|
Chwila
Wszedł do pokoju. Pomieszczenie było bardzo długie i wąskie.
Panował tam półmrok, podtrzymywany nędznym światłem świec.
Pomieszczenie było zadymione, bo jedyne okno zabito deskami
szczelnie, pozostawiając tylko wąskie szczeliny. Przez długi
czas jego wzrok nie mógł się przyzwyczaić. Po chwili jednak
spostrzegł, że to, co wziął za zacieki i pęknięcia na ścianach
wcale tym nie było. Patrzyły na niego tysiącem oczu twarze. Piękne,
straszne twarze. Smutne, spokojne, lub wykrzywione w grymasie bólu,
czy wściekłości. Patrzyły na niego tysiącem oczu, z
wyrzutem, może tęsknotą. Przewiercały go na wylot. Poznając
wszystkie jego myśli. Przerażały go i pociągały swoim pięknem.
Były wielobarwne, ale ich kolory przytłumiał mrok. Były w różnych
pozycjach, dziwnie ubrane. Przekazywały mu swój ból, swoje
cierpienie, swoją radość. Tysiące emocji. Tysiące twarzy.
Jaki artysta był w stanie przekazać tak wiele? Co zmusiło go
do malowania, tak obsesyjnego malowania tych postaci?
Usłyszał ruch. Obrócił się spodziewając się może jednego
z tych aniołów, żywego, pięknego w gniewie, radości, czy bólu.
Na końcu długiego jak korytarz pokoju stała szara postać.
-Ann - powiedział dziwnie zmienionym głosem. Nie zareagowała.
Podszedł do niej. Wydawało mu się, że postacie pochylają się
nad nim, otaczając go. Stanął za nią, położył rękę na
jej ramieniu. Dziewczyna stała, wpatrzona w jeden z malunków.
Nie zareagowała.
- Ann - powtórzył. Drgnęła, jak obudzona ze snu. Nie obróciła
się.
-Po co przyszedłeś? - zapytała. Chłopak skrzywił się boleśnie.
Jej głos był spokojny, zbyt spokojny i zbyt obojętny, jak na
to, co się stało. Odsunął się kawałek, odrzucony. Milczał.
-Co chcesz wiedzieć? - pytała, ale nie czekała na odpowiedź.-
Chcesz wiedzieć, dlaczego ona umarła? Może chcesz wiedzieć,
czemu nasze.-zamilkła na chwilę. Wodziła palcem obrysowując
kontury obrazu. Nie widział go dokładnie. Było zbyt ciemno.
-Nie wiem - mówiła nadal spokojnie, głucho, obojętnie. Wolałby,
żeby rozpaczała, krzyczała, obwiniała go. Cokolwiek. Wszystko
było by lepsze od jej obojętności.
- Nie wiem, dlaczego to wszystko się stało. Widzę, czasami
widzę rzeczy, których nie chcę. Ale nie mam władzy nad tym,
co widzę. Nie potrafię im pomóc. Nie wiem, naprawdę nie wiem.
Nie wiedział, co zrobić. Bał się popełnić błąd. Bał się,
że zrobi coś nie tak, że ona ucieknie, zniknie gdzieś jak.
-Nie jestem twoim snem. Nie bój się.
Wiedział, że daje mu przyzwolenie. Powinien podejść do niej,
objąć ją. Powinien. Ale nie mógł. Bo tak na prawdę bał się
jej. I bał się prawdy. Jej słowa nie były w stanie nic zmienić.
Mogły jednak zranić.
-Ann. - powtórzył więc tylko po raz kolejny jej imię.
-Podaj mi świecę. - nakazała mu. Podał. Wciągnęła rękę,
nadal nie patrząc na niego. Oświetliła nie widoczny wcześniej
obraz. Wyciągnęła do niego drugą dłoń, którą przyjął.
Był zimna, strasznie zimna. Podszedł do niej.
- Spójrz. - wskazała świecą obraz. Przyjrzał się uważnie.
Obraz był większy niż pozostałe. Młody mężczyzna przyklękał,
jakby przygnieciony ogromnym ciężarem. Chyli się do upadku.
Otaczają go ciemne skrzydła. Majestatyczne i ogromne. W jednej
dłoni trzyma piękny miecz, którym stara się podeprzeć. Drugą
rękę wyciąga w kierunku bijącego z góry światła. Dłoń
wygląda jak wyciągnięta po pomoc. Ma rozwiane, długie ciemne
włosy i bladą twarz. Twarz ta odwrócona jest od światła.
Brak na niej nienawiści i gniewu z porażki. On jest smutny,
smutny i zrezygnowany. Jedno pasmo włosów opadło mu na twarz,
znacząc ją ciemną szramą. Twarz jednak nie wygląda tak jakby
chciał pomocy. On po prosu broni się przed światłem, broni się,
wiedząc, że przegra, że upadnie. Broni się, bo światło go
przygniata.
Łukasz puścił jej dłoń i odsunął się przestraszony.
Zrezygnowana twarz tej postaci, była jego własną twarzą. Tak
podobną, że trudno było to uznać za przypadek.
-Dlaczego.-chciał zapytać, ale słowa nie przechodziły mu
przez gardło.
-On upada. - Ann mówiła dalej, spokojnym tonem. Nie zareagowała
na jego ucieczkę. Wodziła wolną dłonią po twarzy mężczyzny.
- A ja nie mogę mu pomóc. Nie mogę nic zrobić. Nic. -głos
jej się załamał. Obróciła się w jego stronę. Dopiero teraz
zobaczył łzy w jej oczach.
-Ja nie mogę nic zrobić. Próbuję i nic. Nic. - powtarzała
w kółko. Łza spłynęła jej po policzku. Spuściła głowę.
Podszedł i objął ją delikatnie. Świeca wypadła jej z dłoni
i zgasła upadając na podłogę. Usiedli przy ścianie, a on łkała
jak dziecko, przytulona do niego. Powtarzała w kółko jedno słowo:
proszę.
Nie wiedział, o co prosi. Nie wiedział nawet czy jego.
Nie pytał. Nie chciał wiedzieć.
Bał się, że nie mógłby spełnić jej prośby.
Novinha
theprisoner@wp.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|