsus wydawał się być naprawdę zaniepokojony.
- Co to za miasto?
Funkcjonariusze popatrzyli po sobie znacząco. Jeden z nich niespiesznie opuścił pokój, gładząc rękawy swojego granatowego munduru.
Nagle czasie Sebastian uczuł, że rozproszone światło razi go coraz mocniej, a poczucie, że na całym komisariacie nie było jednego zakątka, w którym można by dostrzec cień, przyprawiało go o drgawki. Po aresztowanym zaczęły spływać krople potu, a pokój zaczął kręcić się przed oczyma. Oddychanie przychodziło coraz ciężej; wirowanie przyspieszyło gwałtownie. Uczucie gorąca było już nie do zniesienia, a utrata przytomności była tylko kwestią czasu. Poczucie bezsilności ogarnęło Sebastiana, który nie był już skuty, jednak nie mógł się poruszyć, ogarnięty sennością. Jego wzrok zaczął słabnąć, przed oczami zatańczyły gwiazdy, a następnie czarne plamy.
Niespodziewanie drzwi otworzyły się z impetem, a do środka wkroczyła postać w białym kitlu w towarzystwie znanego już Sebastianowi policjanta.
- Panie Eques, jestem doktor Baumann - rzekła osoba w bieli, której twarz rozpływała się w rozgrzanym powietrzu. - Poinformowano mnie, że nie czuje się pan najlepiej. Czy to prawda? Czy dobrze pan się czuje? Co się dzieje? - głos lekarza był ciepły i opiekuńczy.
- Panie Eques? - nad Sebastianem pochyliła się osoba w granatowej odzieży.
- Nie... - szepnął zapytany.
- Źle się pan czuje, tak? Niech się pan nie martwi - ręka człowieka w bieli sięgnęła w okolice kieszeni fartucha. - To może być objaw przedawkowania alkoholu. Nie powinien pan tyle pić, panie Eques. Mówiłem to panu na poprzednim spotkaniu, i prosiłem, żeby pan słuchał. Niech się pan nie martwi, zrobię panu mały zastrzyk i zabierzemy pana do szpitala. Do jutra powinno się panu polepszyć. Niech pan nadstawi ramię...
- Zastrzyk? - cicho spytał półprzytomny, ale nie usłyszał odpowiedzi. Pokój rozmył się zupełnie, gwiazdy zajęły miejsce świateł, a następnie wszystko zlało się w czerń. Sen wygrał walkę ze zmęczonym umysłem.

Poranne promienie słońca przedarły się przez grubą zasłonę ciemnych chmur i radośnie skakały po domach małego miasteczka Szmaragdowa Przystań. Wiatr poruszał bezmiarem traw otaczających osadę i rozwiewał dym wydostający się z wielkich kominów Fabryki Metali Odzyskiwalnych. W domach ludzie budzili się ze snu i wychodzili na ulice, ożywiając statyczny krajobraz.
Sebastian Eques, pracownik FMO, mieszkaniec Szmaragdowej Przystani, powoli otwierał oczy, rażony słonecznym światłem przedostającym się przez grube zasłony. Zaspany jeszcze, usiadł na krawędzi łóżka. Odczuwał ból głowy - wynik wczorajszej pijatyki, ale wiedział, że przykre uczucie może szybko ustąpić. Zerknął w stronę biurka, stojącego w kącie śnieżnobiałego, niemalże sterylnego pokoju. Oprócz kilku gazet, długopisu i talerza, leżała tam też buteleczka z tabletkami, które przepisał mu doktor Baumann. Było to lekarstwo na rzadką chorobę, którą stwierdzono u Equesa stosunkowo niedawno. Doktorzy nie wtajemniczyli go w szczegóły, ale niezmiernie ważne było, aby przyjmować lek regularnie - raz na dobę.
Sebastian wydobył pigułkę, przyłożył do ust i, po chwili nieuzasadnionego wahania, przełknął. W kilka minut dolegliwości ustały, pozwalając mu niespiesznie się ubrać i zjeść lekkie śniadanie. Po dokonaniu tego codziennego rytuału, Eques, elegancki i energiczny młody człowiek, nałożył na siebie palto, wziął kapelusz i pomaszerował do samochodu.
Z nieba poleciały na niego grube krople deszczu. Rozbiły się o płaszcz, zwiastując rychłe nadejście potężnej ulewy. Ta przyszła niedługo później, błyskawicznie pokrywając wodą każdy fragment jezdni, trawników i domów. Wilgotne były gargulce na gmachu policji, strzelisty dach ratusza, niskie i gustowne jednorodzinne domki, drzewka owocowe w ogródkach, plac zabaw z fontanną pośrodku, przychodnia lekarska stojąca nieopodal, rząd sklepów przy głównej ulicy oraz magazyny, stacja benzynowa, i druty wysokiego napięcia, biegnące po słupach przez morze traw aż do ogromnej fabryki.
Do niej właśnie kierował się Sebastian. Tam pracował, tam zarabiał na utrzymanie. To FMO była również źródłem prądu dla całego miasta, gdyż posiadała ogromne generatory, produkujące znacznie więcej energii, niż tam potrzebowano. Fabryka była wszystkim - gdyby nie ona, Szmaragdowa Przystań nie powstałaby - nie byłoby sensu stawiać osady pośrodku niczego. Ten skrawek cywilizacji istniał wyłącznie w celu umożliwienia pracownikom szybkiego dotarcia doń z miejsca zamieszkania. Wiedział to każdy obywatel miasteczka. To było oczywiste - ponad wszystko.
Pomarańczowy pickup stanął na przestronnym, rozległym parkingu pod wielkimi kominami. Kierowca wysiadł, po czym, nie fatygując się zamykaniem drzwi na klucz, skórzaną teczką osłonił głowę przed deszczem i potruchtał pod drzwi. Omijał dziesiątki nieruchomych aut, zbliżając się do prostopadłościennego, ceglanego monstrum z metalową bramą doń prowadzącą. Podszedł do osłoniętych daszkiem drzwiczek, wmontowanych w znacznie większy portal, przeznaczony dla samochodów ciężarowych.
Nacisnął przycisk dzwonka. Skrzypiąc, stalowa zapora uchyliła się, a szum zza niej, dotychczas dość cichy, zdecydowanie przybrał na sile.
- Dzień dobry, Sebastianie. - uprzejmie rzekł umundurowany portier, wyłoniwszy się z cienistego wnętrza budowli.
- Dzień dobry, Henryku. - odpowiedział zagadniony. - Strasznie dziś pada, nieprawdaż?
Odpowiedzią było skinienie głową. Eques przeszedł obok rozmówcy i znalazł się w niewielkim, ciasnym korytarzu, oświetlanym jedynie nikłym blaskiem pojedynczej żarówki. Podbił kartę pracownika w automacie umocowanym na ścianie i przekroczył próg kolejnych drzwi, prowadzących tym razem do niskiego przejścia, biegnącego prostopadle do poprzedniego. Pracownik wybrał ścieżkę w prawo, oznakowaną naścienną strzałką z napisem "Szatnie". Po kilkudziesięciu sekundach wędrówki Sebastian znalazł się w mrocznej, słabo oświetlonej i zatęchłej przebieralni pomalowanej na zielony kolor, służącej wszystkim robotnikom i co za tym idzie - dużej i wielopiętrowej.
Znalazł swoją szafkę, założył kostium weń się znajdujący - szary, jednoczęściowy - i wrócił znaną drogą aż do recepcyjnego pomieszczenia. Nie wszedł do niego jednak, lecz pomaszerował dalej. Wykonawszy kilka skrętów w znane sobie alejki, Eques dotarł do hali produkcyjnej.
Pomieszczenie było w kształcie sześcianu, ze ściętymi krawędziami przy suficie. Z metalowych ścian wychodziły dziesiątki rur, grubych i cienkich, prowadzących do innych rur czy też łączących się z plątaninami zwisających kabli. Zawory wystawały z niezliczonych miejsc. Niektóre z nich wypuszczały kłęby gorącej pary, inne kolorowe pióropusze nieokreślonego dymu. Pod sufitem podczepione były beczki, kontenery oraz lampy, ale nie było ich zbyt wiele. Większość oszczędnie dawkowanego światła rozjaśniała miejsca przy nieskończenie długiej taśmie produkcyjnej, skręcającej w wiele odnóg, nieustannie przenoszącej kolejne składniki produkowanych przedmiotów z miejsca na miejsce. Przy tym urządzeniu krzątały się dziesiątki ludzi, stojących na wielopoziomowych rusztowaniach i nadzorujących pracę tego metalowego organizmu. Wszyscy mieli na uszach słuchawki, zagłuszające przeraźliwy łomot maszynerii i, w razie potrzeby, przekazujące im wiadomości od przełożonych.
Sebastian miał swe miejsce na parterze konstrukcji, wprost przy sunącej powoli taśmie. Sprawdzał jakość podjeżdżających pod jego dłonie elementów. Jeśli dany egzemplarz określonej części nie spełniał wymogów jakościowych, Eques wrzucał go do pudła umieszczonego wprost za nim, na widłowym wózku. Wiedział, że pełni ważną rolę w zakładzie, podobnie jak każdy jeden jego pracownik. Produkowano tu niezwykle ważne dla przemysłu Poszycia, więc wykonując swe zadanie przyczyniał się do rozwoju wielu jego gałęzi. Wiara w znaczenie misji kształtowała sposób postrzegania pracy przez jej wykonawców. Właściwie nie było osób niezadowolonych, a jeśli jakaś się znalazła, mogła wziąć kilkudniowy urlop, który szybko przywróciłby jej humor. Dyrekcja troszczyła się o swoich ludzi, zapewniając im opiekę lekarską i czterodniowy wypoczynek w każdym miesiącu. Otrzymanie zatrudnienia w FMO było marzeniem, które spełniło się dla kilkuset wybrańców.
Mijały godziny, a wraz z nimi regularne przerwy na posiłek podawany w stołówce. Popołudnie zbliżało się, ale wewnątrz fabryki nie można było tego stwierdzić, gdyż nie znajdowało się tam wiele zegarów czy okien. Nawet, jeśli ktoś wyjrzał za któryś z lufcików, zobaczył tylko zachmurzone niebo, strugi deszczu i bezmiar zgniłej zieleni, więc próby określenia godziny - czy chociaż pory dnia - były bezcelowe.
Pracownik pierwszego stopnia, Sebastian Eques, nr 14167, uważnie badał kolejny dwucalowy fragment Poszycia, kiedy w jego plastikowych słuchawkach zabrzmiał kobiecy głos ze spokojem ogłaszający alarm. Mężczyzna rozejrzał się, a w tym samym czasie w hali rozbłysły czerwone, szybko migające światła. Praca momentalnie stanęła; taśma z jękiem zatrzymała się; metalowe produkty spadły z niej, ciśnięte siłą odśrodkową. Jakiś robotnik zaczął wymiotować, kilku innych przesłoniło ręką twarz. Wstrząsnął nimi widok zmasakrowanego ciała kolegi, który zaczepił rękawem uniformu o tryb maszynerii. Urządzenia najpierw strzaskały mu rękę, później wciągnęły do połowy, miażdżąc kości i rozrywając skórę. Przeciągnięty pod taśmą człowiek wyrzucony został na jej zakręcie, wprost pod nogi dozorcy, odpowiadającego za wszystkich podwładnych. Ten momentalnie zbladł, jednak nie na widok krwawych szczątków, ale na myśl o konsekwencjach, które będzie musiał ponieść.
Kiedy do uszu robotników doszła informacja, aby niezwłocznie udać się do szatni, niewidoczne dotąd drzwi w jednej ze ścian rozsunęły się z trzaskiem. Cały personel spoglądał na trzech mężczyzn w wojskowych mundurach i maskach gazowych, którzy z pistoletami w ręku wyłonili się ze szczeliny, podbiegając do ofiary wypadku i wypytując oszołomionego dozorcę o szczegóły zdarzenia. Nad wejściem do nieznanych części fabryki zajaśniał napis "Wstęp wzbroniony".
Ból głowy niespodziewanie powrócił ze zdwojoną siłą. Eques zerwał słuchawki, wieszając je na szyi i padając na ziemię. W tej chwili marzył o tabletkach, ale inna myśl powoli zwracała jego uwagę. Wspomnienie, które już dawno uleciało; które już nie miało powrócić. Zapamiętany widok... Zakazany widok.
Strażnicy!
Widział ich wcześniej. U tego lekarza... Baumanna. Ten człowiek coś mu zrobił, a później wymazał to z pamięci. A później przyszli ci dwaj, w strojach podobnych do strażniczych uniformów...
Wszyscy, wraz z uzbrojonymi mężczyznami, opuścili pomieszczenie kierując się do szatni w celu przesłuchania. Nikt nie zauważył leżącego w plątaninie rur i kabli Equesa, odpoczywającego po ataku bólu. Ten po kilku minutach niepewnie wstał, opierając ręce na kolanach. W głowie wciąż wirowało, ale słabiej niż przed chwilą. Przytomniejący Sebastian dostrzegł wciąż otwarte przejście do pomieszczenia straży. Słaniając się na nogach wkroczył w oślepiająco biały korytarz, oświetlony jaśniej niż wszystkie inne pomieszczenia fabryki razem wzięte. Zbudowany z jakiegoś tworzywa sztucznego, wydawał się przestronniejszy, niż był w rzeczywistości. Jego wysłane materiałem ściany uginały się po naparciu nań. Podłoga zapadała się pod nogami.
Odzyskawszy w pewnym stopniu siły, mężczyzna przeszedł przez automatycznie rozsuwające się drzwi do większego pomieszczenia. Również był to korytarz, lecz znacznie większy, z kilkoma parami szklanych drzwi umieszczonych w bocznych ścianach. Ostrożnie zakradł się do jednego z przejść, wychylając głowę i wytężając wzrok. Spostrzegł osobę w białym kitlu, siedzącą na fotelu, tyłem do niego, obsługującą jakąś aparaturę. Przemknął w przeciwnym kierunku, ale i tam zauważył kilku ludzi, w podobnych strojach, stojących przed rzędami kolorowych diod i świecących przycisków. Napis na drzwiach wskazywał, że to pokój kontrolny. Posuwając się naprzód, Eques dotarł do pustego pokoju ochrony.
Szkło rozsunęło się po naciśnięciu przycisku w ścianie. Robotnik powoli wkroczył do środka. Omiótł wzrokiem pomieszczenie, starając się wychwycić każdy jego szczegół. Oprócz kanapy, stolika z dystrybutorem wody i kilku krzeseł, znajdował się tam rząd krągłych ekranów wyświetlających czarno-biały obraz. Przyglądając się nowoczesnemu osprzętowi, Eques spostrzegł, że filmowana jest cała hala produkcyjna. Każdy kineskop ukazywał inny fragment fabryki, a poza tym można było zobaczyć, co dzieje się przed bramą zakładu. Poznał spacerującego Henryka, spokojnie popijającego kawę przed budynkiem, kroczącego po suchym asfalcie.
- Proszę kontynuować pracę - spokojny, kobiecy głos dobiegł z zawieszonych na karku słuchawek. Maszyny znowu ożyły, zwyczajowo hałasując.
Przestraszony możliwością wykrycia, Sebastian zwrócił się w stronę wyjścia. Wrócił do korytarza i jak najszybciej chciał się skierować do miejsca pracy, kiedy jego uwagę przykuła głośna rozmowa mężczyzn z pokoju kontrolnego.
- Zwiększyć ciśnienie gazu w HP - zakomenderował pierwszy, wysoki i łysiejący chudzielec.
- Tak jest. - odpowiedział beznamiętnie jego kompan. - Za godzinę powinni być zupełnie spokojni.
- Doskonale. Odwołaj straże. - skwitował wymianę zdań patykowaty łysielec.
Sebastian pospiesznie wrócił do hali, kryjąc się w tej samej plątaninie rur, w której przeczekał wyprowadzenie pracowników. Kiedy mundurowi odeszli zamykając otwór w ścianie, a pracownicy powrócili do zajęć, Eques wyłonił się z cienia, zakrzyknął zwracając na siebie uwagę i teatralnie zemdlał.

Doprowadzono go przed oblicze Baumanna, który przeprowadził rutynowe badania i, nie stwierdziwszy nic konkretnego, odesłał pacjenta na resztę dnia do domu. Sebastian wykorzystał wolny czas na przemyślenie swego położenia. Wiedział, że nie jest u siebie, oraz że nie przyjechał do Przystani z własnej woli. Nie przypominał sobie szczegółów z własnej przeszłości, ale też nie zaprzątał sobie nią głowy. W pewien sposób czuł, że nie warto; że kiedyś chciał zapomnieć. Bardziej niż zamglone sekrety minionych lat interesowały go produkowane w fabryce Poszycia; jak dotąd nikt nie sprecyzował ich przeznaczenia, a żaden pracownik nie widział ich ukończonych. Dziwiło go, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Została też kwestia strażników - uzbrojonych po zęby w cywilnym zakładzie.
Z biegiem czasu wspomnienie jasno oświetlonych pomieszczeń, pokoju kontrolnego oraz pomieszczenia ochrony ulegało zatarciu, aż wreszcie pozostało tylko rozmytą plamą w umyśle zdezorientowanego człowieka.
Pokój, w którym przebywał Sebastian, nagle zatonął w mroku. Nerwowe cienie pełzały po ścianach, kryjąc się w kątach; machając karykaturalnie długimi rękoma i szepcąc nieznane człowiekowi słowa. Potwory ciemności wypełzały z kolejnych otworów powstających w podłodze i ścianach. Gromadziły się przed przerażonym, bezsilnym człowiekiem, przeżywającym na nowo swe życie, tonącym w morzu rozpływających się wspomnień.
Po bezkresie pamięci kołatała się rozmowa jakichś ludzi, niewyraźnie mamroczących niespójne zdania o gazie czy...
Eques otrząsnął się z transu i spojrzał na rurkę, biegnąca pod sufitem przez całe mieszkanie. Podstawił pod nią mały taboret i wspiął się na niego, z uwagą nasłuchując. Przystawił ucho do plastikowego węża.
Ledwie słyszalne syczenie dobiegło z rogu pokoju. Sebastian dojrzał niewielkie nacięcie na przewodzie, będące źródłem ustającego sporadycznie dźwięku. Przystawił do otworu dłoń. Poczuł podmuch lekko pachnącego gazu.
Najprędzej jak potrafił wybiegł przed dom, wykopując przy tym drzwi, a następnie chciwie chwytając hausty świeżego powietrza. Po kilku minutach deszcz orzeźwił go na tyle, że mógł spokojnie pozbierać myśli. Pewien jednak był tylko jednego - tę noc spędzi w samochodzie.
Rankiem, kiedy zbliżała się zmiana, Eques udał się niezwłocznie do fabryki. Błyskawicznie przebrał się, już w szatni czując otępienie oraz znany odór żółtawego gazu, a następnie, walcząc z nim ze wszystkich sił, skierował się do hali produkcyjnej. Zajął swe miejsce i natychmiast zabrał się do pracy - nie badał jednak kolejnych fragmentów Poszycia, lecz wrzucał je pomiędzy tryby taśmy, blokując je na tyle skutecznie, aby wywołać alarm, zatrzymać maszynerię i zwabić strażników.
Niewidoczne, wtopione w brudną ścianę drzwi zasyczały i otworzyły się niespiesznie. Trzech umundurowanych mężczyzn wyszło, rozglądając się w poszukiwaniu przyczyny awarii. Kroczyli między poskręcanymi rurami, zaglądając w ważniejsze ich skupiska, Patrząc też co jakiś czas podejrzliwie na zdezorientowanych pracowników..
Kiedy zbrojni byli zajęci doglądaniem kolejnych fragmentów konstrukcji, Sebastian przemknął się do znanego mu już korytarza. Działał szybko i cicho; wykonywał zaplanowaną wczorajszego wieczora akcję. Otworzył drzwi do pokoju, w którym urzędował jeden z ludzi w bieli, wygodnie usadowiony w fotelu przed rzędem lampek i monitorem. Eques zamachnął się potężnie, po czym z impetem uderzył w potylicę. Zaatakowany osunął się na podłogę, pozwalając zdjąć z siebie fartuch wraz z przyczepionym do niego na piersi kruczoczarnym identyfikatorem.
Przebrawszy się, Sebastian zdecydowanie przeszedł obok personelu pomieszczenia kontrolnego, ukrywając twarz za dłonią poprawiającą nieistniejące okulary. Uchylił pobliskie drzwi, przekroczył ich próg i znalazł się na prowadzącej w górę, oświetlonej na zielono klatce schodowej. Stopnie były kręte i wąskie, jednak mężczyzna szybko dotarł do drzwi na ich końcu. Nie były podobne do poprzednich napotkanych - zbudowane z grubej stali, miały niewielki otwór w miejscu klamki. Po chwili namysłu Eques wsunął w szczelinę zdobyczny identyfikator, który szybko został zwrócony. Po wyjęciu karty wrota szczęknęły i wsunęły się w ścianę.
Pracownika hali produkcyjnej ogarnęło nagłe przerażenie, kiedy jego oczom ukazały się przepastne, białe labirynty pełne ludzi w kitlach oraz umundurowanych strażników. Jeden z ochroniarzy spojrzał w stronę zamarłego w bezruchu człowieka. Dobył broń, gładkolufowy pistolet z krótką, obłą kolbą, po czym schował go po kabury, zbadawszy wzrokiem identyfikator.
Eques nieśmiało postąpił naprzód. Przyglądał się każdemu szczegółowi tajemniczych pomieszczeń. Sufit był upstrzony setkami małych żarówek, które dawały mocne światło, jednak nie na tyle ostre, aby razić oczy. Podłoga była oznakowana różnego koloru liniami, które prowadziły do poszczególnych pokoi. Te z kolei zamknięte były seledynowymi, okrągłymi włazami o średnicy około metra, posiadającymi taki sam czytnik identyfikatorów, jak drzwi przy klatce schodowej. Pomiędzy wejściami krzątali się ludzie, operując przy wmontowanych w ściany niewielkich konsoletach.
Sebastian kroczył wzdłuż zielonej linii, kiedy usłyszał hałas oznajmiający wznowienie pracy przy taśmie. Zatrzymał się przy któregoś z czytników kart, po czym wsunął identyfikator do jego wnętrza. Właz zwrócił klucz, otwierając się bezgłośnie i szybko. Mężczyzna rozejrzał się dookoła, a następnie szybko wsunął się w okrągły otwór.
Pomieszczenie wyglądało jak zwykły magazyn. Było mroczne, wyłożone granatowymi obiciami, a mieściło w sobie setki ułożonych w stosy pojemników. Eques chwycił jeden z nich; pudło okazało się nadspodziewanie ciężkie. Na jego powierzchni wygrawerowane było logo fabryki - kula z okrążającym ją pierścieniem. Oprócz tego znaku nie było innego nacięcia czy ornamentu; całość nie posiadała żadnego wieka, jednak przeznaczenie było dziwnie oczywiste - nie dopuścić, aby to, co znajduje się wewnątrz, ujrzało światło dzienne. Dopóki, oczywiście, ktoś tego nie zechce.
Cały budynek przeszył ogłuszający dźwięk syreny alarmowej. Sebastian stanął jak wryty w oczekiwaniu na pojawienie się strażników, wbijając wzrok w trzymany przedmiot. Uzbrojeni wartownicy nadeszli w kilka chwil, przechodząc przez właz z wycelowaną w intruza bronią. Kiedy kilkunastu ochroniarzy wpełzło do środka, za nimi wtoczył się gruby, niepozorny człowieczek w szykownym garniturze. Wyglądał na spokojnego, w przeciwieństwie do jego obstawy, której członkowie co chwila poprawili ułożenie pistoletów w dłoni.
- Panie Eques - stanowczo orzekł jeden ze strażników - jest pan aresztowany za wtargnięcie na teren niedozwolony. Proszę podnieść ręce.
Sebastian wykonał polecenie, kierując jednocześnie spojrzenie na małego człowieczka.
- O co tu chodzi? - zapytał.
Niski elegant przybrał zdziwiony wyraz twarzy, ale dość szybko wydobył z siebie głos.
- Jeśli panu powiem, nie opuści pan tego pomieszczenia.
- Wątpię, czy i bez tego je opuszczę. - Eques trząsł się ze zdenerwowania, jednak jego wyraz twarzy wyrażał opanowanie.
- Dobrze, więc. Pana wybór.
Człowieczek począł krążyć dokoła magazynu, szukając odpowiednich słów.
- Jak pan wie - podjął - toczy się wojna. Jednak... rozmiary konfliktu są znacznie większe, niż się panu wydaje. - słowa przerywane były donośnym mlaskaniem, które, jak można było wywnioskować, dawało ich autorowi czas na ich staranne dobranie.
- Czy można jaśniej? - rzekł Sebastian, wpatrzony z wycelowane w niego, lśniące lufy.
- Nie. Nie będę pana informatorem. - szybko odparł grubas, poirytowany własną nieporadnością - Straż, zlikwidować go.
Eques skoczył do najbliższego mundurowego, wyrywając mu broń z ręki. Lewe ramię założył mu na szyję, po czym mocno nim szarpnął. Schwytany strażnik padł na kolana, stając się żywą tarczą dla celujących w jego stronę kolegów.
- Odsuńcie się, albo on zginie. - łamliwym głosem odezwał się Sebastian, przykładając pistolet do skroni zakładnika.
Gwardia człowieczka w garniturze nie przestawała mierzyć w intruza. Ten schował się za stertę pojemników, zsuwając ramię z karku nieprzytomnego już żołnierza. Ten padł bezwładnie na twarz.
- Nie strzelać! - zakomenderował grubas.
Po chwili Eques, domyśliwszy się powodu wstrzymania egzekucji, wolno wynurzył się zza swej osłony, mierząc w nią ze zdobycznej broni. Mocniej zacisnął spocone dłonie na kolbie, starając się przypadkowo nie nacisnąć spustu.
- Mów. - szepnął.
- Spokojnie, bez nerwów - odezwał się ten, który najwyraźniej był dowódcą oddziału.
Sebastian szybko strzelił w niego, aby po sekundzie ponownie mierzyć do stosu pojemników. Broń niemal nie miała odrzutu, jednak głowa zaatakowanego strażnika rozprysnęła się niczym mydlana bańka, plamiąc granatową wykładzinę oraz spryskując personel ochrony resztkami tego, co parę sekund temu było mózgiem. Po plecach Equesa przebiegł zimny dreszcz, a twarz skamieniała na widok jatki, jaką wywołał strzał z niepozornie wyglądającego pistoletu.
- Te... pudła, w które pan celuje - zaczął mały człowieczek - to składniki broni. Nie będę panu tłumaczył sposobu jej działania, gdyż nigdy by pan nie zrozumiał, ale powiem, że to właśnie Sebastian Eques, jak i inni pracownicy fabryki przyczynili się do jej powstania, a konkretnie do produkcji. - mówca mlaskał coraz częściej, jednak nie przerywało to potoku słów.
Po jego przemowie zapanowała zupełna cisza.
- Kontynuuj.
Nikt się nie odezwał.
- Mów, bo strzelę! - zagroził mężczyzna, jednocześnie wycierając spoconą dłoń o spodnie.
- To nic nie da. Zabije pan nas wszystkich, a produkcji pan nie powstrzyma. Takich fabryk na Ziemi są dziesiątki.
- Mam gdzieś produkcję, chcę wiedzieć co się dzieje!
- Został pan uprowadzony - mężczyzna w garniturze rozpoczął wykład - a następnie wyprano panu mózg i wmówiono, że to miasto jest pańskim domem. Pracuje pan przy wyrobie broni, ale myśli, że produkuje "poszycia". Ten stan nieświadomości utrzymujemy dzięki rozprzestrzenianiu w miasteczku gazu paraliżującego pewne ośrodki mózgu. To wszystko, co mam do powiedzenia. Czy teraz odda pan broń?
Przed oczami Sebastiana stanęła twarz doktora Baumanna, tego miłego człowieka, który pomógł mu zwalczyć uciążliwy ból głowy. Widział jego gabinet, w którym podano mu zastrzyk... Do którego zaprowadzili go policjanci, oddając w ręce strażników... Pot zalał czoło; nagle zrobiło się piekielnie gorąco, a przed oczami pojawiły się ogniki zwiastujące falę bólu.
- Dla kogo pracujecie? Dla Niemców?
- Jeszcze pan nie rozumie.. - niskim głosem rzekł grubas, ale była to wypowiedź skierowana raczej do niego samego. - Dla nas, nas samych. Nikt nie wie o naszym istnieniu. Nie jesteśmy stąd.
Człowieczek w garniturze dotknął ręką twarzy, marszcząc skórę i podciągając ją. Podniósł zwał tłuszczu z policzków i chwycił go mocno. Na widok jego następnego, szybkiego ruchu, źrenice Equesa rozszerzyły się, a usta otworzyły w wyrazie zdziwienia i przerażenia. Jego palec drgnął.

- Minęła godzina piętnasta, czas więc na wiadomości. Jest dwudziesty października, a pogoda dopisuje niemal w całej Europie. Na bezchmurnym niebie mogliśmy zobaczyć błysk, który wywołała kolejna próbna detonacja bomby atomowej. Jak podaje rzecznik rządu, nie należy ustawać w doskonaleniu systemów obrony kraju nawet w tak krótkim okresie od zakończenia wojny. Kontrolowaną eksplozje przeprowadzono na niezamieszkałym terenie, dalekim od jakichkolwiek ośrodków miejskich czy wiejskich. Na pytanie, czemu nie uprzedzono agencji informacyjnych o planowanej próbie jądrowej, rzecznik nie odpowiedział.
Z innych wieści: odbył się charytatywny mecz piłkarski, z którego dochody przeznaczone będą na...



KONIEC




Military

militarypolice@wp.pl


<<< poprzednie :::: ^^ do góry ^^ :::: następne >>>